Bez dzwonka, cicha nawet w czasie przerw. Szkoła w czasach pandemii przypomina film science fiction [REPORTAŻ]

Mierzenie temperatury przy wejściu, dokładna dezynfekcja sal i korytarzy, a do tego konieczność zachowania dystansu między uczniami - to nowa rzeczywistość, w której próbują odnaleźć się polskie szkoły. Mija pierwszy tydzień częściowego otwarcia placówek. Od poniedziałku podstawówki - po dwóch miesiącach przerwy - mogą organizować zajęcia opiekuńcze dla uczniów z klas 1-3. Wciąż jednak większość dzieci uczy się w domu. Do szkolnych ławek wróciło zaledwie kilka procent najmłodszych uczniów.
Zobacz wideo

Do szkoły podstawowej nr 103 w Warszawie pierwsi uczniowie wchodzą o godz. 7.55. Dzieci są wpuszczane grupami co 15 minut aż do godz. 9, żeby nie spotykać uczniów z innych klas. Przed wejściem obowiązkowe mierzenie temperatury u dziecka i ankieta dla rodziców z pytaniami o ewentualne niepokojące objawy w rodzinie czy kontakty z osobami chorymi na COVID-19. Dalej może iść tylko dziecko. Takie są procedury.

Dzwonek nie zadzwoni

O godz. 8 powinien zadzwonić dzwonek. Nie dzwoni. Przy garstce dzieci nie ma takiej potrzeby. Do szkoły od początku tygodnia przychodzi około 8 procent uczniów klas 1-3. Mimo że rodziców, którzy deklarowali chęć posłania dziecka do szkoły, było więcej.

- Zawsze jest stres, ale w domu dzieciaki się nudziły - mówi Piotr, tata Kuby i Gabrysi. - Teraz są zadowolone, cieszą się, że mogą spędzić czas z kolegami i koleżankami.

Ewa, mama Filipa, pracuje zdalnie. Przyznaje jednak, że szczególnie rano pracy ma tak dużo, że nie jest w stanie się nim zaopiekować. - Dziecko spędza czas przed telewizorem albo przed konsolą - rozkłada ręce. - Tutaj będzie się spotykał z kolegami, może nie ze wszystkimi, ale jednak wyjdzie na podwórko, zje obiad.

Większość rodziców nie ukrywa, że edukacja zdalna dała im w kość. - Całe dwa miesiące męczyliśmy się, praca online plus dzieci biegające po domu, wszyscy już jesteśmy na granicy psychicznego wytrzymania - mówi Marta, mama Augusta.

- Cały system rodzinny miał parcie na to, żeby szkoła się zaczęła - dodaje Filip, tata Niki. - Według wszelkich informacji dzieci przechodzą to lekko, więc jeżeli mamy przekonanie, a raczej mamy, że córka nie zachoruje, a miała potężne ciśnienie, żeby wrócić do szkoły i bardzo chciała, no to ją puściliśmy.

Szkoła jak z filmu science-fiction

W szkole cisza. W oddali słychać tylko pojedyncze głosy dzieci. Sale też wyglądają inaczej. Trzeba było rozsunąć ławki, żeby zachować dystans między uczniami i schować wszystkie rzeczy, które trudno zdezynfekować. Są gołe ściany. Zajęcia z kilkuosobowymi grupami dzieci prowadzą przeważnie wychowawcy świetlicy. Nauczyciele dydaktycy pracują w domach, prowadząc lekcje z resztą uczniów.

- Wychodzimy na korytarz albo na dwór, na boisko też - Natalka z II c narzeka tylko na to, że czasami trzeba zachować dystans. Nikodemowi z III klasy nowe rygory bezpieczeństwa też się nie podobają. - Nie można rozmawiać z osobami z innych klas, nie można podchodzić do siebie za blisko.

Nika z II klasy chciała wrócić do szkoły, bo w domu się nudziła. - Tylko przeszkadza mi, że nie mogę się z innymi grupami spotykać. Byłam stęskniona, ale nie można było ani ręki podać, ani się przytulić, więc było trochę dziwnie.

- Tutaj na boisku powinien być tłumek dzieci - mówi dyrektorka szkoły Danuta Kozakiewicz. - A teraz jest pusto, głucho, cicho. Mam takie wrażenie filmu science-fiction. Nie można nawet przytulić dziecka, które ma łzy w oczach. Rodzic może mieć pretensje, więc nie robię tego, a serce mi się ściska...

Więcej o szkole w pandemii i pytania, co po niej - w reportażu Krzysztofa Horwata pt. "Szkoła z rygorem":

DOSTĘP PREMIUM