Jeden kraj. Dwie granice. "To jest pokaz systemowego rasizmu" [REPORTAŻ]

Oboje są z kraju, w którym trwa wojna. Oboje z obaw o swoje życie ruszyli na Zachód. Różniła ich granica, którą przekraczali. On trafił do "polskiego Guantanamo", ją za rękę prowadzili polscy pogranicznicy.
Zobacz wideo

1 lipca rząd znosi zakaz przebywania w strefie przy granicy z Białorusią. Według straży granicznej każdej doby w poszukiwaniu bezpieczniejszego życia wciąż próbuje ją przekroczyć od kilkunastu do kilkudziesięciu osób.  

Muhammad

Kiedy w Jemienie wybuchła wojna domowa, Muhammad studiował w Moskwie. Najpierw wracał jeszcze na wakacje do domu, potem stolicę, z której pochodzi, zajęli Huti. To oni urządzili rewoltę przeciwko rządowi. Muhammad był przeciw, protestował w mediach społecznościowych.

- Pisałem, że pozbawiają ludzi wolności. Zacząłem dostawać groźby, wiadomości, że jeśli wrócę, to nie przeżyję, a moje ciało zostanie wywieszone na widok publiczny - wspomina.

Studia się skończyły, Muhammad próbował szukać szczęścia w Malezji. Bezskutecznie. Nie było dla niego pracy, nie miał możliwości kontynuowania nauki.

Irina

Irina mieszkała w Kijowie, pracowała w ubezpieczeniach. Jej dom to pierwszy wysokościowiec od strony Białorusi. Tej strony, z której od 24 lutego nadlatują na Kijów rosyjskie rakiety.

- Pierwsze trzy, cztery dni wojnę tylko słyszałam i widziałam w internecie. Ale potem coś trafiło blisko mojego domu. Zobaczyłam dym, ogień, wszystko. Wtedy zrozumiałam, że ta wojna jest z nami - mówi.

Oboje zdecydowali się na uchodźstwo. Oboje ruszyli na zachód.

"Płaczę, kiedy sobie przypominam"

Irina podróżowała razem z matką, pociągiem. Najpierw do Lwowa. Po drodze miały szczęście. W samej stolicy metro nie jeździło, autobusów było mało, część dróg zablokowana. Ale ktoś zabrał ich na dworzec na stopa.

Na pociąg ewakuacyjny z Kijowa czekały tylko dwie godziny, we Lwowie przenocowała ich i nakarmiła kobieta z protestanckiego kościoła, do którego Irina należy. Wojnę było czuć, ceny autobusów z Lwowa do Przemyśla skoczyły czterokrotnie, wszędzie tłumy. Ale i tu się udało. Co prawda pociąg zamiast godziny, jechał do Polski pół doby, ale w końcu dotarł na miejsce.

- Kiedy przyjechałyśmy na granicę, tam wszystko szło szybko i pięknie. Polacy… Płaczę, kiedy to sobie przypominam, bo bez łez się nie da. To jak słowa wdzięczności i łzy wdzięczności za to, że było tak nieoczekiwanie i przyjemnie. Mundurowi i wolontariusze zabierają twoje bagaże, robią taki specjalny szpaler, żeby ludzie nie musieli się martwić, gdzie iść - i opowiada o wodzie, kanapkach, maskotkach dla dzieci.

I granicznej procedurze, która trwała pięć minut.

Polskie Guantanamo

Muhammad też w końcu dotarł do Polski. Najpierw poleciał samolotem do Mińska. Jak kilka tysięcy innych osób z całego świata, które nie mają możliwości dotrzeć do Europy legalnie.

- Dla mnie to była decyzja: albo życie, praca, albo śmierć - mówi.

Potem był las i zielona granica, zimny październik. Muhammad nie pamięta dokładnie, jak długo krążył po lesie, dziesięć dni, może dwa tygodnie. Pamięta natomiast dobrze, że za pierwszym razem, gdy przekroczył granicę i został złapany przez ludzi w polskich mundurach, prosił o pomoc międzynarodową.

- Mówiliśmy, że jesteśmy z Jemenu, że nie możemy tam wrócić. Prosiliśmy, żeby nas nie pushbackować… Wcześniej Białorusini mnie pobili. Bałem się tego. Polskie służby zabrały nam powerbanki, karty sim, ładowarki. Wypchnęli nas do Białorusi. Po dwóch, trzech dniach próbowaliśmy znowu przejść do Polski - relacjonuje.

Za drugim razem też go złapano i wyrzucono za granicę.

Udało się za trzecim razem. Potem kurier do niemieckiej granicy. W przeciwieństwie do ponad 10 tysięcy osób, które dotarły z Białorusi przez Polskę do Niemiec, Muhammad wpadł na granicznym moście w Frankfurcie nad Odrą.

- Najpierw zabrano nas do jakiegoś aresztu, traktowano jak terrorystów. W sali było 10-12 osób. Musieliśmy spać na gołej ziemi. Ubrania miałem przemoczone, wcześniej zabrano nam wszystkie rzeczy: telefony, pieniądze. Spędziłem tam jedną noc. Potem przewieźli nas do miejsca, które nazywam Guantanamo. Tam nie było okien w pomieszczeniu, były kamery… Nie pozwalano nam się myć; bardzo często organizowano przeszukania osobiste, musieliśmy się rozbierać. Upokarzano nas. Byliśmy bardzo źle, nieludzko traktowani.

W końcu Muhammad na pięć miesięcy i 20 dni - tę liczbę pamięta dokładnie - trafił do Wędrzyna. To zamknięty ośrodek dla cudzoziemców.

Nie jest to więzienie. W więzieniu osadzony musi mieć dla siebie przynajmniej 3 metry kwadratowe i wie, kiedy wyjdzie. W Wędrzynie to dwa metry, a data wyjścia i to, co stanie się potem, jest dla izolowanych tu cudzoziemców zagadką.

Uchodźca nie znaczy nieszczęśliwy biedak

Irina trafiła w końcu do Warszawy, mieszka z matką u wolontariuszki. Pracuje znacznie poniżej swoich kwalifikacji i za minimalną stawkę, ale jednak. Dostała PESEL, ma ubezpieczenie zdrowotne.

- Zasadniczo Polacy mają do nas bardzo dobre nastawienie. Odnoszą się do nas z troską, okazują miłość. Ale są też ludzie, którzy uważają, że skoro jesteśmy uchodźcami, to mamy być biedni, nieszczęśliwi i tak dalej. Nie rozumieją, że w swoim kraju normalnie pracowaliśmy, otrzymywaliśmy pensje, kupowaliśmy ubrania, przeżywaliśmy normalnie swoje życie. Po prostu teraz zostaliśmy bez domu, bez swoich rzeczy, bez pracy i dochodów. W danej sytuacji, przejściowo, jesteśmy właśnie uchodźcami.

Muhammad też jest w Polsce. - Z Wędrzyna kilkukrotnie na piśmie zwracałem się z prośbą o ochronę międzynarodową. W końcu, po tych kilku miesiącach zgodzono się zdjąć moje odciski palców, wypuścić i rozpocząć procedurę azylową. Dlaczego? Moim zdaniem dlatego, że w Jemenie nie istnieje międzynarodowe lotnisko, na które mogli mnie wysłać - mówi.

Wyszedł z pustymi rękami. Kiedy go zatrzymano, telefon i pieniądze trafiły do depozytu, gdy wychodził, usłyszał, że nic tam nie ma.

Dobry wolontariusz, zły wolontariusz

Państwo odmiennie traktuje nie tylko uchodźców, ale również tych, którzy im pomagają.

- Na granicy z Ukrainą strażnicy graniczni są bardzo pomocni, wszystkie procedury są załatwiane szybko i sprawnie. Funkcjonariusze i funkcjonariuszki pomagają przenosić dzieci, walizki, kontenerki z pieskami - opisuje Kalina Czwarnóg z Fundacji Ocalenie.

Podkreśla, że wolontariusze i wolontariuszki są tam witani z otwartymi ramionami, a ich pomoc jest doceniana. Ocalenie pomaga na obu granicach, tej ukraińskiej i tej z Białorusią.

- To jest pokaz systemowego rasizmu. Widzieliśmy go w Polsce od dawna, teraz kiedy mamy do czynienia z tymi dwiema granicami i tym jaskrawym kontrastem, widać go jeszcze silniej - ocenia.

Skutki tego rasizmu dotykają nie tylko uchodźców. Przy granicy z Białorusią służby polują nie tylko na nich, na wolontariuszy również.

Weronikę Klembę, wolontariuszkę Klubu Inteligencji Katolickiej policja zatrzymała, gdy przeparkowywała samochód podczas akcji niesienia pomocy ludziom uwięzionym w lesie.

Na prawie dwie doby trafiła do aresztu. Utrudniano jej kontakt z prawnikiem, w rodzinnym domu przeprowadzono rewizję bez nakazu. W końcu usłyszała, że pomagała w przemycie ludzi, grozi jej osiem lat, a na wyrok poczeka za kratami. Sądy obu instancji odrzuciły wniosek aresztowy prokuratury.

- Za każdym razem, kiedy wracam do tej sprawy, to czuję strach przed przyszłością. Z jednej strony wierzę w sprawiedliwość i niezależne sądy, z drugiej odbieram to jak wymierzony w twarz policzek - mówi wolontariuszka.

Nie mamy w oczach radarów

Osoby pomagające na granicy z Białorusią nie mają wątpliwości co do tego, że za wywołanie kryzysu migracyjnego odpowiada białoruski dyktator. Że zwabił do swojego kraju ludzi z całego świata, mamiąc ich wizją łatwiej podróży do Unii. Że wysyła ich na granicę, by budzić w Europie strach. Ale też po to, żeby pokazać hipokryzję Europy.

- To, co robi Łukaszenka, jest straszne. I cała ta wojna hybrydowa jest straszna, i trzeba znaleźć sposób na to, żeby ją zakończyć. Ale nie może być tak, że część ludzi traktujemy jak śmieci, a część jak gości - mówi Weronika.

Jej zdaniem państwo i duża część społeczeństwa znalazło sobie w uchodźcach z białoruskiej granicy wroga. I bardzo się ich boi, chociaż chodzi o ludzi półnagich, na skraju przeżycia.

- Nie chcemy im pomóc, bo uważamy, że są niebezpieczni, że zniszczą polskość. I dlatego mogą umrzeć w lesie. To zupełnie nie ma sensu - mówi.

Przypomina, że dla osób, które przekroczą nielegalnie granicę, są odpowiednie procedury. Że trzeba zapewnić im dach nad głową, jedzenie. I pewnie część z nich nie uzyskałaby statusu uchodźców i została z Polski deportowana.

- Ale to nie jest tak, że ja czy strażnik graniczny mamy w oczach radar i widzimy w lesie, kto jest, a kto nie jest uchodźcą. Żyjemy w kraju w znacznej mierze katolickim, gdzie jest powiedziane, że trzeba pomagać bliźnim. Więc pomagam…

Nikt nie jest w stanie oszacować, ile osób zmarło w wyniku kryzysu humanitarnego na polsko-białoruskim pograniczu. Na terytorium Polski odnaleziono dotychczas kilkanaście ciał. Kilka kolejnych wyroków sądowych potwierdziło, że procedura pushbacku, czyli wypychania z powrotem za granicę złapanych w Polsce osób, jest niezgodna z prawem. Fatalne warunki w specjalnych ośrodkach detencji, w tym w Wędrzynie, opisał m.in. raport Rzecznika Praw Obywatelskich.

DOSTĘP PREMIUM