"Hipokryzja. Kaczyński straszył pasożytami, teraz PiS pomaga Syryjczykom w błysku fleszy"

PiS sprzeciwia się przyjmowaniu uchodźców z Syrii, bo rzekomo roznoszą choroby. Jednocześnie rządzący przekonują, że pomagają bliźnim... ale tylko chrześcijanom - pisze w felietonie Anna Gmiterek-Zabłocka.

Kilka miesięcy temu wojewoda lubelski Przemysław Czarnek (PiS) wspólnie z organizacją "Pomoc Kościołowi w potrzebie" ogłosił wielką zbiórkę "Lubelszczyzna dla Syrii". Powiedział, że to zbiórka na odbudowę domów w Aleppo i że na jeden taki remont potrzeba tylko 6 tys. zł. Przemysław Czarnek przekonywał, że Syryjczycy właśnie na taką pomoc czekają, bo chcą zostać u siebie, a nie uciekać.

Miałam i mam wątpliwości, czy to dobry czas na odbudowę domów w kraju, w którym ciągle trwa wojna, w którym ostatnio użyto broni chemicznej. Ale tłumaczyłam sobie, że przecież każda pomoc się liczy...

Poza tym, jak powiedziała mi Paula Langnerowicz z Polskiej Akcji Humanitarnej, w tej sprawie nie można uogólniać. Poszczególne regiony w Syrii są w różnej sytuacji - są miejsca, w których cały czas trwają działania zbrojne, ale są i takie, w których panuje względny spokój. Dlatego pieniądze na domy mogą się przydać. - Generalnie jednak w Syrii bardzo potrzebna jest podstawowa pomoc, taka jak jedzenie, woda czy dostęp do środków higienicznych - usłyszałam od Pauli Langnerowicz. Do tego potrzebne są leki i pomoc medyczna.

Zaklinanie rzeczywistości?

Na stronie lubelskiej zbiórki można przeczytać, że potrzebna jest  pomoc, ale... tylko dla chrześcijan. "Wiele budynków, w których mieszkali chrześcijanie uległo poważnym zniszczeniom (...) wskutek czego mieszkańcy tych domów zmuszeni zostali do ich opuszczenia"- czytamy na stronie akcji. I dalej, że rodziny chrześcijańskie zaczynają wracać do Aleppo i trzeba im pomóc.

Ale jak to - muzułmańskie rodziny nie potrzebują pomocy? Gdy nie tak dawno robiłam reportaż o rodzinie, która wyjechała z Aleppo i zamieszkała w Lublinie, w trakcie ich wzruszającej opowieści usłyszałam, że przed wojną obok siebie mieszkali tam i chrześcijanie, i muzułmanie. Mieszkali i starali się sobie pomagać. Jak człowiek człowiekowi, nie patrząc na wiarę.

Ale czy przy okazji naprawdę trzeba "robić politykę"?

Wiedziałam, że zainicjowana przez wojewodę zbiórka będzie sukcesem, bo jak mogłoby być inaczej, skoro w akcję włączyło się wiele rządowych instytucji, w tym m.in. kuratorium. Plakaty akcji były i w szkołach, urzędach, prywatnych firmach. Zebrano niewiele ponad 400 tys. złotych. Ogłoszono wielki sukces. Chwała wszystkim, którzy wpłacili i ogromne podziękowania.

Jak nie zaklinalibyśmy jednak rzeczywistości, nie jest wcale tak, że wszyscy Syryjczycy chcą w swoim kraju zostać. Przedstawiciele organizacji pozarządowych, w tym Samer Masri z Wolnej Syrii mówią mi, że bardzo wielu Syryjczyków chciałoby wyjechać, zapomnieć, odżyć. Tęsknią za codziennym, normalnym życiem. Bez bomb i huku wystrzałów.

Na uroczyste podsumowanie akcji "Lubelszczyzna dla Syrii" do Lublina przyjechała Beata Kempa, minister rządu PiS do spraw pomocy humanitarnej i uchodźców. Dziękowała za zbiórki w szkołach, firmach, na uczelniach i w zakładach pracy.

Jaki to nasz rząd jest hojny, jak pomaga!

Problem w tym, że na podziękowaniach się nie skończyło. A dobrze przecież znamy wypowiedzi polityków rządzącej prawicy na temat uchodźców. W tym chyba tę najważniejszą -  prezesa Jarosława Kaczyńskiego o roznoszonych przez cudzoziemców chorobach. "Są już przecież objawy pojawienia się chorób bardzo niebezpiecznych i dawno niewidzianych w Europie. To nie oznacza, żeby kogoś dyskryminować... Ale sprawdzić trzeba" - mówił w czasie kampanii w 2015 roku najważniejszy obecnie polski polityk.

A minister Kempa przyjeżdża do Lublina i wszem i wobec ogłasza, że Polska dla Syrii robi bardzo dużo. Z ust pani minister padają duże kwoty: w 2017 roku na pomoc humanitarną w Syrii, Libanie, Jordanii i Turcji polski rząd przeznaczył około 351 milionów złotych.

- W sumie było to niemalże trzykrotnie więcej niż na początku naszych rządów - chwali się minister. Tyle, że przekazane pieniądze to nie jest przecież gotówka wyjęta z kieszeni czy z kont poszczególnych ministrów, ale pieniądze nas wszystkich. Pytanie, czy skoro wszyscy pomagamy, to rząd powinien się na tym lansować?

Beata Kempa podkreśla, że w ubiegłym roku w ramach "łagodzenia kryzysu migracyjnego" Polska wpłaciła też 200 milionów złotych na specjalny europejski fundusz. - Byliśmy największym i pierwszym donatorem w tym zakresie, odpowiedzieliśmy na apel - chwali się.

Twierdzi, że to, o co dziś Syryjczycy proszą najbardziej, to dostęp do wysokospecjalistycznych procedur medycznych. Mówi, że w ubiegłym roku za kwotę ponad 5 milionów złotych - przy zaangażowaniu organizacji "Pomoc Kościołowi w Potrzebie" - udało się wyleczyć ponad 5,5 tysiąca osób.

Gdzie i kogo wyleczono, z jakich chorób? Tego niestety już nie zdradza.

Pomaganie? "To hipokryzja rządzących"

Beatę Kempę przed lubelskim zamkiem powitali działacze m.in. lubelskiego KOD z
hasłami "Moją ojczyzną jest człowieczeństwo" czy "Byłem przybyszem, a
nie przyjęliście mnie". Przyszli, by zaprotestować przeciw hipokryzji rządzących.

- Organizowanie takich spotkań przez rząd to jawne lansowanie się na uchodźcach i na zbiórce pieniędzy dla nich - mówi jedna z protestujących. A ja w pełni się z nią zgadzam. Jestem całym sercem za pomaganiem, ale z całą pewnością nie w blasku fleszy i w świetle kamer. Bo nie na tym polega otwartość i dobre serce.

Anna Gmiterek-Zabłocka to reporterka TOK FM w Lublinie. Prowadzi audycję Twój Problem - Moja Sprawa.

DOSTĘP PREMIUM

DOSTĘP PREMIUM