Uchodźcy z Libii: Jesteśmy bezpieczni. Teraz brak nam tylko wolności

Razem z Jazet z Wybrzeża Kości Słoniowej, która w Libii mieszkała ponad rok, na niewielkiej łódce było prawie 400 osób: - Płynęliśmy dwa dni. Kobiety w ciąży, małe dzieci. Płacze i krzyki nie ustawały nawet w nocy. Nie było jak się ruszyć. Nie mieliśmy jedzenia, ani picia. To było straszne. Gdy popsuł się silnik, myśleliśmy, że to koniec. Bogu dzięki, uratowała nas maltańska marynarka.

Jazet ma na sobie biały sweter do kolan, za mały co najmniej dwa rozmiary. Dostała go już tu, w zamkniętym obozie dla uchodźców na południu Malty. Razem ze spodniami, granatową bluzą i skarpetkami w brązowe paski. - Nie było czasu, żeby spakować cokolwiek. Wszystko musieliśmy zostawić. Zresztą i tak by się nie zmieściło na łodzi - mówi.

Jazet nieśmiało uśmiecha się do zdjęcia. Jest zawstydzona. Zanim wyłączę nagrywanie, powie jeszcze, że jest wdzięczna władzom Malty za ratunek. Że bardzo dziękuje marynarzom i strażnikom w obozie.

- Od połowy marca na Maltę dotarło około 1200 uciekinierów z Libii. Ile osób zginęło na morzu, nie wiemy - porucznik Andrew Mallia z Maltańskich Sił Zbrojnych.

Łódki są przepełnione i często w bardzo złym stanie, nie nadają się na taką podróż. Wiemy, że co najmniej kilka zatonęło w ostatnich tygodniach. Zdarzają się też przypadki, że ludzie umierają na łodziach, które prędzej czy później docierają do naszych brzegów. Nie wytrzymują warunków.

Tak jak siostra Faith z Nigerii, która nie wytrzymała 10 dni dryfowania na morzu i nieustającego pragnienia. Zatruła się wodą morską. Była w trzecim miesiącu ciąży. Faith pochowała ją na cmentarzu w Valetcie.

Abdrahman z Somalii płynął tylko dwa dni, ale też nie było lekko. - Głód można wytrzymać, najgorzej jest z pragnieniem. Niektorzy pili własny mocz.

Obóz w Hal Far znajduje się na terenie jednostki wojskowej. Uchodźcy zajmują jeden trzypiętrowy budynek. Wokół wysokie ogrodzenie zakończone drutem kolczastym, w oknach kraty. Po ostatnim remoncie zostały ładne łazienki i schludne jadalnie.

Dokąd teraz? Byle dalej, byle bezpieczniej

Pomarańczowe lamperie wzdłuż długich korytarzy rażą oczy. Pokoje są niewielkie, wyposażone jedynie w piętrowe łóżka. Na poręczach schnie pranie. Głosy z telewizorów mieszają się ze śmiechem dzieci i rozmowami dorosłych. W pokoju strażników i gabinecie lekarskim głośno gra maltańskie radio.

Większość z uchodźców spędzi w obozie nawet 18 miesięcy - poza chorymi, rodzinami i samotnymi matkami z dziećmi, którzy będą przeniesieni do ośrodków otwartych. Z czasem, gdy zdobędą już status uchodźców, setka trafi do Francji, drugie tyle do Niemiec, kilka, może kilkanaście osób do Polski.

- Pójdziemy gdziekolwiek, byle tylko było bezpiecznie. - Dla Abdrahmana nie ma znaczenia, czy to będzie Polska, czy inny kraj. Ma już dość uciekania i ciągłego zagrożenia. W Libii przez 10 dni ukrywali się z żoną w domu bez gazu, wody i prądu. - To wspaniałe, że Malta nas przyjęła i że dobrze się nami opiekuje. Jedyne, czego nam teraz brakuje, to wolności - dodaje.

Dziękują za pomoc, ale chcą jeszcze wolności

- Oni dziękują za uratowanie życia, ale to, że są trzymani w zamknięciu wcale im się nie podoba - jezuita Joseph Cassar z Centrum Pomocy Uchodźcom. - Ci ludzie już raz musieli uciekać ze swoich krajów, gdzie toczyły się wojny. Trafiali do Libii, która nie zapewniała im żadnej ochrony, choć azyl prawnie im się należał. Libijczycy odnosili się do nich z niechęcią. Było wiele przypadków pobić, porwań, kradzieży. Gdy wybuchła wojna, brano ich za najemników Kaddafiego. Nie byli bezpieczni. Znów musieli uciekać. Liczą, że w Europie będzie inaczej. Tymczasem na powitanie wsadza się ich do zamkniętych obozów. - Cassar przyznaje, że dzięki maltańskiemu rządowi i organizacjom takim, jak jego, uchodźcy mają zapewnione podstawowe potrzeby - dostają dach nad głową, pożywienie, ubrania, pomoc prawną. - Problemem pozostaje niemal zupełny brak pomocy psychologicznej i psychiatrycznej, a przede wszystkim brak wolności.

Na parterze mieszkają rodziny z małymi dziećmi, na pierwszym piętrze Somalijki, na drugim kilkudziesięciu Erytrejczyków. Miedzy piętrami kraty zamykane na wielkie kłódki. Uchodźcy słyszą się, bo echo towarzyszy każdemu niemal słowu, ale nie widzą - chyba że z okien, gdy jedni wrócą ze spaceru, a inni go rozpoczną. Jak tłumaczą mi strażnicy - każdej "zonie" przysługują dwie godziny pobytu na dworze. Dziennie.

DOSTĘP PREMIUM