Dlaczego marnujemy tyle żywności? "Czteroosobowa polska rodzina wyrzuca do śmietnika 2,5 tys. złotych rocznie"

- Jesteśmy na piątym miejscu w Europie jeśli chodzi o marnowanie jedzenia - mówi dziennikarka i blogerka Sylwia Majcher, która zachęca do tego, by zamiast wyrzucać... wprowadzić resztki na nasze stoły.

Małgorzata Waszkiewicz: Dużo jedzenia marnujemy?

Sylwia Majcher: Bardzo dużo. Jesteśmy na piątym miejscu w Europie jeśli chodzi o marnowanie jedzenia. Marnujemy 9 milionów ton żywności. Średnio Polak miesięcznie wyrzuca do kosza cztery kilogramy jedzenia.

Z czego to wynika?

Z naszego rozpasania. Nagle okazało się, że mamy sklepy czynne do późna, a w tych sklepach jest wszystko. Często nie wiemy, czego chcemy, więc zaspokajamy różne swoje pragnienia i bezmyślnie wkładamy wszystko do koszyka. A potem, jedna trzecia tego koszyka, wyląduje w śmietniku. Wiadomo, że co trzecia torba, którą przynosimy z zakupów trafia do kosza.

Czytaj też:'Atrapy wielkich szynek i plastikowe imitacje kiełbas'. Tak wyglądała wiosenna propaganda, czyli Wielkanoc w PRL-u>>>

Bo minął termin ważności, bo otworzyłam śmietanę i nie zdążyłam jej wykorzystać.

Termin ważności jest w Polsce trudnym tematem. Bardzo go przestrzegamy. Jeśli termin ważności skończył się dwa-trzy dni temu, to Polacy nie ruszają takiego produktu. Nie powinno tak być. 50 lat temu nie było terminu ważności. W Danii na przykład, już można sprzedawać produkty, którym upłynął termin ważności. Są specjalne sklepy i nie ma tam zatruć pokarmowych, których tak boją się Polacy. To krok w dobrą stronę.

W stronę niemarnowania jedzenia?

Tak, to bardzo ważne. Weźmy takie jabłka. Co trzecie ląduje w śmietniku. A przecież, żeby takie jabłko dojrzało i trafiło do naszego koszyka, to potrzebna jest czyjaś praca, zużyta jest woda, benzyna w transporcie. To są ogromne straty. Gigantyczne. Czasem nawet nie mamy świadomości, jak duże.

Czteroosobowa rodzina w Polsce wyrzuca do śmietnika 2,5 tys. złotych rocznie - to równowartość niewykorzystanego jedzenia. Brytyjczycy na przykład zmarnowane jedzenie przeliczyli na wyjazdy. Czteroosobowa rodzina może za to dwa razy w roku pojechać do Disneylandu.

To co robić, żeby marnować mniej jedzenia?

Planować. Od planowania zaczyna się wszystko. To jego brak sprawia, że koszyki wypełniamy po brzegi, że nie wiemy, co nam jest tak naprawdę potrzebne. A potem nie jesteśmy w stanie tego jedzenia wykorzystać. I wcale nie namawiam do planowania posiłków na cały tydzień. Wystarczy na dwa, trzy najbliższe dni. Bo to sprawia, że na zakupy pójdziemy z listą, którą zawsze powinniśmy mieć przy sobie. Są już aplikacje na telefon, które pomagają w zaplanowaniu zakupów i pomagają też w ich trakcie. Możemy zaznaczać w aplikacji produkty, które już włożyliśmy do koszyka, kontrolować ceny. To jest duże ułatwienie. Połączenie planowania z listą zakupów sprawia, że możemy marnować dużo mniej jedzenia.

Czytaj też: Dlaczego piwosze są bardziej "eko" niż ci, którzy kupują mleko? Eksperci o wojnie z plastikiem>>>

A w kuchni?

Kupujemy kurczaka, robimy z niego niedzielny obiad, ale z kości dodatkowo gotujemy wywar, który następnego dnia będzie bazą dla zupy. I mamy już dwa obiady z jednego mięsa. Z kolei pomidory, które zalegają w kuchni można zmiksować, przerobić na pastę, sos do makaronu. Gdy pieczemy szarlotkę, zostają obierki z jabłek. Ja ostatnio ugotowałam mojemu synowi rozgrzewający kompot. Wrzuciłam do garnka obierki z jabłka, dodałam trochę cynamonu, kardamonu, goździków, wrzuciłam też ogryzek. Dosłodziłam odrobiną miodu. Skórki oddają bardzo dużo witamin. Pod skórką jest ich najwięcej. Dlatego nasze babcie obierały bardzo cieniutko wszystkie warzywa i owoce, wiedząc, że tuż pod skórką kryje się największe bogactwo. Z innych obierków możemy
gotować buliony. Ja już mam tak zakodowane, że gdy obieram warzywa, obierki wrzucam do garnka z zimną wodą, gotuję i mam bulion. Nazywam go bulionem ratunkowym, bo dzięki niemu, na drugi dzień mogę ugotować zupę w 15 minut. Albo risotto.
Z kolei z pulpy, która mi zostaje po zrobieniu soku w wyciskarce, robię batony. Pulpę mieszam z mąką, dodaję ulubione, posiekane bakalie, do tego jajko lub banan, który jest świetnym zamiennikiem jajka . Do tego można dodać płatki owsiane, jaglane lub gryczane. Wykładam blachę papierem do pieczenia, rozkładam na masę i piekę około 40 minut. Gdy wystygnie – kroję w prostokąty. Każda resztka może wrócić na stół, w nowej odsłonie.

Ale chyba musimy sobie poprzestawiać w głowie i zrozumieć, że obierki, to nie jest nic obrzydliwego, a jabłko z plamką, pęknięta papryka, albo uszkodzona gruszka, nie smakują gorzej.

Nie należy dyskwalifikować produktów. Ja mam nadzieję, że nam się uda odczarować resztki.

Ale jak, skoro jesteśmy rozkapryszeni? Każde warzywo ma być piękne, równe i błyszczące.

To przestawienie w głowie jest bardzo ważne. Na przykład latem, po południu można kupić na targu maliny dużo taniej niż rano. A takie miękkie maliny wykorzystane w cieście smakują wybornie, bo są słodsze. Podobnie jest z bananami – im ciemniejszy, tym ma w sobie więcej cukru. Dzięki temu, gdy piekę ciasto z takimi bananami – nie muszę go słodzić cukrem.
Niektóre sieci handlowe też już zauważyły, że to duży problem i robią specjalne akcje: biorą od producentów produkty nieidealne. Zmienili normy. Krzywa marchewka jest odpowiednio oznaczona i jest tańsza. Ale przecież smakuje tak samo.
Te sklepowe akcje, to już jest duży sukces, bo bardzo dużo jedzenia marnuje się już na etapie produkcji i dystrybucji.

Polska jest krok przed dużymi zmianami. Jest już projekt ustawy o przeciwdziałaniu marnowania żywności. Czy marnowanie jedzenia można uregulować ustawą?

Ustawa przede wszystkim dotyczy handlu. Ona – przynajmniej na etapie projektu – będzie zmuszała sklepy, żeby przekazywały jedzenie potrzebującym. Sporo sklepów już to robi, współpracują z bankami żywności. Ostatnio widziałam, jak do jednego z hipermarketów przyjechali ludzie z MONARU. Zabrali chleb pieczony dzień wcześniej. Konsumenci już by go nie kupili, a pan z MONARU, odbierając chyba 20 wielkich pudeł pieczywa powiedział, że będzie tym karmił ludzi przez trzy dni. Do tego wzięli warzywa, nieco bardziej miękkie, może z uszkodzoną skórką. Byli zachwyceni i mówili, że dzięki temu ich podopieczni jedzą zdrowo i pysznie. A zaoszczędzone w ten sposób pieniądze mogą przeznaczyć na zajęcia dydaktyczne, pomoce i lekarstwa.
Widać, że to się już dzieje. Ale na zbyt małą skalę. Ta ustawa będzie to regulowała. Sklepy będą musiały podpisywać umowy z takimi organizacjami pozarządowymi. Ale na tym nie koniec. Za każdy kilogram wyrzuconego jedzenia będą płacić, więc zwyczajnie, nie będzie im się to opłacało. Te rozwiązania nie będą dotyczyły pojedynczych ludzi. Tu każdy sam musi sobie poradzić z własnym sumieniem.

Na świecie ta tendencja jest dużo bardziej widoczna. Dbanie o produkt,  niemarnowanie go – to trend w gastronomii. Najlepsi kucharze świata mówią: „ograniczam się”. Tym samym kreują modę na „zero waste”, czyli gotowanie bez strat.

Od dwóch lat świat zauważa problem. Najlepsi kucharze świata gotują z resztek, karmią tym artystów i polityków. Ulubiony kucharz Michelle i Baracka Obamów – Dan Barber – przygotował obiad dla szefów rządów 30 krajów świata. To był obiad z resztek. Nikt się nie skarżył, wszyscy byli zachwyceni. W ubiegłym roku w Londynie przez dwa tygodnie prowadził restaurację, w której gotował tylko z resztek lub produktów, które się nie sprzedały rolnikom. Zaprosił do tego projektu szefów kuchni z całego świata. Był tam jeden Polak. Bilety sprzedały się zanim restauracja została otwarta. Podawane były
hamburgery z czerstwego chleba, a sosem do mięsa była pulpa po wyciśniętym soku z buraków i marchewki. W menu pojawiły się też placki z owsianki, która została po śniadaniu. Klienci zobaczyli, że z resztek można ugotować wykwintne dania.

A czy w domu może się to udać?

Znowu trzeba posłuchać babci. Trzeba patrzeć na produkt w całości. Filozofia coraz częściej powtarzana przez kucharzy: jeśli chodzi o mięso, wykorzystać trzeba wszystko – od nosa, do ogona. Dobrze, że podroby wracają do łask. A jeśli myślimy o warzywach, to od korzenia aż po liście. Z obierków ziemniaków można zrobić chipsy i zamiast groszku ptysiowego zaserwować je do zupy-kremu. Z zielonych liści rzodkiewki, które najczęściej lądują w koszu na śmieci, można zrobić pyszny zielony koktajl lub pesto do makaronu. Z rukolą podobnie. Sałatę, która już więdnie i liście tracą jędrność, warto wsadzić do piekarnika. Polać oliwą, potem podać z granatem, skropione sokiem z cytryny. W ten sposób sałata dostaje drugie życie. Wygląda na ekskluzywną sałatkę, której nie powstydziłaby się żadna z restauracji.

Trzeba zmienić myślenie i zacząć szanować produkty. Brak tego szacunku sprawia, że marnujemy. Jedzenie jest tanie i łatwo dostępne. Gdybyśmy mieli świadomość, ile pracy, czasu i wysiłku wymaga wyhodowanie marchewki – wtedy wykorzystywalibyśmy wszystko. Od korzenia, po natkę. Wyciskalibyśmy z niej wszystko. Do ostatniej kropli.

Czytaj też: Już za chwilę obudzimy się z ręką w... plastiku. Polska i UE stosują kreatywną księgowość ws. śmieci>>>

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM