"Dwa miesiące po zamachach wciąż wyciągano trupy". Azbestowiec o pracy po 11 września [WTC. Rykoszet]

11 września o 14:46 polskiego czasu świat zamarł. Ale życie w Nowym Jorku musiało toczyć się dalej. Jakie rany zostały w sercach, głowach, ciałach tych, którzy przeżyli atak na WTC, i którzy pamiętają to, co się wtedy wydarzyło? W 20. rocznicę zamachów na WTC Magdalena Rigamonti zaprasza na podcastowy cykl rozmów "WTC. Rykoszet".
Zobacz wideo

"WTC. Rykoszet" to cykl sześciu rozmów pokazujących z różnych perspektyw atak na WTC 11 września 2001 roku i jego konsekwencje, które po 20 latach wciąż są odczuwalne i rykoszetem wpływają na życie wielu ludzi. Cykl pokazuje wydarzenia sprzed dwóch dekad z osobistego punktu widzenia tych, którzy albo byli i widzieli, albo sami zostali poszkodowani, albo do dziś walczą ze skutkami tych wydarzeń. Wśród rozmówców Magdaleny Rigamonti będą m.in. terapeuta zajmujący się bliskimi ofiar, artystka mieszkająca w Nowym Jorku, która była świadkiem tego, co działo się w mieście po zamachach, a także polski robotnik pracujący przy rozbiórce sięgających 14. piętra ruin WTC. To właśnie jego poznajemy w pierwszym odcinku podcastu.

Andrzej dziś mieszka w małej miejscowości w Wielkopolsce. Ale przez wiele lat mieszkał i pracował w Stanach Zjednoczonych, w Nowym Jorku. Był tam również wtedy, kiedy 11 września 2001 roku dwa porwane przez terrorystów samoloty wbiły się w wieże World Trade Center. Około dwóch miesięcy po tym dniu pojawił się na gruzach i zgłosił do pracy. Miał rozbierać ruiny zniszczonych drapaczy chmur, a konkretnie usuwać znajdujący się w gruzach azbest. 

Posłuchaj pierwszego odcinka podcastu "WTC. Rykoszet":

Azbest z wyglądu przypomina watę szklaną, tyle że siwą. Gdy zaczyna się go oddzielać od konstrukcji, pojawia się mgła, którą tworzą drobniutkie igiełki. - Najgroźniejszy nie jest azbest, który leży, tylko ten, który fruwa. Bo on wchodzi nosem. Jego nie było widać, ale kiedy ustawiło się światło pod kątem, to dało się zauważyć latające drobinki - opowiada Andrzej. I pokazuje zdjęcia ruin WTC. Tam azbestowcy usuwający resztki tego materiału pracę zaczynali od zabezpieczenia obszaru folią. By zatrzymać powietrze pełne igiełek. Ale gdy praca się kończyła i folia opadała, fragmenty mgły rozpoczynały wędrówkę po mieście. 

"Minutę na baczność i do roboty"

Andrzej pokazuje zdjęcia, na których widać ogromny dół, niemal kanion, w którym wielkie maszyny budowlane wyglądają jak dziecięce zabawki. Wszystko to fotografie robione z ukrycia, bo robienie zdjęć "na azbestach" było zabronione. Ruiny są nieruchome, nie widać tłumów ludzi, którzy pracowali przy ich rozbiórce. W tych tłumach były tysiące Polaków. Andrzej szacuje, że nawet dwa-trzy tysiące. Pracowali przez około dwa lata, on sam azbest z dziury po WTC wydobywał przez pół roku. Później pracował przy okolicznych budynkach.

- Ludzie patrzyli na nas jak na bohaterów, ale tylko przez pewien czas. Później to zupełnie inaczej wyglądało - wspomina w podcaście. Opowiada, jak kiedyś jakaś kobieta powiedziała mu: "Jesteś bohaterem". Odpowiedział: "Nie czuję się bohaterem. Po prostu pracuję na azbestach na WTC". - Tam nikt z tych azbestowców nie płakał, tam trzeba było robić. Z płaczu nic nie będzie - tłumaczy filozofię, która przyświecała pracownikom. 

Co czuł 11 września 2001 roku? O czym myślał? Czy się bał? O to pyta go Magdalena Rigamonti. - To nie było straszne. Tam wszyscy patrzyli, jak zarobić pieniądze - wspomina Andrzej. Kiedy przyszedł do pracy, dwa miesiące po zamachach, w ruinach wciąż odnajdowano ciała ofiar. - Wtedy się zatrzymywało robotę, każdy na baczność, minutę postał i dalej do roboty - relacjonuje. Pytany o to, jak się wtedy czuł, wyraźnie się denerwuje. - Nikt się wtedy o to nie pytał! No źle się czułem. Ale co ja mogę powiedzieć? Ja przyszedłem do pracy - mówi dziś.

W podcaście Andrzej opowiada również o złodziejstwie, którego był świadkiem na gruzach WTC.

Białe pręgi na ulicach

Trzy miesiące po zamachach w Nowym Jorku azbest był wszędzie, zbity jak wata. - Bardzo szybko wywożono metalowe części samolotów, potem gruz, ale nikt nie odkażał wyjeżdżających z okolic Ground Zero samochodów. Azbest roznosił się po całym Manhattanie. Dopiero po trzech miesiącach zaczęto czyścić pojazdy. Długo było widać białe pręgi na ulicach - wspomina Andrzej.

Gdy znajomi pytali go, czym się zajmuje, mówił, że pracuje na construction. - Kiedyś wspomniałem, że pracuję na azbestach. Powiedzieli: to ty jesteś napromieniowany! Wolałem później tego nie mówić - przyznaje dziś. 

W Stanów przyjechał w 1994 roku. I jak mówi, od początku wiedział, co to jest azbest i jak bardzo jest szkodliwy, że jest rakotwórczy. - W 1996 roku, jak powstały związki zawodowe, robili nam szkolenia i mówili, co jest szkodliwe i jak się chronić. Co roku trzeba było przejść takie szkolenie, inaczej nie dostawało się licencji - tłumaczy w podcaście. Andrzej też miał raka. Chorobę zakwalifikowano jako odazbestową. Ale mówi, że jego rak nie był "ciężki". - Koło Łomży jest wielki szpital azbestowy, tam ludzie przyjeżdżali i umierali. 

Kolejne odcinki będą ukazywać się w kolejne piątki

DOSTĘP PREMIUM