"Podpisać się pod takim dokumentem? Nie". Prof. Rychard i K. Kofta o deklaracji PiS-u

- Nie podpisałabym się pod żadną taką deklaracją. Ona nie łagodzi niczego. Sądzę, że jest skierowana do Platformy - tak Krystyna Kofta oceniła w TOK FM "deklarację łódzką", którą dziś opublikowali politycy PiS. Podobnie ocenia ją prof. Andrzej Rychard: - Nie podpisałbym się pod nią. Ona jest bardzo jednostronna. Jest kolejnym słowem w sporze, a nie - elementem, który ma ten spór załagodzić.

Beata Szydło i Mariusz Błaszczak zaprezentowali dziś stronę , na której PiS zamieściło "deklarację łódzką". Wezwali do jej podpisania premiera Donalda Tuska i "każdego Polaka". Deklaracja sprzeciwia się "przemocy i nienawiści" prezentując jednak tylko te słowa, które są krytyczne wobec PiS.

Nie podpisałby jej zawodowy prezes Zarządu Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Mediatorów. - Deklaracja łódzka nie jest wezwaniem do dialogu, ale oświadczeniem osób, które solidaryzują się z widniejącym pod nią podpisem Jarosława Kaczyńskiego. Nie podpisałbym jej, bo po prostu jej nie rozumiem - wyjaśniał w rozmowie w TOK FM Jerzy Śliwa.

Podobnego zdania są goście Popołudnia Radia TOK FM prof. Andrzej Rychard i pisarka Krystyna Kofta. - Wydarzyła się straszna rzecz dla PiS, ale dla mnie to nie do końca ma jednoznaczną, polityczną barwę. To mogło się wydarzyć wszędzie, a teraz urasta to do rangi nieomalże zamachu na całą partię i ta deklaracja nie jest sposobem na uspokojenie nastrojów. Gdyby nie była taka jednostronna i tak bym nie wierzył w skuteczność tego typu deklaracji - mówił prof. Rychard.

Kofta: Politycy tworzą atmosferę zagrożenia, by przejąć władzę

- Myślę, że gdyby Platforma napisała taką deklarację, to ona mogłaby wyglądać tak samo. Tylko tu, gdzie są słowa "bydło, wataha", ze strony Platformy mogłoby być "my jesteśmy tu, a tam ZOMO". Gdyby to porównać, to nie było by różnicy - ocenia Kofta.

Jej zdaniem, PiS niepotrzebnie zwraca się do "każdego Polaka" o podpisanie swojego dokumentu: - Mam wrażenie, że naród jest poza tą dyskusją. Ja nie widziałam nigdy żadnego elektoratu, jak ci ludzie, którzy są tak blisko PiS-u, ci walczący. (...) I nie jest to efekt tego, co robi Platforma - ocenia pisarka. - Politycy tworzą atmosferę zagrożenia tylko dlatego, że chcą przejąć władzę. To jest sposób bardzo znany, wszelkie przewroty rewolucyjne, czy pucze wojskowe, to mają miejsce właśnie poprzez budzenie zagrożenia w jak największej liczbie obywateli. I wtedy obywatele postanawiają pozwolić na to, co u nas i tak już było, czyli na podsłuchy i inne reperkusje - dodała.

Jak jednak przyznaje, PO też nie jest bez winy. - Mi się nie podobają "watahy", minister spraw zagranicznych nie powinien tak mówić. Ale jak Jacek Kurski mówi, że "ciemny lud to kupi", to też nie jest bez wpływu. Agresja jest ponadpartyjna, niestety, i za to odpowiedzialni są politycy - zauważyła.

- Co tu dużo mówić, strona rządowa też poszybowała w stronę oderwania się od rzeczywistości - przyznał prof. Rychard. - I chyba czuje się dobrze z tym, że opozycja nie przyciska jej do ściany pytaniami o podatki, reformy, tylko wszystko krąży wokół tego, czy to dobrze, że polecieli jednym helikopterem. A jest jeszcze kawałek przestrzeni, który dotyczy życia też realnego ale mniej symboliczne i wyborcy nie mają szans powiązania aktu wyborczego z tym, co będzie od tego aktu zależało w sferze bezpośredniej - ocenił.

Rychard: Są różnice, ale wojna domowa się nie szykuje

Zdaniem prof. Rycharda, politycy wyolbrzymiają konflikt: - Jest konflikt, jego ślady podstaw są w strukturze społecznej, ale, na Boga, nie takie, jak to się przedstawia. Politycy lubią spór, ten rodzaj kolorytu, który w tym sporze sobie nadają. To im pozwala budować tożsamość. Teraz ta walka jest najbardziej silna na poziomie polityczno-medialnym, na poziomie świadomości społecznej już jest słabsza, a najsłabsza jest na poziomie struktury społecznej. Różnice na poziomie elektoratami różnych partii nie są aż tak duże. Są różnice, ale nie jest tak, że kraj jest na krawędzi wojny domowej. A tak by wynikało z analizy tego, co się dzieje w samej polityce.

Goście Popołudnia Radia TOK FM oceniają, że domaganie się przez polityków ochrony BOR-u i podkreślanie tego w mediach nie ma na celu realnego zabezpieczenia się przed zagrożeniami. To jedynie kolejny sposób na to, by podgrzać atmosferę. - A ta ochrona BOR-u, która się teraz pojawia jest tylko po to, żeby tworzyć atmosferę braku poczucia bezpieczeństwa, jakiegoś strasznego zagrożenia, że za chwilę wszyscy zaczną wszystkich mordować. To jest nieprawda, jest niebezpiecznie, ale to nie zależy od przynależności do żadnej partii, ale też jest całkiem normalnie. Demokracja jeszcze działa, jeszcze się trzyma. I będzie się trzymała tak długo jak normalni ludzie nie dadzą się wpuścić w to, co robią politycy - apelowała Kofta.

- Jestem zaskoczony tym, ze BOR ma takie zasoby, że tyle osób może chronić. Ciekaw jestem, ile jeszcze BOR wytrzyma. Myślę, że konstrukcja tej listy to też był przedmiot zastanawiania się politycznego, tak żeby zrównoważyć żer nie tylko PiS. Ale ta rytualizacji i magia konfliktu powoduje, ze wiele rzeczy postrzega się jako rzeczy irracjonalne i może przez to politycy nie będą zwracać uwagę na rzeczy naprawdę ważne, na prawdziwe zagrożenia - mówił prof. Rychard.

A czy Ty podpiszesz deklarację łódzką PiS-u?

DOSTĘP PREMIUM