Były szef, sąsiad, eks-żona: na nich donosimy do fiskusa

Sąsiad na sąsiada, mąż na byłą żonę, były pracownik na pracodawcę, z którym rozstał się w gniewie. Aż 1800 donosów wpływa rocznie do skarbówek w regionie łódzkim. Urzędnicy narzekają, że większość donosów okazuje się dęta i idzie do kosza.

Najbardziej kłuje nas w oczy bogactwo innych. Zgłaszamy skarbówce, że sąsiad albo ktoś z rodziny za kim nie przepadamy kupił nowy dom, wyjechał na długie, drogie wakacje i zaczął jeździć luksusowym samochodem. Oczywiście jesteśmy przekonani, że zarobił na to nieczystymi interesami.

Byli pracownicy donoszą na swoich niedawnych pracodawców chcąc często zemścić się po zwolnieniu. Zdradzają fiskusowi szczegóły związane ze sposobem wynagradzania w pracy, urlopami i wszystkim, co wiąże się z działalnością firmy. Są też donosy na konkurencję, które dotyczą głównie rzekomo nieuczciwych praktyk związanych z pozyskiwaniem klientów.

Donosy trafiają zazwyczaj do kosza

Bywają też krępujące i smutne: - Sąsiad doniósł na sąsiada, że ten prowadzi w mieszkaniu w bloku nielegalny zakład stolarski; przeszkadzał mu stukot młotka i zbijanie desek - opowiada Agnieszka Pawlak z łódzkiej Izby Skarbowej. - Okazało się, że lokator jest upośledzony umysłowo i aż dziwne, że tak wnikliwy sąsiad nie spostrzegł, że mężczyzna potrzebuje pomocy i ma inne problemy niż prowadzenie nielegalnej działalności - ocenia Pawlak.

Fiskus zajmuje się każdym donosem, ale potwierdzają się tylko nieliczne. - Nakład pracy jest niewspółmierny do wyników ewentualnej kontroli - mówi Pawlak. Informacje, o których donosi piszący są często zbyt ogólne i nie ma jak ich zweryfikować. Jeśli donos jest imienny, a takie zdarzają się niezwykle rzadko, wtedy urzędnikom łatwiej ustalić pewne dane. Większość listów jest jednak anonimowa lub zgłaszający posługuje się nieprawdziwym imieniem i nazwiskiem.

W okresie rozliczeń podatkowych liczba donosów nie rośnie, najwidoczniej jesteśmy wtedy zbyt zajęci własnymi rozliczeniami.

Donosiciel z misją

Skargi zalewają także łódzką drogówkę. Donosimy na innych kierowców, którzy nieprawidłowo zaparkowali, rozmawiają w trakcie jazdy przez komórkę lub nie zapieli pasów bezpieczeństwa.

Najbardziej aktywnym donosicielem jest pewien starszy, siwy mężczyzna. Od kilku lat to stały gość w łódzkiej drogówce. Nieposłusznym kierowcom robi zdjęcia i nagrywa filmiki. Policjanci mają przez niego dwa razy więcej pracy, choć oczywiście są pewnie wdzięczni za taką obywatelską postawę. Mężczyzna potrafi przynieść nawet 25 materiałów tygodniowo.

- Początkowo filmował bez tablic rejestracyjnych, ale szybko się nauczył, że są potrzebne, aby namierzyć kierowcę lub właściciela pojazdu - mówi Grzegorz Wawryszuk z łódzkiej drogówki. Za każdym razem donosiciel jest przesłuchiwany, a delikwenci najczęściej dostają mandaty. - Mężczyzna tłumaczy, że ma do spełnienia misję i chce nauczyć ludzi porządku - dodaje Wawryszuk.

Trzy tysiące telefonów miesięcznie

Na informacjach przekazanych przez mieszkańców bazują łódzcy strażnicy miejscy. - Bez nich nie moglibyśmy funkcjonować - przyznaje Leszek Wojtas. Telefon dyżurnego dzwoni aż trzy do czterech tysięcy razy w miesiącu. Interwencje dotyczą głównie zarządców administracji, zimą oblodzonych chodników, śmieci na ulicach, bójek, domowych awantur, nieprawidłowego parkowania. To także dzięki szybkim informacjom od mieszkańców strażnicy interweniowali, gdy po ulicach włóczyły się sarny lub z cyrku uciekły słonie.

DOSTĘP PREMIUM