Wynajmujesz swoje mieszkanie w Airbnb? Przyczyniasz się do zjawiska, które dręczy europejskie miasta

Na turystach można nieźle zarobić. Wie o tym każdy, kto zajmuje się turystyką. Ale można też sporo stracić. M.in. spokój rodzinnego miasta, czy dostępność ulubionych miejsc.

Kłopoty ze zbyt dużą liczbą turystów narastają od kilku lat. Zjawisko ma już nawet swoją nazwę - overtourism. Czyli po polsku "przeturystycznienie". Skoro ludzie coraz chętniej podróżują, to muszą "wpaść" na siebie w miejscach, które uznawane są za najbardziej atrakcyjne. Europejscy giganci turystyczni, tacy jak Hiszpania, Włochy czy Francja znają problem od podszewki.

Bo kto nie marzy, by wrzucić monetę do fontanny di Trevi, wjechać na wieżę Eiffla, zobaczyć Sagradę Familię Gaudiego? Ale tłumy turystów zaczynają doskwierać nie tylko mieszkańcom odwiedzanych przez nich miast, ale także... samym turystom. Bo dłuższe kolejki do muzeów, restauracji... - Były robione badania, z grupą kilkudziesięciu tysięcy turystów podróżujących do Europy, Azji i Ameryki, które pokazały, że problemem dla nich jest zbył zbyt duży tłok - mówiła w TOK FM dr Marta Derek z Zakładu Geografii Turyzmu i Rekreacji na Wydziale Geografii i Studiów Regionalnych Uniwersytetu Warszawskiego.

Zapraszamy, zarabiamy, narzekamy

Turystyka to jedna z ważniejszych gałęzi gospodarki. Najlepszym potrafi przynosić dziesiątki miliardów euro. Do czołówki na pewno należy Hiszpania, którą w ubiegłym roku odwiedziło 75,3 mln turystów, którzy zostawili ok. 77 mld euro.

Zarabianie na turystach to jedna strona medalu.

Bo Hiszpania to także jeden z krajów, które najwcześniej zaczęły odczuwać problemy wynikające z napływu turystów. Od kilku lat mieszkańcy najpopularniejszych wśród turystów - np. Barcelony i San Sebastian protestują i apelują do władz, by coś z odwiedzającymi zrobić. Były już manifestacje, ale też niszczenie hotelowych witryn, podpalenie autokaru turystycznego.

Ucieczka

Częstym zjawiskiem jest wyprowadzanie się z turystycznych centrów miast, bo po prostu trudno tam żyć. I choć Polsce daleko do popularności Hiszpanii, to akurat to zjawisko już kilka lat temu się u nas pojawiło.

Dobrze widać to w Krakowie. Od lat lokalne media informują, że wokół Rynku Głównego ubywa mieszkańców. Podobny problem dotyczy też Kazimierza, bo to jedno z najpopularniejszych miejsc wśród turystów. A dla mieszkańców taka popularność oznacza hałas, niekończące się imprezy i wyższe ceny.

- Mieszkańcy wprowadzają się, choć wielu bardzo tego nie chce. Ciężko jest jednak żyć w jednej wielkiej imprezowni  i iść do pracy kopiąc puszki po piwie, leżące na ulicy - mówiła dr Derek, przypominając, że z podobnym problemem - na większą skalę - od lat mierzy się Barcelona.

Wiatr w biznesowe żagle

"Inwazję" turystów trzeba łączyć z błyskawicznym rozwojem sektora mieszkań na krótkoterminowy wynajem. A tego rozwoju nie byłoby, gdyby nie kariera Airbnb. Pomysł był taki, by mieszkańcy gościli turystów w swoich mieszkaniach, odkrywali przed nimi uroki swoich miast. Ale integracja z lokalesami i sharing economy szybko przegrały z... pieniędzmi. I zrobił się z tego "biznes jak każdy inny", oceniła ekspertka.

Jaki wpływ na rynek turystyczny, ma wynajem mieszkań na krótki termin, doskonale pokazały badania przeprowadzone przez dr Martę Derek i jej studentkę Karolinę Dycht. - Wyznaczyłyśmy obszar 1 km od środka warszawskiego Rynku Starego Miasta. Wyszło na to, że na tym stosunkowo niewielkim obszarze jest ponad 200 mieszkań wynajmowanych na Airbnb z 1.5 tysiąca miejsc noclegowych. To zdecydowanie dużo, w ramach tego obszaru mamy raptem dwa hotele pięciogwiazdkowe - mówiła dr Derek.

W całej Warszawie, jak podkreśliła, jest "prawie 30 tys. miejsc noclegowych". - A według naszych szacunków, 19 tys. miejsc jest tylko w mieszkaniach wynajmowanych na Airbnb. Więc skala powiększenia bazy turystycznej, przez wynajmowanie mieszkań prywatnych, jest ogromna - stwierdziła ekspertka.

Lepiej zapobiegać

Większa baza noclegowa to niższe ceny. A niższe ceny oznaczają, że wypad do stolicy Polski staje się dostępniejszy i atrakcyjniejszy. Jeśli dodamy do tego tanie linie lotnicze i niższe niż w innych krajach UE ceny, to zobaczymy, jak bardzo Warszawa może być atrakcyjna dla turystów.

Jednak, jak zwróciła uwagę dr Derek, w Warszawie napływu turystów nie odczuwa się przesadnie mocno. Bo to specyficzne miasto.

- Duże, wielofunkcyjne i ruch turystyczny w dużym stopniu jest ruchem biznesowym. W Krakowie mam turystów kulturowych, jak ich nazywamy. I pewnie każdy z nich pójdzie na Rynek Główny. Trudno więc Warszawę i Kraków porównywać - uważa ekspertka z Uniwersytetu Warszawskiego.

Jednak na problemy, jakie niesie ze sobą zmasowany ruch turystyczny, warto być przygotowanym. -  Możemy nie czekać w Warszawie na to, co zdarzyło się w innych miastach, gdzie nagle okazało się, że trzeba sobie radzić z problemem który już jest. Po pierwsze, można próbować w jakiś sposób regulować usługi noclegowe. To jest coś, na co hotelarze bardzo narzekają - oni muszą płacić podatki, a wynajmujący mieszkanie nie musi. Na przykład w Berlinie wprowadzono regulację, że nie można krótkoterminowo wynajmować całego mieszkania tylko np. jeden pokój. Po drugie, warto rozwijać spektrum atrakcji turystycznych, żeby to nie było tak, że wszyscy przyjeżdżający turyści jadą zobaczyć Stare Miasto - wymieniała Marta Derek.

Skoro autorka badań wymieniała Berlin, to warto dodać, że to nie jedyne miasto, które zdecydowało się na ograniczenia dotyczące wynajmu mieszkań na krótkie terminy. Bo ten sposób zarabiania prowadzi do windowania cen mieszkań, co ogranicza dostęp do lokali dla "stałych" mieszkańców miasta.

Ograniczenia wprowadzono m.in. w Paryżu, San Francisco i wspomnianej już Barcelonie. Stolica Katalonii to zresztą, zdaniem dr Derek - "kanoniczny przykład miasta, które padły ofiarami własnego sukcesu".

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM