"Teren wygląda przerażająco, tworzą się żrące roztwory sodu". Relacja z Węgier

- Sprawa Węgier przygasła, nie ma jej w mediach, a naprawdę szkoda, tam jest straszna bieda - mówił w Popołudniu TOK FM Jerzy Jurecki z "Tygodnika Podhalańskiego", który odwiedził zniszczone przez "czerwony szlam" tereny.

Węgry walczą ze skutkami poniedziałkowego wycieku około miliona metrów sześciennych toksycznego czerwonego szlamu z huty aluminium w mieście Ajka. Wyciek spowodował śmierć siedmiu osób i obrażenia u około 120 - w piątek znaleziono kolejne ciała . Kilkaset domostw trzeba było ewakuować. Fala szlamu wtargnęła do domów, porywając wszystko, co było na podwórzach: zwierzęta domowe, drewno na opał, motocykle i samochody.

Węgierskie władze przyznały wczoraj, że gdyby do wycieku doszło w nocy, ofiar było by najpewniej więcej. Jerzy Jurecki z "Tygodnika Podhalańskiego" przyznał w TOK FM, że "to naprawdę cud", iż nie zginęło więcej ludzi. - Ludzie żegnali się z życiem. Nie wiedzieli, czy to jest radioaktywne czy nie, czy żrące czy nie. Bardzo dużo zwierząt padło. Nie miały szans, ani koty, ani psy, chociaż można spotkać koty oblepione czerwoną mazią - chodzą po płotach i zostawiają ślady. Jest grupa, która wyłapuje te koty i je myje - opowiadał w TOK FM.

"Tworzą się żrące roztwory - to najgroźniejsze"

Według węgierskiego rządu, usuwanie zniszczeń po wycieku może potrwać nawet rok. Szef "Tygodnika Podhalańskiego" przyznaje, że zalany szlamem teren "wygląda przerażająco": - To jest ogromny pas od Ajko, który pędzi wokół tych małych miasteczek. To jest sześć miejscowości, jedna za drugą. Szlam zalał te miejsca pozostawiając po sobie zabitą część od ziemi po dwa metry w górę. Wygląda to tak, jakby ktoś pędzlem wszystko pomalował na czerwono i jeszcze przykleił do tego grubą warstwę szlamu. Czas działa na niekorzyść, jeśli chodzi o szlam. On wysycha i on nie da się tak łatwo zmyć, a dni uciekają.

- Najgroźniejsze było to, że tam tworzą się roztwory sodu, które są żrące i nie wiadomo, na ile to jest niebezpieczne. Bezpośredni kontakt z tym powoduje oparzenia, ale ludzie bali się też oparów. Ludzie chodzą w maseczkach, żeby nie wdychać toksyn, ale nie wiadomo, na ile ich to uchroni przed toksynami - relacjonował w TOK FM Jurecki.

Potrzebna pomoc

Przyznał, że mimo przerażenia większość mieszkańców ma nadzieję, że uda im się doprowadzić swoje domy do porządku i wrócić do normalnego życia: - Bardzo mało ludzi zdecydowało się opuścić swoje domy. Węgrzy budują parterowe domy, nie ma pięter, więc niektórzy mają nawet łóżka, które stoją w szlamie. Ale oni nadal tam śpią. Są starsi ludzie, którzy mówią, że nie ma mowy, żeby opuścili te domy. Strażacy oczyszczają im podwórka, wycinają krzaki, żeby dostać się do szlamu, ale to jest syzyfowa robota. I ci ludzie mówią, że nie ma mowy, żadne służby ich stamtąd nie wyniosą, oni czekają na pomoc. Ale ten szlam znowu wraca.

Podkreślił, że węgierskie służby nie mają dobrego sprzętu i mimo wysiłku strażaków sprzątanie idzie powoli. - Strażaków jest potwornie mało, Węgrzy dysponują przedpotopowym sprzętem, wozy strażackie są w strasznym stanie. One myją drogi, ale to jest syzyfowa praca, bo wymyje się tę drogę, za chwilę ten szlam jest na nowo naniesiony. Strażacy są potwornie zmęczeni, oni sami boją się tego szlamu, ale po jakimś czasie oni się do tego przyzwyczajają, zdejmują maski, i pracują - opowiadał Jurecki.

Jak dodał, przydałaby się pomoc z innych krajów: - Przydaliby się tam nasi strażacy ze sprzętem, z czystą wodą, ze wszystkim tym, co może spowodować, że tego szlamu będzie coraz mniej. Jest dużo pomocy węgierskiej, ale nie ma tam pomocy z innych krajów, a szkoda.

DOSTĘP PREMIUM