"To ludzie, a nie transport drewna". Anait w wyniku stresu związanego z deportacją do Polski zapadła w śpiączkę

12-letnia Anait, która znajduje się w stanie podobnym do śpiączki, zabrana została z ośrodka w Dębaku. Problemy zdrowotne dziecka zaczęły się, gdy jej rodzina została poinformowana o deportacji ze Szwecji do Polski.

Rodzina Anait to Ormianie. Zanim emigrowali do Szwecji, mieszkali w Moskwie, gdzie ojciec dziewczynki prowadził biznes, ale musieli opuścić ojczyznę. Ojciec Anait był prześladowany ze względu na działalność opozycyjną. Ostatnie sześć miesięcy mieszkali w Szwecji, do czasu decyzji o deportacji.

Sprawą 12-latki i jej rodziny zajmuje się psycholog Maria Książek, która od lat pracuje z uchodźcami, z ofiarami tortur. Jak mówi nam, jeśli chodzi o procedury deportacyjne, to zapewne wszystko jest w porządku. Ale nie tylko o procedury powinno chodzić.

Problemy zdrowotne Anait zaczęły się, kiedy jej mieszkająca w Szwecji rodzina została poinformowana o deportacji do Polski. Bo to z naszego kraju trafili do Szwecji. -   Dziewczynka przestała jeść, zaczęto ją karmić sondą. Potem przestała otwierać oczy i jest w stanie zbliżonym do śpiączki. Wszystko działo się stopniowo, a nie z dnia na dzień. My w Polsce nie mieliśmy takich przypadków, to fenomen zaobserwowany w Szwecji - mówi Maria Książek.

W przypadku każdego dziecka, którego dotyka ten syndrom, mamy do czynienia z traumą i zdarzeniem, które burzy spokój całej rodziny. Jak podkreśla psycholog, to zwykle informacja, że rodzinie grozi deportacja, "wyrywanie z raju". A to skutkuje utratą poczucia bezpieczeństwa,

To są przede wszystkim ludzie

Po tym, jak strona polska zgodziła się na przyjęcie dziewczynki, zaczęto przygotowywać odpowiednią procedurę. Wtedy stan dziewczynki się pogorszył. Ale o tym nie ma śladu w dokumentacji.

- Sprawą zajmują się różne komórki, a tylko zaangażowana w to Straż Graniczna ma lekarza. Reszta zajmuje się sprawdzaniem dokumentów. A to dotyczy ludzi, a nie  transportu drewna! Nie można o tym zapominać - apeluje Książek.

O tym, w jak ciężkim stanie znajdowała się Anait, kiedy transportowano w lutym ją do Polski, najlepiej świadczy to, że aż 17 osób personelu znajdowało się na pokładzie samolotu, którym przewożono dziewczynkę.

Wszystko dla dobra dziecka

Rodzina, razem z chorą 12-latką, mieszkała w ośrodku dla uchodźców w Dębaku. Wczoraj dziecko zostało zabrane. Bo zapadła decyzja o jej przymusowym leczeniu.

-  Początkowo myśleliśmy że chodzi o odebranie dziecka, bo żadne z rodziców nie zostało wpuszczone do karetki. Decyzję o przymusowym leczeniu podjął sąd, ale nikt z rodzicami nie rozmawiał, nie tłumaczył, co się dzieje. Sami musieli organizować transport, by jechać w tym samym kierunku, co karetka. Nie został im przekazany wyrok sądu, nie mieli szansy na kontakt z adwokatem - wyliczała Maria Książek.

O tym, jak nieprzemyślana była decyzja dotycząca Anait, niech świadczy to, że dziewczynka najpierw trafiła do warszawskiego szpitala dziecięcego przy ul. Żwirki i Wigury. Potem przewieziono ją do Centrum Zdrowia Dziecka. A ostatecznie trafiła do... domu opieki nad osobami starszymi w Legionowie.

- Jeśli w tak dobrych szpitalach nie było specjalistów, którzy mogliby się zając Anait, to czy ludzie, którzy zazwyczaj opiekują się osobami starszymi, będą wiedzieli, co robić? To dla mnie przekazywanie problemu z rąk do rąk, a nie rozwiązywanie go - oceniła psycholog. I winą za sytuację chorej dziewczynki obarczyła urzędników. I tych szwedzkich i tych polskich.

Szara strefa

Zdaniem Książek to, jak traktowani są chorzy, którzy podlegają procedurom deportacyjnym, to "szara strefa". Bo urzędnicy zajmujący się sprawami skupiają się na dokumentacji i tracą z oczu człowieka, którego ich praca dotyczy.

Tak było w przypadku 18-latka mieszkającego z rodzicami w Niemczech. Służby wyprowadziły go w kajdankach z domu i przywiozły na granicę z Polską.- Teoretycznie on był pełnoletni, ale leczył się psychiatrycznie, miał schizofrenię, zespół stresu pourazowego i kilka innych diagnoz. Wtedy się udało - porozmawialiśmy ze stroną niemiecką i chłopiec trafił do szpitala psychiatrycznego w Niemczech.

- Wszystko dzieje się na poziomie czysto urzędniczym, a konsekwencje tego mogą być straszne, bo to może dotyczyć kogoś, kto umrze. To błąd systemu, któremu w Europie powinniśmy się przyjrzeć.

Nawet, gdyby spojrzeć na takie historię tylko od strony finansowej, to jest się nad czym zastanowić.

- Możemy rozpatrywać tego typu transfery, deportacje na poziomie humanitarnym – w przypadku osób chorych to tragedia. Na poziomie organizacyjnym i finansowym to też jest bez sensu. Bo dlaczego pieniądze nas wszystkich - podatników unijnych, przeznaczane są na transport jednej chorej dziewczynki samolotem z 17 osobami personelu? Przecież te pieniądze prawdopodobnie wystarczyłby na jej leczenie w Szwecji - stwierdziła psycholog.

Dobre intencje

Zdaniem psycholog, nie można odmówić urzędnikom, którzy rozpoczęli procedurę, doprowadzającą do przymusowego leczenia dziewczynki, dobrych intencji. Ale znowu nikt nie pomyślał o tym, by rodzina była informowana, by wiedziała, co dotyczy ich córki i by rozmawiać z rodzicami o całej sytuacji.

Po interwencji m.in. Marii Książek udało się sprowadzić do ośrodka w Legionowie matkę dziewczynki. Ale nie wiadomo, jak długo to potrwa.

Przeczytaj też: Pracownicy RPO sprawdzili procedury wobec cudzoziemców w Terespolu. Bez uprzedzenia. Są nieprawidłowości>>>

Najlepiej byłoby, gdyby dziewczynka wróciła do Szwecji, gdzie są specjaliści, którzy zajmują się syndromem, na który cierpi. Ambasada szwedzka ma pełne informacje na temat sytuacji dziecka. Psycholog przesłała dokumenty także do Straży Granicznej i Urzędu do spraw Cudzoziemców. Tylko urząd nie odpowiedział na jej pisma.

- Co ciekawe, komórka, która otrzymała te dokumenty, nie przekazała ich komórce, która występowała o przymusowe leczenie... Dążymy do tego, by wesprzeć tę rodzinę. By oni nie czuli się pozbawioną woli paczką, którą nie wiadomo gdzie jutro przekażą - mówi Książek.

Najszybszym rozwiązaniem byłoby doprowadzenie do tego, by mogli mieszkać blisko ośrodka, w którym przebywa Anait. Ale trzeba znaleźć mieszkanie. No i potrzeba na to pieniędzy.

Czytaj też: Ten Pakistańczyk podobno stanowi zagrożenie, ale nikt go z Polski nie wydala. Urzędniczy absurd>>>

DOSTĘP PREMIUM