Ksiądz przyznał się do molestowania. W poprzedniej parafii wiedzieli. Ale niektórzy nadal nie wierzą

- Część ludzi do tej pory płacze, że ksiądz jest w areszcie. Ale obozy są różne: i przeciw, i za - mówi nam jeden z lokalnych przedsiębiorców. Wracamy do bulwersującej sprawy.

Lipa, mała miejscowość na Podkarpaciu, niedaleko Stalowej Woli. Nieco ponad dwa tysiące mieszkańców. Niemal wszyscy się znają. To tu kilka tygodni temu wyszło na jaw, że proboszcz miejscowej parafii, urzędujący tu od kilkunastu lat, dotykał nieletniego ministranta. Mama początkowo chłopcu nie uwierzyła, dlatego opowiedział o wszystkim na lekcji religii innemu księdzu. A ten  nadał sprawie dalszy bieg.

 57-letni ksiądz jest w areszcie, ma postawione cztery zarzuty dotyczące doprowadzenia małoletnich poniżej 15 roku życia do poddania się innej czynności seksualnej. Chodzi o lata 2001-2018. Jak poinformowała prokuratura, duchowny przyznał się do winy, chociaż początkowo wszystkiemu zaprzeczał. Cały czas trwają też przesłuchania kolejnych świadków, głównie byłych i obecnych, dlatego zarzutów może być więcej.

Gdy odwiedziliśmy Lipę jeszcze przed zatrzymaniem księdza Stanisława M., część mieszkańców wsi nie dowierzała w jego winę. - Według mnie, to wspaniały, uczciwy człowiek. Zadbał bardzo o naszą parafię. Wydaje mi się, że to jest grubymi nićmi szyte – mówiła nam jedna z parafianek. Inni, w tym wójt, w ogóle nie chcieli o sprawie rozmawiać.

Czytaj więcej: "Czasami widziałem, jak go dotykał". Cztery zarzuty dla księdza z Podkarpacia

Jak jest dziś?

Cały czas są tacy, którzy wciąż nie wierzą w winę księdza. - A może został w jakiś sposób zmuszony do przyznania się i złożenia takich, a nie innych zeznań? Nic nie wiadomo. Ale do mnie to absolutnie nie przemawia. To jest niemożliwe, by ksiądz zaczepiał ministrantów w taki sposób – mówi nam sprzedawczyni z jednego ze sklepów. - Nikt by się tego wcześniej nie spodziewał. Owszem, 5-6 lat temu ktoś coś mówił, ale to jakoś ucichło - mówi pan Paweł z jednego z miejscowych sklepów. Gdy pytamy, jak postrzegał księdza proboszcza, odpowiada: „Jak normalnego człowieka, który nawet lubił sobie kielicha walnąć”. - Jeśli chodzi o mieszkańców, to głosy są naprawdę podzielone - dodaje sklepikarz.

Od większości osób, z którymi rozmawialiśmy słyszymy jednak, że skoro ksiądz przyznał się do winy, to zapewne winny faktycznie jest.

Zmianę nastawienia odczuwa też rodzina chłopca, od którego wszystko się zaczęło. Pani Agnieszka* mówi, że od wielu osób słyszała, że teraz jej wierzą. – Coś się wyjaśniło i chyba do ludzi to dotarło. Mówią: „Oczywiście, że nie wierzyliśmy w winę księdza, ale już teraz jesteśmy przekonani, że Wojtek* mówił prawdę” – mówi pani Agnieszka.

„Dobrze, że to wyszło na jaw”

O skłonnościach księdza nieoficjalnie mówiło się już wcześniej. Poinformowali nas o tym sami mieszkańcy. Zdaniem pani Agnieszki, dziś inni także zaczęli na ten temat głośno mówić. - Chyba potrzeba było, by ta historia wyszła na jaw, bo jednak nikt po księdzu by się tego nie spodziewał. Wiele osób myślało, że wina leżała po stronie mojego syna, że to było pomówienie, że wszystko zmyślił – mówi mama chłopca. Dziś przyznaje, że trochę jej ulżyło.

 Sołtys Lipy wcześniej nie chciał o sprawie księdza rozmawiać. Dziś chce.

– Jak się proboszcz przyznał, to pewnie jest winny. Coś tam jednak chyba było - mówi Wiesław Pęzioł. Przyznaje, że początkowo nie wierzył w winę księdza. - Znałem go z innej strony, byłem w komitecie budowy kościoła, razem go budowaliśmy przez kilka lat. Nie było problemów, nie było żadnych sygnałów – mówi Pęzioł. - Ale cały czas część ludzi nie wierzy w to, że takie coś mogło być – dodaje nasz rozmówca.

Przeniesienie i po sprawie

 - Wcześniej było wiadomo, jakie ksiądz ma skłonności, jak był jeszcze u nas w parafii. Ale go przenieśli do innej gminy i problemu nie było. A że wcześniej nic z tym nie zrobiono? To mała miejscowość, do tego chodziło o księdza. Widać uznano, że lepiej sprawę wyciszyć - mówi nam jeden z mieszkańców Otrocza (ksiądz urzędował tam, zanim trafił do Lipy).

 - Nie wiem, czy jest winny czy nie. Naprawdę, nie chcę nikogo oceniać. Księdza również - odpowiada na nasze pytania jedna z ekspedientek z Lipy. Zdaniem pana Krzysztofa z jednego z lokalnych zakładów usługowych, skoro ksiądz się przyznał, to musi coś być na rzeczy. Ale dodaje, że niektórzy w dalszym ciągu w to nie wierzą. - Część mieszkańców do tej pory płacze, że ksiądz jest w areszcie - mówi.

Księdzu grozi do 12 lat więzienia.

DOSTĘP PREMIUM