Ustawa o równym traktowaniu. Prof. Środa: "To ogryzek. Do niczego się nie nadaje"

Od 4 do 260 tys. euro - taka kara grozi Polsce za każdy dzień niewdrożenia od 2006 roku dyrektyw Unii Europejskiej dot. równego traktowania. Rząd wysłał do konsultacji społecznych projekt ustawy o "wdrożeniu niektórych przepisów UE w zakresie równego traktowania". - Ta ustawa ma tylko załatwić sprawę przed Trybunałem - komentuje Ewa Siedlecka z Gazety Wyborczej. - To "ogryzek", nie ustawa - dodaje prof. Magdalena Środa.

- Rząd ma nadzieję, że ta ustawa załatwi chociaż jeden problem: przed Trybunałem w Luksemburgu. Polska ma tam wytoczoną sprawę o niewdrożenie dwóch unijnych dyrektyw i grożą za to kary od kilku do kilkudziesięciu tysięcy euro za każdy dzień braku tych dyrektyw począwszy od 2006 roku - mówiła w TOK FM Ewa Siedlecka, dziennikarka Gazety Wyborczej. - Jedynym powodem, dla którego rząd wypchnął ten projekt do konsultacji jest chęć powiedzenia w Luksemburgu: nie zasądzajcie kary, bo my już mamy projekt.

Sprawa została skierowana przeciwko Polsce w maju przez Komisję Europejską. Komisja oskarża w niej Polskę o niewprowadzenie dwóch z czterech dyrektyw, które nasz kraj był zobowiązany do wdrożenia już sześć lat temu.

Wprowadzeniu dyrektyw sprzeciwia się Konferencja Episkopatu Polski, organizacje pozarządowe krytykują z kolei zawartość ustawy proponowanej przez rząd

Ustawa rządowa to "ogryzek"

- 36 rozmaitych organizacji pozarządowych skonsolidowało się. Zarzucają rządowi, że ta ustawa powstaje już 10 lat i powstać nie może - mówiła w TOK FM Ewa Siedlecka. - Teraz konsolidacja polega na tym, że oczekiwania po tym projekcie były daleko wyższe. Jego zawartość w 2006 roku odnosiła się nie tylko do unijnych dyrektyw, ale ogólnie do obszaru dyskryminacji. Potem to zmieniano.

- Ta ustawa jest projektem absolutnie uwstecznionym - oceniła prof. Magdalena Środa. - W obliczu tego, co się dzieje w Europie, w związku z wyrokami Trybunału w Strasburgu, nasza wiedza o dyskryminacji uległa ogromnej zmianie. Ta ustawa tego nie uwzględnia - mówiła Środa. Wspomniała, że ustawę zaczęła pisać już w 2002 roku Izabela Jaruga-Nowacka. Czemu nie udało się wtedy jej wdrożyć? - To nie jest kwestia rządu, tylko Sejmu, komisji i konsultacji, podczas których Kościół mówi: nie - komentowała Środa. - Ustawę przejęła potem Joanna Kluzik-Rostkowska, pełna świadomości swoich ograniczeń. Ale ustawa znowu nie przeszła. Teraz minister Radziszewska jest chyba specjalnie po to, aby zablokować wszelkie prace, a ten "ogryzek", który wyszedł z jej urzędu, nie nadaje się absolutnie do niczego - dodała.

Co zarzucają projektowi?

Organizacje pozarządowe zarzucają projektowi przede wszystkim to, że inaczej niż kodeks pracy definiuje dyskryminację i molestowanie seksualne, że nie tworzy jednego urzędu ds. równego traktowania oraz że tworzy zamkniętą listę cech, ze względu na które nie wolno dyskryminować (m.in. płeć, rasę, pochodzenie etniczne, religię). Oceniają, że lepszą wersją proponowanej ustawy, była ta przygotowana jeszcze za rządów Kaczyńskiego i Giertycha.

Negatywnie ustawę zaopiniowała również Konferencja Episkopatu Polski. - Opinia Episkopatu to sześć zdań, włącznie z nagłówkiem "Szanowna pani" - mówiła w TOK FM Ewa Siedlecka. - Jest tyle tylko zapisane, że lepiej tego nie wdrażać, gdyż rodzi "bliżej nieokreślone niebezpieczeństwa nacisków". Próbowałam się dowiedzieć, co to za niebezpieczeństwa. Od ks. Mrówczyńskiego, zastępcy sekretarza generalnego konferencji, dowiedziałam się, że odpowiedź Episkopatu przygotowywał prawnik, który jest teraz na urlopie -dodała Siedlecka. Podkreśliła, że trzeba pamiętać, że postawa i opinia Kościoła jest dla polityków niesłychanie znacząca w tej kwestii. - Jeżeli tę opinię napisał prawnik na wakacjach, któremu nawet pewnie nie chciało się myśleć o tych "nieokreślonych niebezpieczeństwach", to o czym my rozmawiamy? - pytała dziennikarka.

- Jeżeli ustawa trafi do Sejmu, to można tam uczciwie nad projektem pracować. Mam nadzieję, że tam coś sensownego powstanie - podsumowała Ewa Siedlecka.

DOSTĘP PREMIUM