"Co mam zrobić? Zamknąć córkę w domu?". Państwo zostawia dorosłych niepełnosprawnych na lodzie

Choć protest w Sejmie jest zawieszony, problemy niepełnosprawnych nie zniknęły. O ile na edukację dzieci państwo przeznacza ponad 1 mln zł, o tyle dla dorosłych pieniędzy jest jak na lekarstwo.

Kiedy osoba niepełnosprawna chodzi jeszcze do szkoły, a może to trwać do 25. roku życia, nie musi siedzieć w czterech ścianach własnego domu. W ciągu dnia niemal codziennie ma jakieś zajęcia, rehabilitację, warsztaty.

Gdy 25. rok życia mija, wszystko się zmienia. Bo nagle okazuje się, że państwo o dorosłych niepełnosprawnych jakby zapomniało.

- Wyliczyliśmy, że - biorąc pod uwagę subwencję z 2014 roku - edukacja jednej osoby niepełnosprawnej, która przechodzi przez wszystkie stopnie edukacji, kosztuje około 1,3 miliona złotych. To są pieniądze włożone w człowieka niepełnosprawnego do 25. roku życia. A potem co? - pyta Maria Pietrusza-Budzyńska, emerytowana nauczycielka szkoły specjalnej, która od ponad 20 lat prowadzi teatroterapię dla niepełnosprawnych (od 2009 roku jest szefową fundacji).

Jak dodaje, pieniędzy na niepełnosprawnych jest za mało i w tym tkwi cały problem. W jej ośrodku terapeuci zarabiają najniższą krajową. - I niestety odchodzą. A to wielka strata - przyznaje nasza rozmówczyni.

- Tu nie chodzi o to, że trzeba budować nowy system wsparcia. Przede wszystkim do systemu, który już jest, trzeba dołożyć pieniędzy. A nikt tego zrobić nie chce - mówią terapeuci.

"Powinna pani ustąpić miejsca młodszym"

Katarzyna ma 40 lat i jest osobą niepełnosprawną. Od wielu lat uczestniczy w zajęciach Warsztatów Terapii Zajęciowej (tzw. WTZ). Bardzo to lubi. Ma m.in. zajęcia plastyczne, ale też wychowanie fizyczne. I ona, i jej mama, gdy pojawia się kontrola urzędników, regularnie słyszą, że Kasia powinna już zajęcia opuścić. Bo jej czas minął.

Wszystko dlatego, że WTZ mają przygotowywać do pracy. Tyle, że - jak mówią terapeuci - z góry wiadomo, iż część osób nigdy pracować nie będzie. Do takich osób zalicza się Kasia.

- Sprawdzają, czy nauczyliśmy się określonych czynności, jak ci, którzy są w miarę sprawni. I proszą, żeby zrobić miejsce młodszym - mówi 40-letnia kobieta. - To nieludzkie i niegodne, że musimy słyszeć takie słowa. Co mam zrobić, zamknąć córkę w domu? - pyta mama Katarzyny.

Problem jest, bo przepisy są, jakie są

Miejsc pracy dla niepełnosprawnych brakuje, na ich tworzenie jest za mało pieniędzy. A nawet jeśli niepełnosprawny pracę podejmie, często okazuje się, że sobie nie radzi. Wtedy niejednokrotnie wraca do WTZ.

- Przecież nie każdy nadaje się do pracy - mówi Małgorzata Batorska, przewodnicząca lubelskiego koła Polskiego Stowarzyszenia na Rzecz Osób z Niepełnosprawnością Intelektualną. I wspomina podopieczną, która znalazła pracę w szatni na jednej z uczelni. - Gdy przyszedł okres zimowy i ubrań było bardzo dużo, przestała sobie z tym radzić. Musiała odejść. Wróciła do Warsztatów Terapii Zajęciowej - mówi.

Małgorzata Batorska dodaje, dla niepełnosprawnego przymus odejścia z warsztatów jest często wielką traumą. - Niepełnosprawni się przyzwyczajają: i do placówki, i do terapeutów. Każda zmiana wywołuje u nich regres, zaczynają się cofać albo zostają zamknięci w domu. Dlatego najważniejsze jest indywidualne podejście do każdego człowieka - dodaje.

W warsztatach, które prowadzi jej stowarzyszenie, w czasie kontroli zdarzają się uwagi ze strony urzędników, że konkretne osoby powinny już z warsztatów odejść. - Tylko gdzie mają pójść? Mamy się zgodzić, by siedziały z rodzicami w domach? - pyta nasza rozmówczyni.

"Chcę żyć jak normalsi"

Artur jest dorosły. Pochodzi z dobrze sytuowanej rodziny, zwiedza świat, był już m.in. w Stanach Zjednoczonych. Ma zespół Downa, ale chce żyć jak "normalsi".

Na co dzień przyjeżdża na zajęcia do warsztatów teatroterapii.  Nie mówi, ale wszystko rozumie i po polsku, i po angielsku. - Okazało się też, że czyta. Na jednym z naszych obozów miał ze sobą książkę "Harry Potter". Wertował kartki, nie wiedzieliśmy, po co. Nagle wstał, podszedł do mnie i pokazał mi w tej książce, na wielu stronach, imię Maria. Czyli moje imię. To było niezwykłe - opowiada prowadząca warsztaty Maria Pietrusza-Budzyńska.

Artur zaskoczył ją jeszcze kilka razy. Na przykład wtedy, gdy zaginął.

- Szukaliśmy go wszędzie, w końcu zawiadomiłam policję. Myśleliśmy, że może pojechał do Empiku, bo bardzo to lubi. Albo, że może poszedł do kina. W końcu po godz. 19 dostałam telefon, że Artur jest już w domu. Przyszedł. Sam - mówi pani Maria. Dopiero wtedy odkryto, że młody mężczyzna świetne orientuje się w terenie,doskonale zna rodzinne miasto - Lublin.

- Od tego momentu wraca do domu sam, trolejbusem. Na wszelki wypadek zawsze ma na ręce zapisany jego numer "153" - dodaje terapeutka.

W jej ocenie, każde Warsztaty Terapii Zajęciowej to mała ojczyzna, w której ludzie dokładnie się poznają i rozumieją. - Chodzi o to, by nacisnąć odpowiedni guzik, by człowiek niepełnosprawny jeszcze bardziej się rozwinął, otworzył, by dodać mu skrzydeł - podkreśla Maria Pietrusza-Budzyńska. Jak dodaje, rehabilitacja człowieka niepełnosprawnego, która tak naprawdę trwa całe życie, wymaga nakładów. - Na to musi być kasa - podkreśla.

Czytaj też: "Państwo nam nie pomaga". Dlatego rodzice niepełnosprawnych dorosłych zaczęli działać sami>>>

Jak mówi Katarzyna Charytanowicz, kierownik Warsztatu Terapii Zajęciowej Stowarzyszenia Integracji Społecznej w Świdniku, dla niepełnosprawnych bardzo ważna jest rehabilitacja społeczna (m.in. umiejętność zachowania się w konkretnych sytuacjach, w grupie społecznej).

- Bez tego nie jesteśmy w stanie przygotować niepełnosprawnego do życia, w tym życia zawodowego. A dziś sytuacja finansowa warsztatów jest na tyle trudna, że musimy rezygnować z części działań w zakresie rehabilitacji społecznej. Choćby z wyjazdów na wycieczki czy z wyjść np. do różnych instytucji, kina, teatru - dodaje Charytanowicz.

Nie każdy może pracować

Bogusław Ciosmak prowadzi Warsztaty Terapii Zajęciowej w Biłgoraju, w ramach Stowarzyszenia "Krok za krokiem".

Jak mówi, można założyć, że każdy może wykonywać jakąś pracę. Ale jest warunek: części niepełnosprawnych potrzebny jest asystent/trener pracy. - Asystentem na stałe pomaga niepełnosprawnemu w pracy. Tyle, że takich asystentów brakuje - mówi Ciosmak.

Dlatego część osób powinna zostać w WTZ - np. w pracowni krawieckiej, wikliniarskiej czy pralniczej, gdzie uczą się konkretnych umiejętności. - Nie można przecież powiedzieć osobie niepełnosprawnej: Przygotowaliśmy cię do pracy, nic więcej nie możemy zrobić, idź sobie. Warsztaty są dla takiej osoby, w pewnym sensie, miejscem pracy. I trzeba to uszanować - mówi nasz rozmówca.

Także zdaniem Bogusława Ciosmaka, największym problemem są... pieniądze. - Mówi się, że pieniądze szczęścia nie dają, ale otwierają wiele drzwi i możliwości. Ceny rosną, standardy się podnoszą, a my miesięcznie średnio dostajemy 1,5 tys. zł na uczestnika zajęć. Podczas, gdy na tą samą osobę, gdy jeszcze się uczyła, państwo dawało ponad 4 tys. złotych - zwraca uwagę.

"Idei nie można włożyć do garnka"

- Trzeba w końcu zacząć mówić o tym, że pracownicy warsztatów muszą godnie zarabiać. Nie można wymagać od ludzi, którzy pracują z niepełnosprawnymi, że przez całe życie mają to robić tylko dla samej idei. Idei - przepraszam, że to mówię - do garnka włożyć nie można - dodaje Ciosmak.

Maria Pietrusza-Budzyńska była na kilku spotkaniach z urzędnikami ministerstwa - konsultacjach w sprawie Ustawy o rehabilitacji społecznej i zawodowej osób niepełnosprawnych.

- Dawaliśmy im różne pomysły. Te rozmowy trwały dwa lata. Skrzykiwaliśmy się, bo nikt nas oficjalnie na te spotkania nie zapraszał. To było jakby "tajne przez poufne". Mieliśmy nadzieję, że urzędnicy nas rozumieją. Prosiliśmy, negocjowaliśmy, pokazywaliśmy wiedzę naukową. Bo przecież to wszystko już zostało opracowane i nie ma co zawracać kijem Wisły. Wydawało nam się, że państwo będzie chciało skończyć z biedą i upodleniem osób niepełnosprawnych. Ale to się nie dzieje. Zapomina się o tym, że pieniądze naprawdę kształtują świadomość i godność człowieka - dodaje pani Maria.

Jak ocenia Katarzyna Charytanowicz, niepełnosprawni - zwłaszcza ostatnio – są przez władzę pomijani. - Tak się czujemy. Od kilku lat słyszymy, że coś się zmieni, a żadnych zmian nie widać - ocenia kierownik Warsztatu Terapii Zajęciowej Stowarzyszenia Integracji Społecznej w Świdniku.

Czytaj też: Stanewicz: Czuję się oszukana. Jakbym żyła w kraju, w którym nie ma prezydenta i premiera>>>

Protest w Sejmie

DOSTĘP PREMIUM