"Moja córka zrezygnowała z jeżdżenia do szkoły na deskorolce. Przez tornister. Bo przeważa"

- Ministerstwo najlepsze, co mogłoby zrobić, to przyznać, że problem zbyt ciężkich tornistrów uczniów istnieje - mówiła w TOK FM Dorota Łoboda. Wg szefowej MEN problemu zbyt ciężkich tornistrów nie ma. Inaczej sprawę widzi Rzecznik Praw Dziecka. Rekordzista z II klasy podstawówki miał w plecaku aż 11 kg.

Minister edukacji mówi, że problemu nie ma, bo jest rozporządzenie. Rzecznik Praw Dziecka twierdzi, że tylko na papierze.

Rekordzista z II klasy podstawówki miał ostatnio w plecaku aż 11 kg. Zgodnie z zaleceniami Głównego Inspektora Sanitarnego, tornister nie może być cięższy niż 15 proc. masy ciała dziecka

- Potrzebne jest rozwiązanie systemowe - mówi reporterce TOK FM Rzecznik Praw Dziecka, Marek Michalak. Przypominając kilka pomysłów: by w szkole było miejsce, gdzie zostawia się podręczniki, by drukować je nie na kredowym a lżejszym papierze albo żeby materiały szkolne miały formę segregatorów; wówczas trzeba jednego dnia zabierać ze sobą zaledwie kilka-kilkanaście kartek.

MEN zapewnia, że szafki w szkole są, a rozporządzenie, które obowiązuje od 2009 roku, jest przestrzegane.

Inaczej mówią badania GIS, wg których 60 proc. uczniów podstawówek ma plecaki cięższe niż powinno.

RPD uważa, że problem się nasila także z powodu reformy edukacji i przepełnionych szkół podstawowych, w których nie ma miejsca na szkolne szafki.

Byłam zdumiona ciężarem tornistra mojej córki. Zajrzałam, by sprawdzić, co ona tam nosi, gdy usłyszałam, że nie może już w tym roku jeździć do szkoły na deskorolce, bo plecak przeważa, nie pozwala utrzymać równowagi. Miała tam same podręczniki, zeszyty i piórnik, żadnych zbędnych rzeczy, choć przydałoby się jeszcze drugie śniadanie czy coś do picia

- kontynuowała temat w audycji "Analizy" Dorota Łoboda z ruchu "Rodzice przeciwko reformie edukacji" - przypominając, że w dzisiejszych czasach jest mnóstwo rozwiązań, które można byłoby zastosować dzisiaj w szkole - ale nie poprzez fikcyjne rozporządzenie, a realne działania.

- Tym bardziej, że wbrew zapewnieniom minister edukacji dane na temat przeładowanych szkolnych tornistrów są: z raportu NIK wynika, że niemal połowa plecaków w polskich szkołach przekracza 10 procent masy ciała ucznia, a niektóre przekraczały nawet połowę wagi ciała - mówiła prowadząca audycję Agata Kowalska.

Łoboda tłumaczyła, że np. pomysł z podzieleniem podręczników na kilka części nie stanowi żadnego problemu dla wydawców, ale oni sami twierdzą, że szkoły nie chciały takich podręczników, bo muszą je "przepuścić" przez system biblioteczny, dlatego że są one uczniom wypożyczane a to oznaczałoby o wiele więcej pracy.

Zdaniem gościa "Analiz" szafki szkolne załatwiają problem w dość niewielkim stopniu, bo uczniowie często muszą zabierać książki do domu, by się z nich uczyć.

Inny problem to ten, na który zwrócił już uwagę Marek Michalak: jeśli szkoła po reformie liczy sobie 1200 uczniów, to musiałaby zaoferować uczniom 1200 szafek.

Łoboda przypominała, że dużą pomocą byłyby tzw. nowe technologie, bo, jak wiem, podręczniki mogą mieć wersję elektroniczną, dostępną w komputerze, na tablecie czy laptopie.

Powoli te wersje podręczników "przebijały" się w szkołach, ale teraz, ponieważ reforma była pospieszna, nie przygotowano elektronicznych wersji wielu podręczników i ani dzieci nie mogą z nich korzystać w domu, ani szkoły na tzw. tablicach interaktywnych.

Światowa Organizacja Zdrowia mówi, że waga tornistra nie powinna być większa niż 10 proc. wagi dziecka, a to oznacza, że siódmoklasista, który waży 45 kg powinien mieć plecak, który waży 4 a nie 8 kg, a maluch, który waży 20 kg powinien mieć plecak o wadze 2 kg: czy ktoś z państwa ma dziecko, chodzące do 1-2 klasy, które ma tornister ważący 2 kg?

- pytała retorycznie Dorota Łoboda.

- Ministerstwo najlepsze, co mogłoby zrobić, to przyznać, że problem istnieje - dodawała.

- Dlatego, że z tym problemem zmagają się najmniejsi ludzie, nasze dzieci, które ktoś ponad miarę przeciąża. Cały czas mam poczucie, że nie dość, iż polska szkoła jest dosyć opresyjna, te dzieci są ciągle testowane, mają mnóstwo prac domowych, to jeszcze w dodatku ktoś im nakłada garb w postaci ciężkiego tornistra. Ta szkoła nie jest dla nich żadną przyjemnością, bo od wyjścia z domu są przygniecione najpierw ciężarem tornistra a potem tym, co dalej tam się dzieje.

Kowalska cytowała mail od słuchaczki:

"Napisała pani Blanka, że jej córka z III klasy w podstawówce może zostawiać podręczniki w szkole, a pani co jakiś czas mówi kiedy trzeba je zabrać do domu a potem znów przynieść do klasy. Ale czasem córka nie zapamięta, i jest płacz i tragedia, więc ze strachu, że zapomni, nosi książki ze sobą cały czas".

- Jak ja słyszę o tym, że dziecko coś robi ze strachu, to myślę sobie, że poszliśmy w bardzo złym kierunku z naszą edukacją, naprawdę. Bo strach to jest uczucie, które towarzyszy naszym dzieciom właściwie codziennie w szkole, i to jest okropne - mówiła Łoboda.

- Generalnie: pani córka pojeździ na deskorolce, kiedy skończy szkołę. Bo na razie jest alternatywa: albo szkoła albo deskorolka - gorzko komentowała Kowalska.

- Może gdy pójdzie do liceum. Mam starszą córkę, która chodzi z małą torebką, bo mówi, że ma swoją szafkę w szkole a nauczyciele mało zadają z podręczników,  świetnie sobie radzi. Ale jej udało się trafić do liceum przed reformą - puentowała Dorota Łoboda.

DOSTĘP PREMIUM