Urzędnicy nie zareagowali wiedząc, że zginą chronione ptaki? "Wysłaliśmy maila"

- Mail i telefon to jedyne narzędzia, którymi dysponuje Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska? - zapytała rzecznika urzędu Agata Kowalska. "Najpierw trzeba ustalić stan faktyczny. Nie możemy działać w oparciu o doniesienia medialne".

O spuszczeniu wody z zapory, by podnieść poziom Wisły o prawie metr i umożliwić spławienie barki z ciężkim ładunkiem płynącej z Płocka do Gdańska, zadecydowały Wody Polskie. Ocenia się, że wskutek tego działania zniszczeniu uległo przynajmniej 133 gniazd ściśle chronionych gatunków ptaków.

"Dzwoniliśmy, wysłaliśmy maila"

Decyzję podjęto, lekceważąc ostrzeżenia ekologów, którzy alarmowali, że podniesienie poziomu wody zabije chronione ptaki na odcinku za tamą. Ich opinię podzielała Regionalna Dyrekcja Ochrony w Bydgoszczy. Co zrobiła, żeby zapobiec katastrofalnej dla przyrody sytuacji?

- Zarządca tamy nas nie poinformował o zrzucie wody. Informację dostaliśmy od ekologów. W piątek staraliśmy się wyjaśnić sprawę w trybie pilnym, dzwoniliśmy - bezskutecznie do zarządu zlewni we Włocławku, wysłaliśmy też pismo drogą elektroniczną z pytaniem na jakiej podstawie ten zrzut jest planowany - wyjaśnia w rozmowie z TOK FM Dariusz Górski, rzecznik bydgoskiego RDOŚ.

- Wskazaliśmy, że teren poniżej tamy we Włocławku jest objęty ochroną przyrody w postaci programu Natura 2000 oraz że mamy środek okresu lęgowego i że występują tam chronione gatunki ptaków - dodaje.

- Mail i telefon to jedyne narzędzia, którymi dysponuje RDOŚ? Nie było możliwości, żeby wysłać ludzi na miejsce? - pytała prowadząca audycję Agata Kowalska.

- Najpierw trzeba ustalić stan faktyczny. Nie możemy działać w oparciu o doniesienia medialne - bronił się Górski.

Podkreślił, że Wody Polskie powinny były się zwrócić do RDOŚ z pytaniem, czy mogą wykonać zrzut wody. - Pod względem gatunków chronionych obowiązuje szereg zakazów. W stosunku do tych zakazów kompetencje posiadają dwa organy Generalna Dyrekcja Ochrony Środowiska oraz Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska - tłumaczył.

To po co nam RDOŚ?

Na pytanie Agaty Kowalskiej, dlaczego bydgoski RDOŚ nie zdecydował się np. na zawiadomienie policji, Górki odpowiedział, że zrobili to ekolodzy.

- To po co nam RDOŚ, skoro wszystko robią ekolodzy? Łącznie z dokumentacją? - pytała Kowalska.

- Konsekwencje będą wyciągnięte. Szkody zostały wyrządzone, były tam gniazda i zostały zalane. Zbieramy informacje i materiały, potem będą podejmowane dalsze decyzje. Naszym celem jest, żeby w przyszłości do takich sytuacji nie dochodziło. Potrzebna jest lepsza współpraca z organami odpowiedzialnymi za gospodarowanie wodą - odpowiedział rzecznik.

Wykresy i liczby kontra fakty 

Zdaniem Roberta Jurszo z oko.press, to kolejna sytuacja, która pokazuje systemowe problemy w działaniu RDOŚ. Jego zdaniem nieskuteczność tej instytucji wynika z tego, że “pracują tam ludzie, którzy są nie są gotowi, stanąć na głowie, żeby zatrzymać katastrofę przyrodniczą”.

Dla porównania przywołał przykład Towarzystwa Przyrodniczego ALAUDA. - To nie jest pokaźna grupa, ale byli w stanie zrobić monitoring, przygotować dokumentację - zauważył.

Jego zdaniem Wody Polskie - kolejny podmiot - który brał udział w tym zdarzeniu, przed zrzutem wody upierał się, że na omawianym odcinku rzeki nie mieszkają ptaki, bo nie pozwala na to wysoki stan wody. Taką argumentację przedstawiły na konferencji prasowej.

- Kiedy tego słuchałem, wewnętrznie mną targało, bo wykresami i liczbami próbowano zasłonić fakty - komentuje Jurszo, przypominając, że powstała nawet dokumentacja fotograficzna, przecząca tezom Wód Polskich.

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM