Kto wygra: "kruczek" ulgi meldunkowej i fiskus czy pan Henryk? Rozstrzygnięcie NSA

50 tysięcy zł podatku i 30 tysięcy zł odsetek ma zapłacić pan Henryk, emeryt z Lublina. Jutro ma w tej sprawie zapaść ostateczny wyrok, bo po apelacji wnioskowano o kasację. Można odnieść wrażenie, że dla skarbówki ludzka strona tej historii w ogóle się nie liczy.

W tle tej historii jest sprzedaż mieszkania, w którym mężczyzna mieszkał ponad 30 lat i problem z tak zwaną ulgą meldunkową. W Wojewódzkim Sądzie Administracyjnym lublinianin wygrał, ale jest kasacja – rozpatrzy ją 28 marca Naczelny Sąd Administracyjny.

O całej sprawie rozmawiamy z Grzegorzem Sadurą, doradcą podatkowym, pełnomocnikiem pana Henryka.

TOK FM: Mówiąc krótko i wprost, skarbówka chce pana Henryka zrujnować, żądając od niego ogromnego podatku. Chodzi w sumie o ok. 80 tysięcy złotych. A problem zaczął się od sprzedaży mieszkania, które zajmował pan Henryk

Grzegorz Sadura, doradca podatkowy: Tak, pan Henryk miał problemy zdrowotne i mieszkając na czwartym piętrze, nie był w stanie codziennie się tam wspinać. Dlatego musiał się zdecydować na sprzedaż mieszkania i zakup nowego, tym razem na parterze. Dodam, że mieszkanie zajmował 30 lat, od 1977 roku do 2007 roku – jako mieszkanie lokatorskie, w 1977 dostał na nie przydział ze spółdzielni mieszkaniowej. W 2007 roku wykupił je na własność, a w 2011 – postanowił je sprzedać. W sytuacji problemów zdrowotnych, każdy rozsądny człowiek podjąłby taką decyzję.

Zatrzymajmy się w roku 2011, bo to wydaje się kluczowa data dla całej sprawy – z punktu widzenia fiskusa.

Kluczowy jest rok 2007, czyli moment nabycia lokalu na własność. Dla urzędników skarbowych jakby nie miało znaczenia, że pan Henryk mieszkał tam od 1977 roku. Znaczenie miał moment nabycia własności i potem rok 2011, kiedy pan Henryk sprzedał stare mieszkanie. I cała rzecz w tym, że między rokiem 2007 a 2011 minęły tylko cztery lata. A ustawodawca takie osoby, które sprzedały mieszkanie przed upływem 5 lat po nabyciu – traktuje jako osoby, które uzyskały przychód ze sprzedaży nieruchomości i które powinny od tego zapłacić podatek.

Ale jednocześnie ustawodawca dopuszcza wyjątki, czyli zwolnienie od podatku. Bo zgodnie z obowiązującym wówczas prawem, pan Henryk – teoretycznie – mógł skorzystać z ulgi meldunkowej i z niej skorzystał.

Rzeczywiście, ustawodawca przewidział, że podatku nie muszą płacić osoby, które sprzedają mieszkanie i przenoszą się w inne miejsce ze względów życiowych, takich jak choćby zmiana miejsca zamieszkania ze względu na pracę, problemy zdrowotne czy wyjście za mąż. Ale jednocześnie w różnych okresach czasu obowiązywały różne warunki, które trzeba było spełnić, by móc z takiego zwolnienia z podatku skorzystać. I właśnie w latach 2007 - 2008 mamy do czynienia z tak zwaną ulgą meldunkową.

Co to oznacza?

Jeśli podatnik był zameldowany na pobyt stały w sprzedawanym lokalu przez okres minimum 12 miesięcy przed sprzedażą, to pieniądze uzyskane ze sprzedaży takiej nieruchomości mogą być zwolnione z podatku, o ile podatnik złoży oświadczenie naczelnikowi urzędu skarbowego o tym, że spełnia warunki do zwolnienia.

No i właśnie. To główny powód problemów pana Henryka, bo on takiego oświadczenia nie złożył. Był pewien, że nie musi. Miał przecież akty notarialne, które podpisywał i które musiały trafić do urzędu skarbowego. A w nich znajdowały się przecież wszystkie szczegółowe informacje, dotyczące transakcji. Fiskus musiał wiedzieć, że pan Henryk w mieszkaniu, które sprzedał – mieszkał wcześniej ponad 30 lat. Czy cała ta sprawa nie jest jednym wielkim absurdem?

To jest absurd, mamy tu do czynienia z wadliwą legislacją. Przepisy dotyczące zwolnień z podatku dla zwykłych osób podlegały bardzo częstym zmianom. I w efekcie, w skali kraju, jest w tej chwili duża grupa osób – ofiar ulgi meldunkowej. Niektóre, jak pan Henryk, wciąż starają się jeszcze z fiskusem walczyć.

Mówiąc krótko: gdyby pan Henryk dostarczył do Urzędu Skarbowego to mityczne oświadczenie – które nawet nie wiadomo, jak powinno wyglądać, bo w przepisach nie ma o tym słowa – to całej sprawy by nie było?

Tak, można to tak podsumować. I urzędu skarbowego nie interesuje, że pan Henryk mieszkał tam ponad 30 lat, że to nie było żadną tajemnicą, że miał akt notarialny, który trafił też do skarbówki i że powodem sprzedaży mieszkania i zakupu nowego – w tym konkretnym przypadku – były względy życiowe, zdrowotne. Dzięki zamianie mieszkania, ten człowiek może normalnie żyć, wychodzić z domu, nie musi się wspinać na czwarte piętro.

Wiem, że w tej sprawie pojawił się już nawet komornik, który zajął panu Henrykowi emeryturę.

Tak, ale egzekucję udało się na szczęście skutecznie wstrzymać po trzech miesiącach starań. Pan Henryk jest człowiekiem honorowym, choć ze względów zdrowotnych coraz słabszym. Ale nie wyciąga ręki do opieki społecznej, utrzymuje się z dość niskiej emerytury. I trudno sobie wyobrazić, by komornik zabierał mu jedną czwartą tego świadczenia. To doprowadziłoby go do ruiny.

Co na to wszystko pan Henryk, którego pan reprezentuje?

Tak jak każdy w takiej sytuacji, bardzo to przeżywa i niepokoi się, jaką ostateczną decyzję podejmie sąd. Co prawda wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego spowodował pewne uspokojenie, bo WSA uchylił decyzję organu podatkowego, ale ten wyrok i przez nas, i przez przedstawicieli fiskusa został zaskarżony do Naczelnego Sądu Administracyjnego. I czekamy na rozstrzygnięcie.


Przed NSA emeryta z Lublina wspierać będzie przedstawiciel Rzecznika Praw Obywatelskich, który podjął sprawę z urzędu, a także Fundacja Praw Podatnika. Jeśli wyrok zapadnie, oczywiście o jego treści poinformujemy.

Rozmawiała Anna Gmiterek-Zabłocka, TOK FM

DOSTĘP PREMIUM