PILNE! Nie daj się wkręcić w takie nagłówki, bo to szkodzi. Nawet zdrowiu

Od dwóch tygodni żyjemy rosyjską agresją na Ukrainę i wywołanym przez nią kryzysem migracyjnym. Zaczynamy dzień wojną i na niej kończymy. Zamrożeni szokującymi doniesieniami nerwowo odświeżamy strumień informacji. Ludzki odruch, nad którym przecież trudno zapanować - chcemy na bieżąco śledzić to, co się dzieje w Ukrainie i na polskiej granicy. Jednocześnie słyszymy ostrzeżenia ekspertów: "w tej wojnie dezinformacja jest jednym ze skuteczniejszych oręży".

Okazuje się, że widzieć, nawet jeśli chodzi o nagrania z miejsca zdarzenia, nie znaczy wiedzieć, a tym bardziej rozumieć. Każde doniesienie z frontu i każde ostrzeżenie o nadchodzącej katastrofie powinno wzbudzić naszą czujność, zanim pozwolimy sobie panikować.

Podczas gdy Ukraina zręczną narracją wygrywa kampanię informacyjną w zachodnich mediach, rosyjska machina propagandowa nie cofa się przed niczym. Mamy do czynienia z bardzo dobrze przygotowaną kampanią obliczoną na podsycanie strachu, szerzenie chaosu informacyjnego i rozbijanie naszej solidarności.

Gra rosyjskich służb z nastrojami społecznymi jest tym skuteczniejsza, im mniej na dany temat rozumiemy  lub im bardziej się boimy. Dlatego w ostatnich dwóch tygodniach dezinformacja zbierała łatwe żniwo. Rosyjskie służby do perfekcji opanowały technikę mącenia społecznych nastrojów, łącznie z atakami przeciwko tradycyjnym mediom, by wystawić na próbę ich wiarygodność.

Już w pierwszych dniach wojny, także w tych mediach, szeroko rozszedł się fake news o rzekomym  skażeniu, jakie wykryto w Ukrainie niedługo po zajęciu przez rosyjską armię elektrowni jądrowej w Czarnobylu. Ta dezinformacja padła na podatny grunt, bo Czarnobyl to nadal wyrazisty symbol nuklearnego zagrożenia. W pierwszym odruchu, widząc enigmatyczne nagłówki „Rosjanie zajęli Czarnobyl", ludzie przeczuwali nadchodzącą nieuchronnie katastrofę, podczas gdy standardowa taktyka prowadzenia wojny zakłada zajmowanie strategicznej infrastruktury na podbijanym obszarze (a wykorzystanie elektrowni jako broni jądrowej uderzyłoby również w Rosję).

Te same lęki uruchomiły się kilka dni później, kiedy rosyjscy najeźdźcy zajmowali zaporoską elektrownię jądrową, a Europejczycy (nie tylko w Polsce) ruszyli do aptek po płyn lugola. Tym razem do masowej paniki przyłożyły się media głównego nurtu: fałszywe doniesienia o rosyjskim ataku jądrowym pojawiły się m.in. na pasku TVP Info.

Innym przykładem perfekcyjnie przygotowanej przez rosyjskie służby dezinformacji były doniesienia o napływie agresywnych migrantów z Afryki i Azji przez ukraińską granicę. Szeroko rozpowszechniane w mediach społecznościowych fake newsy sprowokowały zupełnie realne akty agresji w Przemyślu i wzburzenie zachodnich mediów.

Przed nami kolejne tygodnie wojny, a kryzys migracyjny tak naprawdę dopiero się zaczyna. Dlatego w tym odcinku podcastu Panoptykon 4.0 będziemy pracować nad naszą zbiorową odpornością na dezinformację i medialną panikę.

Katarzyna Szymielewicz rozmawia z Maciejem Okraszewskim: dziennikarzem i autorem bloga Dział Zagraniczny

POSŁUCHAJ:

Maciej Okraszewski dla słuchaczy swojego podcastu sformułował cztery proste rady:

1. Sięgaj tylko do dużych, tradycyjnych i prestiżowych mediów.

2. Nie szukaj informacji w mediach społecznościowych czy na profilach influencerów.

3. Czytaj mniej krótkich wiadomości (depesz), za to więcej dłuższych analiz.

4. Podawaj dalej wiadomości o pomocy Ukraińcom, a nie informacje o starciach zbrojnych.

Sytuacja na frontach wojny informacyjnej komplikuje się z dnia na dzień. Gdy niezależne serwisy informacyjne podają szokujące doniesienia o zbrodniach popełnianych przez rosyjska armię, sama Rosja staje się wyspą odciętą od krytycznej narracji. Rosyjski parlament przyjął przepisy przewidujące kary więzienia – nawet do 15 lat – za szerzenie „fake newsów" o działaniach sił zbrojnych.

Kreml uparcie określa inwazję na Ukrainę jako „operację wojskową" i blokuje media (w tym społecznościowe), które używają określenia „wojna". W efekcie tej  nagonki profesjonalne redakcje (m.in. BBC i TVN) decydują się na wycofanie z Moskwy swoich korespondentów lub zawieszenie ich pracy, a chiński TikTok zawiesił działalność. W tych warunkach weryfikacja wiadomości „u źródła" będzie coraz trudniejsza.

DOSTĘP PREMIUM