Rozpacz nie lubi rozgłosu, a tu się nic nie dzieje w ciszy i dyskrecji

Ci, którzy w swojej żałobie są na etapie "walki o prawdę", gotowi całą swoją energię życiową, czas, pieniądze poświęcać na znalezienie winnych katastrofie, są hałaśliwi i widoczni. A ci, którzy płaczą w domu - nie mają się gdzie schować, bo krzyk tych pierwszych zawsze do nich dotrze. Z psychoterapeutką, Bożeną Winch, która na co dzień pracuje z ludźmi w żałobie, rozmawia Anna Wacławik-Orpik .

Anna Wacławik-Orpik: Jaka jest sytuacja psychologiczna rodzin ofiar katastrofy smoleńskiej. Czym różni się od sytuacji innych osób, które straciły bliskich w jakiejś innej katastrofie, na przykład wypadku samochodowym, pożarze?

Bożena Winch, psychoterapeutka: - Różni się przede wszystkim upublicznieniem i upolitycznieniem. Wszyscy mają w tej sprawie coś do powiedzenia. Sensownie lub mniej sensownie, na ogół deklarując na początku, że rozumieją uczucia rodzin ofiar katastrofy. Potem płyną wypowiedzi, które świadczą o czymś wręcz przeciwnym. Różni się również tym, że od momentu, w którym wydarzyła się katastrofa do momentu pogrzebów, wszystko było publiczne. Nie było możliwości, albo były bardzo małe, żeby przeżywać w samotności, w ciszy swoją rozpacz, swoją stratę. Pogrzeby były transmitowane, oglądane, opisywane. Opowiadano kto stał koło kogo, kto był, kogo nie było. Matka, ojciec, córka, żona, mąż...Wszystko było widoczne.

Co w tym złego?

- Rozpacz nie lubi rozgłosu, smutek nie jest transparentny. To są uczucia, które chcemy przeżywać w intymności, z ludźmi bliskimi, z takimi których my sobie wybieramy i chcemy, aby przy nas byli. Niekoniecznie są to uczucia do publicznego dyskutowania i omawiania, a tak się tu dzieje przez cały czas. Do tego jeszcze sama katastrofa, ze swoją niewyjaśnioną etiologią, ze swoimi interpretacyjnymi różnymi pomysłami, gdzie kogoś się obwinia, komuś się coś przypisuje i bez przerwy o tym ktoś się wypowiada. To nie jest łatwe ciągle słuchać przypuszczeń, hipotez, że przyczyną katastrofy było to, a może tamto, a może coś całkiem innego. A nie da się tego nie słyszeć.

Część osób z rodzin, czy bliskich potrzebuje takiego ciągłego rozmawiania, nawiązywania do tego, ale oni i tak by sobie to zapewnili. A ci, którzy tego nie chcą i nie potrzebują, są wystawieni na bombardowanie przypuszczeniami i informacjami. Tu się nic nie dzieje w ciszy i dyskrecji. To jest z jednej strony rozdrapywanie ran, a z drugiej przydawanie cierpienia. Przydawanie cierpienia osobom bliskim, rodzinom różnych osób, których bliscy byli w katastrofie, a są jakoś podłączani do tego.

Żałobie towarzyszy zarówno poczucie krzywdy, jak i poczucie winy. Zastanawiam się, czy obwinianie wprost Platformy przez PiS nie jest też próbą pozbycia się własnego poczucia winy. Bo w konflikcie politycznym uczestniczyły przecież dwie strony. Jaki ma to ma związek z klasycznym, znanym w psychologii, przeżywaniem żałoby?

- Ma związek, choć trochę inaczej przebiega przez to upublicznienie. Często po śmierci kogoś bliskiego krewni obwiniają szpital, lekarzy, medycynę. Po to, by jakoś ustawić w swoim myśleniu ciąg przyczynowo-skutkowy, znajduje się winnego. Bardzo dobrym sposobem żeby nie czuć swojej winy jest przypisać winę, odpowiedzialność innym. Są też takie osoby, które winy wszystkich wezmą na siebie. To się zwykle zdarza rodzicom dzieci , które giną w wypadkach, albo u których za późno rozpoznano jakieś schorzenie. Wtedy rodzice często mówią, że to przez nich, bo nie byli uważni, albo że się nie domyślili, że kaszel dziecka to poważne schorzenie, nie zwykła, banalna angina. Tak więc po to, żeby nadać temu wydarzeniu jakiś porządek: " jeśli to - to to, a jeśli tamto to tamto", ta wina krąży. W tej konkretnej sytuacji, tak licznych strat, tak głębokich zerwań więzi, przy całej nagłości tego, tym bardziej intensywne jest poszukiwanie porządku zdarzeń. Jak będzie wiadomo, że to "przez kogoś", nada się temu wydarzeniu jakiś ład.

Będzie bardziej zrozumiałe.

Tak, i to nie tylko dlatego, żeby komuś przypisać winę, wyznaczyć pokutę albo wybaczyć. Po to, żeby zrozumieć to, co się zdarzyło

I sobie z tym poradzić...

Tak. Powodów do poczucia winy jest bardzo dużo. Poczucie winy i poczucie odpowiedzialności bardzo nas obciąża i jeśli tylko można znaleźć kogoś lub coś komu można to przypisać, to tak się dzieje.

Tutaj, w tej skali, w takiej liczbie osób zmarłych, każdy wariant reakcji w ich rodzinach jest możliwy. Od ciężkiej depresji, wyłączenia się wszystkiego, po aktywną postawę poszukiwania winnych, poszukiwania przyczyn, poszukiwania odpowiedzialnych.

Czy żądanie badań DNA, ekshumacji zwłok w trzy miesiące po pogrzebie ofiar da się wpisać w któryś z etapów żałoby?

Tak. To jest etap protestu i w ogóle niezgody na fakt śmierci. A jeszcze "takiej" śmierci, czyli w katastrofie. Część osób poszukuje przyczyny innej niż katastrofa. Znalezienie jakiejś odpowiedzi dałoby im, przynajmniej w tym momencie tak uważają, spokój. Spokój przez to, że ktoś winny zostanie ukarany. Nie wiem, czy to da im spokój.

Gloryfikacja zmarłych, mitologizacja katastrofy i nadawanie nazw temu co się stało, nazywanie "zbrodnią" katastrofy smoleńskiej, to też jest obraz typowy dla żałoby?

Tak, dość typowy, tylko tu wszystko ma inną rangę przez swoją powszechność i przez udział mediów w tym. I przez znaczenie tych osób w życiu społecznym, bo inaczej media by o tym tyle nie mówiły. Jest w naszej kulturze zwyczaj, że o zmarłych mówi się wyłącznie dobrze. Część rytuału pogrzebowego polega na tym, że bliscy żegnają zmarłego mówiąc o nim do ludzi uczestniczących w uroczystościach wyłącznie dobrze.

Więc w tych różnych historiach, które dzieją się w związku z katastrofą smoleńską, można znaleźć odbicie, powielenie tego, co ludzie przeżywają na różne sposoby przy utracie swoich bliskich, zwłaszcza przy nagłej utracie. Natomiast to, co jest inne, to ranga i znaczenie społeczne ludzi którzy zginęli i w związku z tym to, jak ludzie i media są w to zaangażowani.

Czy fakt, że rodziny nie mogą, przynajmniej na razie, drobiazgowo odtworzyć ostatnich chwil życia swoich bliskich, a także tych które nastąpiły już po ich śmierci, zanim ciała trafiły do Polski, zakłóca jakoś żałobny rytuał?

Zdecydowanie zakłóca. Wie pani, jednym z najczęściej zadawanych lekarzom i pielęgniarkom pytań, gdy ktoś umiera w szpitalu, nawet po długiej chorobie to: "Jak to było? Czy on coś powiedział, czy kogoś wołał?"

Po co jest ta wiedza potrzebna?

Do takiego dopełnienia. Żeby zamknąć historię, pożegnać się, rozgrzeszyć siebie, załatwić sprawy nie załatwione. Ludzie chcą się przygotować do godnego znalezienia się w takiej sytuacji, by przestać się bać niewiadomego. Nikt z nas nie może się dowiedzieć o śmierci niczego więcej niż od swoich bliskich.

Natomiast w tym przypadku niewiele wiadomo. Nie wiadomo czy zdawali sobie sprawę czy nie. Czy coś robili czy nie. Poza tym jest duża luka między przylotem trumien do Polski a tym, co się działo w międzyczasie. To wywołuje duży niepokój i lęk, ale też irytację, złość i chęć ogarnięcia tego wszystkiego. Tracę osobę mi najbliższą: ojca, matkę, męża, dziecko i nie wiem jak to było. Poza tym, że ten samolot...ale co z nim było?

To może być przyczyną depresji i bardzo głębokich kryzysów osobistych, a z drugiej strony jest źródłem złości, która daje energię, żeby się dowiedzieć.

Daje energię, żeby się dowiedzieć, ale daje też energię do formułowania oskarżeń pod bardzo konkretnymi adresami.

W bardzo ostrych słowach zresztą.

Wdowa po Stanisławie Komorowskim, Ewa Komorowska, mówiła w TVN24, że nie zdecydowała się obejrzeć zdjęć, które zrobiono przed zamknięciem trumny, bo jeszcze nie jest na tyle silna. Ciało jej męża zidentyfikowali synowie. Jednak nie wszystkim jest potrzebna taka dokładna wiedza, nie wszyscy do tego dążą.

W grę wchodzą też cechy osobowościowe, które mogą sprzyjać lub przeszkadzać w uładzeniu się z tą historią. Rozumiem, że było trudno różnym żonom, mężom, dzieciom zdecydować się na wyjazd do Smoleńska i na identyfikację zwłok. Każdy ma prawo chcieć zachować wizerunek tej osoby, tak jak wyszła z domu do tego samolotu. Nie uważam też, że rodzina musi gremialnie uczestniczyć w zamykaniu trumny, jeśli ktoś umrze w normalnych warunkach w domu, bo ma prawo tego nie chcieć. Zobaczyć go zmienionego po śmierci. Wyobrażam sobie, że widok niektórych ciał był dramatyczny. Może lepiej sobie tego oszczędzić, może lepiej zostać z tym wizerunkiem "do widzenia kochanie, wychodzę". Może lepiej nie oglądać szczątków. To rodzaj pewnego uporządkowania wewnętrznego, dojrzałości, harmonii wewnętrznej. Jesteśmy gotowi pójść za tym, co czujemy w tej chwili. Bo przychodzi taka myśl, że ja nie chcę tam jechać, nie będę się zmuszać, katować dodatkowym ciężarem. Nie wierzę w to, żeby nie znalazł się ktoś, kto nie zrobiłby tego, na co my nie mamy siły, gotowości.

To sytuacja pod każdym względem ekstremalna.

To co jest jeszcze w tym bardzo trudnego, to fakt, że nie możemy się na takie sytuacje przygotować. Nic o sobie nie wiemy w tym kontekście, bo to się nie da do niczego porównać. To jeszcze jedno źródło niepokoju. My nie wiemy, co byśmy zrobili. Możemy sobie tylko wyobrażać a i tak byłoby to o lata świetlne od tego, co działoby się naprawdę. Są też osoby, które nie są w kontakcie ze sobą, które w ogóle się nie zastanawiają nad tym co robią, tylko wykonują automatycznie to, co inni powiedzą albo co wynika z rytualności postępowań.

Od początku tej katastrofy zastanawiam się nad sytuacją psychologiczną Jarosława Kaczyńskiego, który stracił brata, w dodatku bliźniaka, a to specyficzny rodzaj więzi. Wydaje się też, że nie miał czasu ani sposobności, by móc przeżywać żałobę, bo zaraz zaczęła się kampania prezydencka. A teraz zaczęła się kolejna kampania, którą zresztą sam Jarosław Kaczyński zapowiedział mówiąc, że jego moralnym obowiązkiem jest wyjaśnienie przyczyn tej tragedii.

Nie chcę się wypowiadać na temat prezesa Kaczyńskiego. Natomiast upublicznienie samego pogrzebu i wszystkiego od początku oraz przystąpienie do pracy zaraz po pogrzebie, bo kampania wyborcza to jest praca polityka - to bardzo duży wysiłek emocjonalny i psychiczny. Nie można się oddzielić, zamknąć gdzieś po cichu i przeżywać swoją rozpacz. Większość osób, których bliscy zginęli jakoś miała na to szanse. Każdy z nas ma prawo do swoich wyborów, i nie nam sądzić. Ale to gigantyczny wysiłek tak stanąć do działania, do pracy w obliczu takiej tragedii. To niewyobrażalne dla mnie, skąd można czerpać na to siły. Gigantyczny wysiłek. No ale też rozumiem, że pan Jarosław Kaczyński się na to zdecydował i to jeden z elementów tej żałoby, tej sytuacji, której nie da się porównać do innych strat.

Jak umiera nam ktoś bliski, to bierzemy zwolnienie lekarskie, albo urlop nie po to żeby wyjechać na windsurfing, tylko po to, żeby mieć czas na siebie i dla siebie. I to jest najgłębszy z przywilejów i praw człowieka. Że może cierpieć nie w światłach kamer.

Czy kolejne polityczne hucpy, powstające zespoły, deklaracje polityków niekoniecznie związanych z samymi ofiarami katastrofy, mogą utrzymywać rodziny ofiar w stanie psychologicznego chaosu, rozchwiania dłużej niż gdyby tego nie było?

Zdecydowanie. To mnie najbardziej przeraża. Rozumiem, że każdy ma prawo do swojego sposobu przeżycia żałoby. Ale przez to, że to się dzieje publicznie, osoby które tego nie chcą musiałyby chyba wyjechać na Madagaskar, albo przestać włączać radio i telewizor, nie czytać gazet. To jest wszędzie.

Ja w tym widzę pewien brak poszanowania odmienności. Jednym to nagłaśnianie jest potrzebne, a innym być może szkodzi, rani ich i zadaje im ból. Przecież był list 19 rodzin, które prosiły o to, żeby dać im prawo do przeżywania żałoby inaczej.

Prosiły wprost o pozostawieni ich w spokoju.

Tak! Bo tego im najbardziej potrzeba teraz.

Te apele wracają w różnej formie, jak na przykład w wypowiedzi Izabelli Sariusz- Skąpskiej.

Tak, i innych osób też. Ci, którzy w swojej żałobie są na etapie walki o prawdę, cokolwiek to znaczy, gotowi całą swoją energię życiową, czas, pieniądze poświęcać na znalezienie winnych katastrofie są hałaśliwi i widoczni. A ci, którzy płaczą w domu - nie mają się gdzie schować, bo krzyk tych pierwszych zawsze do nich dotrze.

Wszyscy są wrzucani do jednego worka nazwanego "rodzinami ofiar katastrofy smoleńskiej"

I co więcej, ja już tylko czekam kiedy się okaże w mediach, który sposób przeżywania żałoby jest lepszy. No oczywiście ten głośny i domagający się "prawdy". A te osoby, które tylko siedzą w domu i nie są w stanie o niczym innym myśleć tylko o stracie, oczywiście gorzej będą cierpieć, są "gorszymi" rodzinami.

Czym grozi taka nie przeżyta, albo źle przeżyta żałoba?

Może trwać bardzo długo, czyli latami. Może się skończyć bardzo głęboką, trudno leczącą się depresją. Może zaowocować różnymi bardzo poważnymi somatycznymi schorzeniami: od chorób serca, po choroby kręgosłupa. I różnego rodzaju nagłymi, ciężkimi chorobami.

Rodziny w tej chwili są wykorzystywane przez polityków do celów politycznych. Mam takie przeczucie, że w momencie w którym już nie będą potrzebne, zostaną pozostawione same sobie.

Są wykorzystywane do celów politycznych i mnie się serce na to rozdziera. Że nie ma takiego dramatu, który by się nie przydał.

I że nie ma takiej mądrości, by można się było wznieść ponad te doraźne cele i dać tym ludziom szanse na to, żeby się odnaleźli...

...w tej dla wielu osób dramatycznej sytuacji. Osieroconych dzieci, opuszczonych starych rodziców, współmałżonków.

DOSTĘP PREMIUM