Urubko nie był ani pierwszy, ani ostatni. "Na wyprawach bardzo często wybuchają gwałtowne konflikty"

Pół roku temu nazwisko Urubko znali chyba tylko wielbiciele wspinaczki. Teraz wielu go ocenia. - Ludzie łatwo się kreują na tych, którzy siedzą ciepłych domu w bamboszach i wiedzą lepiej - mówi Janusz Onyszkiewicz.

Były minister obrony, Janusz Onyszkiewicz, sam brał udział w 1976 roku w narodowej wyprawie na K2; dotarł na wysokość 7670 m. Przed próbą zdobycia drugiej najwyższej góry świata brał udział w słynnej wyprawie na Gaszerbrumy, której kierowniczką była Wanda Rutkiewicz.

Wyprawa wedle pierwotnego pomysłu miała być kobieca i jej celem było zdobycie niezdobytego Gaszerbrum III. Ostatecznie skończyło się zdobyciem przez męski zespół szczytu Gaszerbrum II (8034 m) oraz Gaszerbrum III (7952 m) przez zespół mieszany. W obu zespołach był właśnie Janusz Onyszkiewicz.

Wyprawa z lata 1975 roku ważna jest nie tylko z powodu sukcesów czysto wspinaczkowych. Dzięki filmowi "Temperatura wrzenia" znakomitego dokumentalisty Andrzeja Zajączkowskiego zobaczyliśmy wyprawę "od środka". Z emocjami, kłótniami, wzajemnymi oskarżeniami.

Zobaczyliśmy negocjacje dotyczące wynagrodzenia dla Szerpów; dowiedzieliśmy się, kto podważał kompetencje Rutkiewicz do kierowania wyprawą oraz jej decyzje personalne. Usłyszeliśmy też, kto ma "Wandzię w d...". Nie tylko zresztą "Wandzię".

Wspinaczka on-line

Dziś film dokumentalny nie jest potrzebny. Codziennie jesteśmy zalewani newsami dotyczącymi wyprawy na K2. Ale czy to najlepsze, co mogło spotkać himalaistów i nas - obserwatorów, fanów, kibiców?

- Mnie by bardzo przeszkadzało, że się wspinam prawie jak na stadionie: na oczach wszystkich. Odbiera to pewną intymną relację jaką się ma z górą, otoczeniem i całą sytuacją. Nieustająca świadomość, że się jest ciągle na widoku, niejako pod kontrolą opinii publicznej, zaburza, rujnuje tę intymność. Ja bym bardzo sobie wysoko cenił te sytuacje, w jakich myśmy byli wtedy, kiedy tego rodzaju wspinanie się on-line nie było możliwe - przyznaje Onyszkiewicz.

Nie da się uciec od emocji

Bez informacji z bazy spod K2 trudno dziś wyobrazić sobie dzień w polskich telewizjach, stacjach radiowych, portalach, gazetach. Zaczęło się od zachwytu, bo czterech członków narodowej wyprawy poleciało na ratunek na Nanga Parbat. Duetowi Adam Bielecki-Denis Urubko udał się dotrzeć do Elisabeth Revol. Tempo i styl przeprowadzenia akcji wzbudził powszechny szacunek.

Czytaj też: "Z 7 tys. nie da się nikogo znieść" - Leszek Cichy o trudnych decyzjach himalaistów>>>

Potem mieliśmy głównie mozolne zakładanie kolejnych obozów i czekanie na poprawę pogody. Aż do decyzji Denisa Urubki o podjęciu samotnej próby zdobycia ostatniego ośmiotysięcznika, który nie został zdobyty zimą. I błyskawicznie Urubko stał się celem krytyków, internetowych hejterów, ale też swoich kolegów.

Tylko że Urubko nie jest ani pierwszym, ani zapewne ostatnim, który działa wbrew decyzjom kierownika wyprawy. Poleceń szefa nie posłuchała np. Wanda Rutkiewicz podczas słynnej wyprawy jesienią 1979 roku na Mount Everest. Rutkiewicz wbrew poleceniu kierownika wyprawy - dr. Karla Herrligkoffera - nie zajęła się sprowadzaniem do obozu słabnącej himalaistki z Niemiec, tylko wspinała się wyżej. I 19 października stanęła na szczycie najwyższej góry świata. Jako pierwsza Europejka i pierwszy himalaista z Polski.

- Oczywiście na wyprawach bardzo często wybuchają bardzo gwałtownie konflikty. Bo sytuacja jest obiektywnie trudna i stresująca; w grę wchodzą osobiste ambicje i naturalnie się ujawniające czasami osobiste urazy i pretensje. W historii alpinizmu znane są przypadki konfliktów, które eskalowały do tego stopnia, że część alpinistów opuszczała wyprawę i schodziła. Ale jednak całkiem inaczej jest, jak się na to patrzy z pewnego dystansu, kiedy emocje opadają, a inaczej, jak to rozgrywane jest na bieżąco. Wtedy też otwiera się w internecie przestrzeń dla różnego rodzaju komentarzy, hejtu. To jest coś, co mnie ogromnie zniesmacza - mówi Janusz Onyszkiewicz, były alpinista, były szef Polskiego Związku Alpinizmu, ale też były szef MON.

Jeden z głośniejszych w ostatnich latach konflikt wybuchł podczas - ostatecznie zakończonej sukcesem - próby zdobycia zimą Nanga Parbat w lutym 2016. Szczyt dobyli Simone Moro, Alex Txikon i Muhammad Ali Sadpara. Wcześniej wyprawę opuścił - po konflikcie z Txikonem - Włoch Daniele Nardi.

Nowy narodowy sport

Emocje towarzyszące wyprawie na K2 pozwalają postawić twierdzenie, że wchodzenie w buty wspinaczy stało się dziś naszym nowym narodowym sportem.

- Ludzie bardzo łatwo się kreują na tych, którzy wiedzą lepiej - siedząc w ciepłych domu w bamboszach - jak powinni się zachowywać i co myślą ludzie, którzy przebywają na kilku tysiącach metrów. Ale to rzecz nienowa. Bo swego czasu błazen królewski Stańczyk udowodnił, że wszyscy w Polsce się znają na medycynie. Obwiązał sobie głowę jakąś szmatą i wtedy każdy spotkany radził mu, jak się z tej przypadłości wyleczyć. To przypomnienie, że ludzie nie mają pokory, jeśli chodzi o własne kompetencje w danej sprawie i bardzo łatwo ferują radykalne wyroki. A o ten radykalizm łatwo, bo w internecie jest anonimowy - powiedział Tokfm.pl Janusz Onyszkiewicz.

Jak podkreślił były alpinista, oceny tego, co dzieje się na wyprawach wysokogórskich, nie można dokonywać na bieżąco, "pod przemożnym wpływem emocji" (a czasami w oparciu o nieznajomość rzeczy), tylko z pewną refleksją i całościowo.

Zdaniem Onyszkiewicza dobrze byłoby w przyszłości spróbować choć trochę zmienić model współpracy np. z mediami. Choć nie będzie to łatwe. - Uważam, że to byłoby dobre ze względu na dobro wyprawy i uczestników, a także ze względu na odbiór publiczny. Bo chyba w ten sposób można byłoby uniknąć pewnego zmęczenia tą tematyką.

Nasi lodowi wojownicy

Janusz Onyszkiewicz przyznał, że sam jest już trochę znużony pojawiającymi się kilka razy dziennie informacjami na temat naszej narodowej wyprawy. - Jak się otwiera strony internetowe, to prócz dwóch, trzech nazwisk polityków czy ważnych wydarzeń pojawia się cała masa linków związanych z wyprawą na K2.

Ale nie zmienia to faktu, że mocno trzyma kciuki za sukces wyprawy, której kierownikiem jest Krzysztof Wielicki. - Prawdę mówiąc, chyba nie ma drugiej nacji, która mogłaby mieć taki zespół, jakim my w tej chwili dysponujemy. Ciągle mam nadzieję, że ta wyprawa skończy się sukcesem. Bo jak się nie uda, to sprawa odłoży się o kilka lat. Czy ta góra na nas poczeka? Obawiam się że nie, a byłoby szkoda - stwierdził.

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM