"Czy myślicie o mnie może?". Niezwykły pamiętnik 16-latki z obozu na Majdanku

Muzeum na Majdanku wyda jedyne znalezione dotąd wspomnienia z życia w obozie pisane w czasie rzeczywistym. To niezwykłe źródło informacji o tym, co działo się w obozie.

Pamiętnik przekazała do muzeum rodzina autorki, Jadwigi Ankiewicz. Trafił tam w 1998 roku, a teraz muzeum przygotowuje się do jego wydania. To szczególnie cenna relacja, bo była pisana w czasie rzeczywistym, w trakcie pobytu 16-latki w obozie zagłady.

Żadne inne podobne wspomnienia się nie zachowały. Owszem, po wojnie powstało wiele książek, ale napisanych dopiero po opuszczeniu Majdanka. Natomiast Jadzia pisała na bieżąco, choć nie wiadomo, skąd miała zeszyt i ołówek.

- To dla nas rzeczywiście zagadka. Ale dziennik Jadwigi jest dla nas niesamowitym źródłem informacji o tym, co działo się w obozie - mówi Agnieszka Mierzwa z Działu Edukacji Państwowego Muzeum na Majdanku.

Była uliczna łapanka, Pawiak, a potem Majdanek

Jadwiga mieszkała z rodziną w Warszawie. W ręce Niemców wpadła w trakcie ulicznej łapanki. Trafiła na Pawiak, a stamtąd pociągiem 18 stycznia 1943 roku przewieziono ją do Lublina, na Majdanek.

"Jesteśmy w obozie w Lublinie. Wątpię, czy w ogóle potrafię opisać, jak straszną była droga. 24 godz. jazdy w bydlęcym wagonie. Noc spędziłyśmy siedząc w kucki na mokrej podłodze i marząc choćby o źdźble słomy, którą by można zatkać szerokie szpary w podłodze. Przez szpary te wiało tak niemożliwie, że co parę minut musiałyśmy wstawać i dreptać w kółko po wagonie dla rozgrzewki [...].
Tak, nareszcie otwierają nas. Stoimy nie na stacji, tylko gdzieś na bocznicy, więc musimy skakać z dość wysoka na ziemię. Gdy tylko skoczyłam w zaspę śnieżną, zaczęłam garściami jeść śnieg. Trochę ulżyło. Kazali ustawić się piątkami. Zmarznięci do szpiku kości poruszaliśmy się jak manekiny. Jak strasznie długa była ta droga".

Ukrainka Nadzieja

Autorka opisuje wygląd baraków, wspomina o braku wody i o ogromnych problemach z jedzeniem. Wiele z relacji wspomnień jest niezwykle wstrząsających.

- Jadwiga pracowała w obozowej pralni, której okna wychodziły na krematorium. Więźniarki widziały więc zwłoki wywożone z komór gazowych - opowiada Agnieszka Mierzwa z Działu Edukacji muzeum.

"[...] wprowadzają nas do baraku. Wydał mi się dość miły i zaciszny, ale byłam już tak zmęczona, że miałam jeno pragnienie - położyć się bodaj na podłodze, aby się położyć. Kazano nam iść jeszcze do następnego baraku po słomę i wydano po jednym kocu.
O 6. pobudka. Zbiórka na dworze. Nasza Niemka jest niskiego wzrostu, ale jak na Niemkę dość zgrabna, ładne niebieskie oczy, ma zdrową cerę i jest nadzwyczaj energiczna. Zrobiła przeliczenie, poczem okazało się, że jest nas w baraku 401 osób.
Na obiad była nawet możliwa zupa, a potem upragniona przez wszystkich herbata, a raczej mięta".

W pamiętniku pojawiają się gry słowne, które 16-latka umiejętnie wykorzystuje w swojej opowieści. Naukowcy ustalili, że dziewczyna przed wojną interesowała się szczególnie językiem polskim i historią.

- To widać w tekście. Jej słownictwo jest bogate, słowa są wyważone, pisze bardzo dobrze. Oczywiście, znajdujemy w zeszycie również skreślenia, co tylko dodaje autentyczności - mówi Mierzwa.

"Dostałyśmy jeszcze po jednym kocu i pościeliłyśmy sobie we trójkę, bo przyłączyła się do nas jedna Ukrainka - Nadzieja. W Ukraince pokładamy naprawdę dużą nadzieję, licząc na to, że ją zwolnią ze względu na jej narodowość, więc będzie mogła wziąć od nas kartki i wysłać je do domu".

"Jest już szary zmrok, ten pochmurny dzień pogłębia jeszcze bardziej i tak smutny nastrój. Czy mogę pomyśleć teraz o domu. Co robi w tej chwili "Gieniuś", mamusia, Halina, Stacha i w ogóle wszyscy moi. Czy myślicie o mnie może, czy wiecie gdzie jestem i co robię? Ale lepiej nie myśleć, bo się rozbeczę".

Lepsze i gorsze strażniczki

Strażniczki i esesmanów określa w różny sposób. 

- Pisze z jednej strony bardzo dojrzale, ale z drugiej strony używa też prostych określeń, wynikających z nieznajomości specyfiki nazewnictwa obozowego - mówi A. Mierzwa.

Opisuje obozową atmosferę, pisze o koncertach, które więźniarki organizowały w barakach.

[...] nastrój w baraku się zmienił i jest zupełnie wesoło. Kilka zebrało się w kącie baraku i postanawia przygotować na wieczór koncert. Koncert udał się. Najpierw były jakieś dzikie tańce i śpiewy, ale potem zaczęło się lepsze. Jedna z naszej grupy zadeklamowała wiersz Wierzyńskiego "Młodości". To ośmieliło do wystąpienia i inne [...]. Na zakończenie wiersz i piosenka własnej kompozycji pt. "Na wolność, na wolność, na wolność już czas". Zrobiło się nam trochę lżej na sercu".

Słowa Jadwigi są pełne emocji. Używa różnych środków literackich. 

"Śliczny jest zachód słońca. Ale czy możemy się nim cieszyć, kiedy każdy widok stąd przesłania drut kolczasty? W dole widać Lublin. Okna mieszkań błyszczą żywymi promieniami zachodzącego słońca. Za oknami tymi są jeszcze może ludzie, którzy żyją tak, jak my żyliśmy jeszcze przed trzema tygodniami, śpią na łóżkach, a nie na siennikach, nie jedzą stale brukwi i nie marzną co dzień na apelu. [...] niestety będziemy musiały powiedzieć, że i obóz się na coś przydał, bo nauczył nas cenić to, co mamy".

16-latka w swojej relacji opisuje strażniczki - wyróżnia bardziej przyjazne i te o zdecydowanie negatywnej osobowości.

"Po śniadaniu znów była ta dobra czarna Niemka. Siedziała z nami koło pieca, nas młodych pytała czy przed złapaniem uczyłyśmy się, czy pracowałyśmy. Potem powiedziała nam, żebyśmy się nie martwiły, żebyśmy tylko były cierpliwe a na pewno niedługo będziemy w domu. Ona także tęskni za domem i chciałaby, żeby się to jak najprędzej skończyło".

Dzisiaj po apelu, przyleciała Niemka - komendantka i urządziła taki bałagan, jakiego już dawno nie było. Wpadła do baraku i powypędzała wszystkich pejczem na dwór. Podłogę niewyschniętą jeszcze od sobotniego szorowania, kazała szorować od początku, potem drzwi, stoły i stołki itd.".

Dzień jest mroźny, słoneczny. Na ranny apel przyszła Niemka, którą pawiaczki nazywają "słoneczko". Uśmiechnęła się i powiedziała, że możemy już wejść, bo pewnie już zmarzłyśmy.

Jadwiga przeżyła Majdanek

Z pamiętnika Jadwigi pracownicy muzeum na Majdanku korzystają m.in. w trakcie spotkań z młodzieżą.

- Przedstawiamy ten dziennik uczniom szkół średnich. Pokazujemy im obozową rzeczywistość i to, jak odnalazła się w tym ich równolatka. To daje im bardzo mocno do myślenia. Zastanawiają się, jak oni by próbowali się w tym odnaleźć i czy daliby radę - mówiła w rozmowie z reporterką TOK FM Agnieszka Mierzwa.

"Dawniej pawiaczki opowiadały nam, takie okropne rzeczy o tym, jakoby mieli tracić tutaj ludzi w jakiejś komorze gazowej. Dawniej nie chciałyśmy w to wierzyć, ale dziś same już to widziałyśmy i teraz już nie wątpimy [...] fakt, że mordują masowo".

Jadwiga Ankiewicz spędziła na Majdanku kilka miesięcy, po czym została zwolniona. Szczęśliwego zakończenia jednak nie było.

- Kilka miesięcy po opuszczeniu obozu, Jadwiga została zastrzelona na ulicy Warszawy. Pamiętnik przekazała nam rodzina jej siostry - dodaje Mierzwa.

DOSTĘP PREMIUM