Opozycja zarzuca PiS kompromitację ws. relacji z USA. I sama zalicza wpadkę. "Arłukowicz nie doczytał"

Krytykując trzeba uważać, by samemu nie zasłużyć na krytykę. Poseł PO, próbując dyskredytować rozmowy Mitchell-Szczerski, pokazał, że nie bardzo wie, kto jest kim w USA. - Mówienie że Mitchell to trzeciorzędny urzędnik jest bzdurą - komentuje amerykanista.

"Jedziecie do USA gasić pożar i spotykać się z dyplomacją Stanów Zjednoczonych, a z kim się spotkaliście? Z asystentem Sekretarza Stanu. To nie jest wstawanie z kolan tylko kompletny upadek polskiej dyplomacji" - tak poseł Bartosz Arłukowicz w TVN24 podsumował amerykańską wizytę min. Krzysztofa Szczerskiego.

Szef gabinetu prezydenta Dudy spotkał się przed kilkoma dniami z asystentem sekretarza stanu USA ds. Europy i Eurazji Wessem Mitchellem.

- Poseł Arłukowicz nie doczytał może, albo nie sprawdził. Wess Mitchell jest nie tylko asystentem sekretarza stanu, czyli podsekretarzem. Jest również właściwie dyrektorem ds. Europy i Eurazji w Departamencie Stanu. Jest odpowiedzialny za sprawy europejskie i rosyjskiej, tworzy politykę zagraniczną USA - komentował w rozmowie z Tokfm.pl amerykanista Artur Wróblewski z Uczelni Łazarskiego.

Właściwy człowiek na właściwym miejscu

Ekspert podkreślił, że Mitchell jest bardzo dobrze wykształconym dyplomatą i ma duże kompetencje, by zajmować się właśnie naszą częścią świata. To absolwent "prestiżowej kuźni kadr Departamentu Stanu", czyli Georgetown University School of Foreign Service.

Warto przypomnieć, że to właśnie Mitchell był tym amerykańskim politykiem, który sygnalizował polskim władzom, że dla USA nie do przyjęcia są zapisy nowelizacji ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej. Miał brać udział w słynnym spotkaniu w Waszyngtonie, z którego notatkę - przygotowaną przez polskich dyplomatów - ujawnił przed tygodniem Onet.

Czytaj też: Schnepf o relacjach Polska - USA: Sytuacja jest bardzo poważna. Nie ma światełka w tunelu

Z opublikowanych informacji wynika, że ani prezydent Duda, ani premier Morawiecki nie mają szans na spotkanie z Donaldem Trumpem czy wiceprezydentem Mike'm Pence'm. 

- Mówienie że Mitchell to jakiś trzeciorzędny urzędnik jest bzdurą. De facto jest takim trochę nieformalnym architektem polityki zagranicznej USA - podkreśla Wróblewski. I zwraca uwagę na to, że jeśli taki polityk "sugeruje, że Trump będzie bojkotował polskich polityków", to sprawa jest poważna.

Przeczytaj: USA zamknęły drzwi przed Polską? Tłumaczymy, czy rzeczniczka Tillersona faktycznie ogłosiła dementi

Ewangelicy-syjoniści

Amerykanista zwrócił też uwagę na to, że w przypadku Wessa Mitchella trzeba też pamiętać, że należy on do wpływowej w USA grupy tzw. chrześcijan-ewangelików syjonistów.

Ruch działa od XVII wieku, a jego członkowie wspierali Żydów i ich dążenia do stworzenia państwa. Między innymi dlatego, że literalnie traktują starotestamentowe zapisy mówiące, że Bóg będzie błogosławić tych, którzy błogosławią Żydów i potępiał wszystkich, którzy staną przeciwko Żydom.

- Syjoniści ewangelikalni pomogli wygrać Donaldowi Trumpowi. Trzeba też pamiętać o wpływach jakie na scenę polityczną USA ma Komitet Żydów Amerykańskich - podkreślił Artur Wróblewski z Uczelni Łazarskiego.

A komitet to jedna z najbardziej wpływowych grup lobbystycznych w Stanach Zjednoczonych.

Trudno więc się dziwić, że skoro społeczność amerykańskich Żydów krytykuje zapisy znowelizowanej ustawy o IPN, to samo robi administracja prezydenta Donalda Trumpa.

Awantura wokół ustawy PiS o IPN

DOSTĘP PREMIUM