Wyrzucają cudzoziemców z systemu polskiej edukacji czy tylko ułatwiają im start? Niepokojące rozporządzenie

Dzieci czekające na przyznanie statusu uchodźcy mogą mieć ograniczony dostęp do lekcji w polskich szkołach. Według projektu rozporządzenia MSW, o ich nauce w polskich szkołach mają decydować... gminy.

- To populistyczna decyzja z intencją odhumanizowania osób, które ubiegają się o azyl w Polsce. Połowa z nich to dzieci. Kiedy ich rodzice często przez kilka lat starają się o status uchodźcy, one codziennie uczą się z polskimi dziećmi, poznają język, kulturę, integrują się ze społeczeństwem - komentuje dla TOK FM Gagik Grigoryan z Fundacji Ocalenie, która wspiera migrantów we włączaniu się w polskie społeczeństwo.

Ministerstwo: "Ryzyko masowego napływu cudzoziemców"

Ministerstwo odpiera zarzuty “Gazety Prawnej”, która stwierdziła w tytule swojego artykułu, że “Polska stworzy getta edukacyjne dla uchodźców”. Resort zapewnia w oświadczeniu, że nie chodzi o “wykluczenie dzieci cudzoziemców z systemu polskiej edukacji, a jedynie udzielenie wsparcia w fazie przygotowawczej edukacji przed pójściem do szkoły”.

Czytaj też: Przedszkola w ośrodkach dla cudzoziemców będą zamknięte? "Rząd zamroził fundusze z UE"

Intencje ministerstwa lepiej ujawnia wcześniejszy projekt rozporządzenia, skrytykowany przez organizacje pozarządowe, a różniący się od nowego jedynie uzasadnieniem. Czytamy w nim, że oświadczenie powstało ze względu na “potencjalne ryzyko masowego napływu cudzoziemców” oraz “pojawiające się negatywne nastawienie lokalnej społeczności do cudzoziemców ubiegających się o udzielenie ochrony międzynarodowej”. Według wcześniejszego uzasadnienia brak znajomości języka polskiego oraz różnice kulturowe mają prowadzić do opóźniania realizacji programu szkolnego oraz konfliktów.

Burmistrz rozwoził uchodźców po różnych szkołach

- Chodzi tylko o to, żeby dzieci miały w szkole łatwiejszy start, poznały najpierw język, bo często dochodzi do nieporozumień - twierdzi Jan Wysokiński, wiceburmistrz Góry Kalwarii, gdzie w pobliskim ośrodku mieszkają teraz 44 cudzoziemskie dzieci. To m.in. jego głos przyczynił się do nowego rozporządzenia. - Nasze doświadczenie mówi, że brak znajomości języka prowadził do sytuacji konfliktowych - mówi. Burmistrz obawia się stworzenia “mniejszości polskiej” w szkołach w przypadku napływu uchodźców i podnosi problem, na który zwracają uwagę również organizacje zajmujące się integracją cudzoziemców, czyli skupienie dzieci słabo mówiących po polsku w jednej szkole. Do tej pory starał się - jak przyznaje, nie do końca zgodnie z prawem - rozwozić dzieci po różnych placówkach.

Czytaj też: Warszawska kampania o uchodźcach nie pokazuje... uchodźców. "Wywołuje emocje, bo dotyka Polaków"

Fachowo problem nazywa się rejonizacją. “Dzieci uchodźców chodzą do jednej szkoły, która jest rejonem dla danego ośrodka” - tłumaczy zjawisko Agata Marek z Fundacji Perspektywa Obywatelska w swoim artykule. “Szkoła nie dostaje dodatkowego etatu dla pośrednika kulturowego, który mówiłby po czeczeńsku (czy w innym języku używanym przez dzieci) i po polsku, więc nie ma osoby w całej szkole, która byłaby łącznikiem między nauczycielami, uczniami, a dziećmi” -  opisuje, zwracając uwagę na fakt, że klasy przyjmujące cudzoziemców nie mają przywilejów klas integracyjnych.

Co z resztą dzieci?

Co istotne, plany MSWiA dotyczą jedynie dzieci przebywających w ośrodkach dla cudzoziemców, czyli starających się o status uchodźcy. Takich w Polsce jest 1579, z czego 967 objętych obowiązkiem szkolnym. Katarzyna Słubik ze Stowarzyszenia Interwencji Prawnej, które protestuje przeciwko rozporządzeniu, zwraca jednak uwagę, że dzieci obcokrajowców uczą się w polskich szkołach znacznie częściej: są przecież dzieci migrantów z UE oraz spoza niej, którzy nie występują o ochronę międzynarodową. Podobnie jak dzieci uchodźców, nie wszystkie potrafią dobrze porozumiewać się po polsku.

Polonistka z jednej z warszawskich podstawówek (prosi o anonimowość ze względu na prywatność dzieci) opowiada TOK FM, jak w praktyce wygląda nauczanie w klasie, w której pojawiają się cudzoziemcy niewładający językiem polskim. - Nie wydaje mi się, żeby to obniżało poziom w klasie czy wpływało na osiągnięcia innych dzieci. Ale wprowadza to dodatkowe obowiązki dla nauczyciela, wymaga indywidualnego podejścia. W grupach na Facebooku zastanawiamy się, jak realizować podstawę programową, jak oceniać kogoś, kto może ma umiejętności, ale nie w języku polskim - mówi.

Ona sama została postawiona przed faktem dokonanym: kiedy przyszła do pracy na początku drugiego semestru VI klasy dowiedziała się, że do uczniów dołączają dwie dziewczynki z Ukrainy, które po polsku mówią bardzo słabo. - Nauczyciel nie dostaje żadnego wsparcia. Jedyna różnica to to, że dyrektor występuje do gminy o dwie dodatkowe godziny nauczania języka polskiego. Prowadzą je zwyczajni poloniści, a nie nauczyciele wyspecjalizowani w glottodydaktyce, czyli nauczania języka jako obcego - mówi. A według szacunków GUS dzieci obcokrajowców jest w Polsce ok. 17 tys.

Nauczycieli można edukować

Większość nauczycieli nie jest przygotowana na wyzwania, jakie wiążą się z przyjściem do klasy takiego dziecka. - Nie ukrywamy, że z powodu różnic kulturowych, różnych sposobów kształcenia czy poziomie nauczania mogą pojawić się trudności. Jednak problemem nie są dzieci - mówi Gagik Grigoryan. Jego fundacja od 17 lat prowadzi szkolenia, które przygotowują nauczycieli na spotkanie z Ukraińcami, Czeczenami, Wietnamczykami i przedstawicielami innych kultur najczęściej spotykanych w Polsce. - Ćwiczyliśmy miękkie umiejętności, uczyliśmy otwartości, dawaliśmy informacje o innych systemach edukacji. Obecnie unijne środki na takie działania są zablokowane, wszystko wzięło na siebie państwo - mówi. Według niego w rozporządzeniu chodzi o przekaz, że państwo ma kontrolę nad uchodźcami - tym bardziej, że już w 2016 r. Ministerstwo Edukacji dało dyrektorom możliwości i środki na tworzenie oddziałów przygotowawczych dla dzieci bez znajomości języka w swoich szkołach (choć i to rozwiązanie budzi kontrowersje).

Grigoryan podkreśla, jak duże znaczenie ma dla cudzoziemskich dzieci obcowanie z polską szkołą. - Ośrodek to nie jest przyjemne miejsce. Dziecko traktuje szkołę jako wyspę, gdzie może nabyć kompetencje społeczne, poznać polskość, a nie tylko widzieć strażników i osoby w mundurach służb granicznych - mówi.

- Problemy zdarzają się też w klasach homogenicznie polskich. Tak samo wśród dzieci cudzoziemskich zdarzają się dzieci ambitne, bystre, chętne do nauki, ale też dzieci po traumach, które się boją, czują niepewnie - mówi Katarzyna Słubik. - Przekaz państwa powinien być taki, że to nie problem, tylko wyzwanie. Że jeśli są trudności, to ono w nich pomoże.

DOSTĘP PREMIUM