"Hania nie żyje. I co dalej?" System nie uczy się na błędach. Dzieci w Polsce wciąż będą katowane i będą umierać

Śmierć trzyletniej Hani z Kłodzka wstrząsnęła Polską. Ale poza szukaniem winnych i wymierzeniem im najsurowszej kary, nie robimy jako państwo nic, by takim tragediom zapobiec. Posłuchaj reportażu Michała Janczury.
Zobacz wideo

W lutym 2021 roku w Kłodzku zakatowana zostaje trzyletnia Hania. Całą Polskę obiega informacja o dziewczynce, którą matka miała polewać zimną wodą za to, że zmoczyła łóżko. Ale prawda okazuje się inna - dziecko zmarło, bo prawdopodobnie ktoś kopnął je w brzuch. Mocno. Powoli, stopniowo na jaw wychodzą męczarnie, jakich w domu rodzinnym doznawała Hania. Zarzuty słyszy matka i jej konkubent. Grozi im dożywocie.

Ale to nie koniec. Okazuje się, że sygnały o tym, że w tym domu źle się dzieje, pojawiały się już wcześniej. Alarmowali sąsiedzi, siniaki na twarzy Hani widziała asystentka rodziny. Film, na którym słychać płacz dziecka i wyzwiska, dostała policja. Wszystko to budzi wątpliwości władz Kłodzka. Burmistrz zleca kontrolę, która doprowadza do powstania potężnego raportu, który pokazuje, ile razy można było powtrzymać gehennę dziewczynki, przerwać jej dramat. Pokazuje też zamykanie oczu, bo gdy sąsiedzi informują pomoc społeczną, że w domu Hani ciągle słychać awantury i płacz dziecka, asystentka rodziny radzi matce się tym nie przejmować i unikać sąsiadów. 

Ale co dalej? Okazuje się, że żadna instytucja nie zainteresowała się raportem z Kłodzka. Nikt nie próbował wyciągnąć wniosków, czegoś zmienić w systemie. Sprawić, by takie tragedie w przyszłości się nie zdarzały. O tym właśnie opowiada reportaż Michała Janczury "Hania nie żyje. Co dalej?". Posłuchaj:

Analiza zbrodni

Tymczasem to, co zrobiły władze Kłodzka, kojarzy się z systemem działającym w Wielkiej Brytanii. Tam każda taka tragedia jest od lat 70. ubiegłego wieku analizowana przez ekspertów. System Serious Case Review nie szuka winnych, ale sprawdza, co można zrobić, by zapobiec śmierci dzieci z rąk opiekunów. Przez ciągłe analizy, wciąż się uczy. - Mechanizm działa na szczeblu lokalnym i centralnym. Na lokalnym przeprowadzany jest przez Rady Ochrony Dzieci. To organizacje np. na obszarze gminy, odpowiedzialne za koordynację i wspieranie współpracy pomiędzy instytucjami, za wdrażanie procedur ochrony dziecka, szkolenie i nadzorowanie systemu. Jeśli w jakiejś sprawie pojawia się coś na tyle istotnego, że przyczynia się do fundamentalnych zmian rozporządzeń czy prawodawstwa, to ma to miejsce na poziomie centralnym - tłumaczy Joanna Gorczowska, psychoterapeutka, pedagożka, pracowniczka i ekspertka socjalna dla brytyjskich sądów rodzinnych z 15-letnim doświadczeniem.

Jednym z kamieni milowych w historii funkcjonowania tego systemu była śmierć Victorii Climbie w 2000. Ośmiolatka przez długi czas była maltretowana przez opiekunów, naliczono się ponad stu obrażeń na jej ciele. Jej śmierć zbadał lord Herbert Laming, wieloletni pracownik socjalny, który wydał rekomendacje zmian systemowych. Nie tyle zaostrzenia kar, co poprawienia funkcjonowania instytucji. Kolejne śmierci, które mimo wszystko nadal się zdarzały, powodowały kolejne analizy i kolejne zmiany. Ale zmiany widać również w statystykach. Anna Krawczak z Interdyscyplinarnego Zespołu Badań nad Dzieciństwem mówiła w OKO.press, że przez lata na Wyspach liczba morderstw dzieci spadła o 94. proc. A jak jest w Polsce? Nawet nie wiemy, ile dzieci rocznie ginie w ten sposób, ponieważ nikt tego nie liczy.

Projekt jak listek figowy

Okazuje się jednak, że ktoś w Polsce wpadł na pomysł, by przenieść do nas, choć w części, system brytyjski. By przypadki takie jak Hani można było badać systemowo i profesjonalnie. Orędownikiem pomysłu jest Fundacja Dajemy Dzieciom Siłę, która kilka lat temu starała się nim zainteresować władze. Zareagowała kancelaria prezydenta, która jednak nad projektem pracuje już dwa lata, a chwali się nim zazwyczaj przy kolejnych śmierciach dzieci. Jednak minister Andrzej Dera deklaruje w rozmowie z nami: w sierpniu projekt ma być gotowy i złożony. Popiera go ministerstwo sprawiedliwości, co potwierdza wiceminister sprawiedliwości Marcin Romanowski.

Przeciw wydaje się być Rzecznik Praw Dziecka, który za bardziej zasadne uznaje przyznanie sobie szerszych uprawnień karnych. No i może zaostrzenia kar - choć opiekunom Hani i tak grozi dożywocie. Mikołaj Pawlak deklaruje również, że jak będzie z urzędu informowany o takich przypadkach, to będzie mógł działać. Na dowód podaje przypadek 10-letniego Kacpra z Poznania, który w podartej piżamie przyszedł na policję i powiedział, że ojciec go maltretuje. To, co zrobił RPD, to zadbał o to, by chłopiec trafił do tej samej rodziny zastępczej co jego młodszy brat. Sęk w tym, że bracia nie byli w najlepszych stosunkach, bo nad jednym ojciec się znęcał, a drugiego faworyzował. A co Mikołaj Pawlak zrobił w sprawie Hani? Nic, nawet do Kłodzka nie zadzwonił.

DOSTĘP PREMIUM