Walka z dezinformacją szła słabo, to i wojna nie bardzo wychodzi. Czy agresja Putina sprowokuje wreszcie sensowne działania?

Rosyjska wojna propagandowa zaczęła się na długo przed militarną agresją. Od tygodnia obserwujemy potworny spektakl przemocy, która przecież wyrosła na nacjonalistycznej i ksenofobicznej narracji, jaką rosyjskie władze i kontrolowane przez nie media budowały przynajmniej od 2014 roku. Jednym z bardziej skutecznych narzędzi rozsiewania dezinformacji, której celem było podzielenie i zdestabilizowanie Unii Europejskiej, okazały się media społecznościowe. Rosyjskiej agresji na Ukrainę można było się spodziewać, a mimo to u wielu wywołała poznawczy szok. Żyjemy zanurzeni w technologii, współczesne wojny toczymy w sferze narracji, z użyciem botów i algorytmów, ale ludzie pod bombami giną zupełnie tak samo jak w XX wieku i wcześniej.

W reakcji na ten szok liderzy rządów (w tym polski premier), media i organizacje społeczne oczekują od platform internetowych podjęcia nadzwyczajnych kroków. Mnożą się apele o "cyfrowe sankcje", które miałyby powstrzymać rosyjską machinę propagandową: zawieszenie kont usprawiedliwiających agresję na Ukrainę, rosyjskich i białoruskich urzędów oraz zależnych od władzy mediów, jak również całkowitą demonetyzację wszystkich kont szerzących dezinformację. Te głosy są zrozumiałe: w warunkach wojny informacyjnej, jaka toczy się równolegle z konfliktem zbrojnym, rządy i media mają prawo oczekiwać, że zachodnie firmy technologiczne opowiedzą się po tej samej stronie barykady. A wobec zbrodni wojennych, jakich dopuszczają się na oczach całego świata rządy Rosji i Białorusi, żadna z cyfrowych sankcji nie wydaje się surowa.

Trudno jednak uciec od innych pytań: czy sankcje, wymierzane przez Twittera, Alphabet (właściciela YouTube) i Meta (właściciela Facebooka, Instagrama i WhatsAppa) mają w tym momencie znaczenie inne niż symboliczne? Czy to, że z zachodnich mediów społecznościowych wytniemy oficjalną rosyjską propagandę nie sprawi jedynie, że sami stracimy ją z oczu, podczas gdy obywatele Rosji będą tylko izolowani i indoktrynowani w kanałach kontrolowanych przez rząd? Wreszcie, czy nawołując platformy internetowe do sięgania po cenzorski skalpel, nie zapominamy o poważniejszym problemie: algorytmów, które niezmiennie podbijają treści emocjonujące, sensacyjne i polaryzujące, bez względu na ich pochodzenie i wartość informacyjną?

O tym, jak systemowo rozwiązać problem dezinformacji i ograniczyć szkodliwe społeczne skutki działania algorytmów zoptymalizowanych na klikalność, Komisja Europejska rozmawia z platformami internetowymi od 2018 roku. Już wtedy wszystkie liczące się w sieci firmy zadeklarowały gotowość do zmian i, pod presją Komisji Europejskiej, wypracowały kodeks dobrych praktyk. Niestety tamte deklaracje nie przełożyły się na realne działania. Porażkę samoregulacji w tym obszarze widać nie tylko po skuteczności rosyjskich kampanii dezinformacyjnych na zachodzie. Dzięki dokumentom ujawnionym przez Frances Haugen, dostaliśmy do ręki dowody na to, że Facebook ma świadomość, że jego algorytmy igrają z ogniem, ale nadal na to pozwala w imię swoich interesów. Dlatego w 2020 Komisja Europejska przestała liczyć na dobrowolne dobre praktyki wielkich platform i przeszła do regulacyjnej ofensywy, inicjując prace nad Digital Services Act.

Tragiczne wydarzenia za naszą wschodnią granicą potwierdzają jedynie, że twarda regulacja i systemowe, przemyślane rozwiązania w obszarze regulacji platform internetowych są bardzo potrzebne, a także bardzo spóźnione. Panoptykon od lat zwraca uwagę na złożone mechanizmy odpowiedzialne za skalę propagandy i dezinformacji w sieci, podkreślając rolę algorytmów (promujących treści sensacyjne czy polaryzujące) i odpowiedzialność samych platform internetowych za ich toksyczny model biznesowy.

W specjalnym odcinku podcastu Panoptykon 4.0 troje ekspertów: Katarzyna Szymielewicz (Panoptykon), Krzysztof Izdebski (Fundacja Batorego) i Bartosz Paszcza (Klub Jagielloński i podcast Scep Tech) na gorąco komentują sytuację na froncie walki z dezinformacją: oceniają sensowność nadzwyczajnych sankcji "na czas wojny" i przypominają, jakie systemowe rozwiązania są potrzebne "na czas pokoju".

POSŁUCHAJ:

DOSTĘP PREMIUM