Anonimowi aktywiści. To dzięki nim wiemy, co dzieje się w Syrii

Codziennie wrzucają do internetu dziesiątki filmów, niektóre są już profesjonalnie opracowane, oprawiane muzyką. Po tym, jak syryjski reżim wyrzucił zagranicznych dziennikarzy, to rozsiani po całym świecie syryjscy aktywiści przekazują relacje z brutalnie tłumionych protestów.

Na Facebooku, YouTubie i Twiterze można znaleźć setki filmików z demonstracji i brutalnych akcji służb. Działacze twierdzą, że widać na nich snajperów na dachach i czołgi wjeżdżające do miasta. Można też znaleźć listy zaginionych i zabitych, są zdjęcia pokazujące, jak umierali. Prezentowane są również filmy z pogrzebów zabitych demonstrantów. Często tylko dzięki relacjom zamieszczanym na portalach społecznościowych, świat dowiaduje się o tym, co dzieje się w kolejnych miastach pacyfikowanych przez służby specjalne.

"New York Times" twierdzi, że wszystko to jest możliwe dzięki niewielkiej rozsianej po całym świecie grupie aktywistów, którzy zdołali przemycić do Syrii setki telefonów satelitarnych i komórkowych oraz modemy, laptopy i kamery. Według informacji dziennika zapłacił za to bogaty syryjski biznesmen. W efekcie, reżim Baszara el-Asada nie może już odciąć działaczy od internetu, tak jak zrobiono w Egipcie.

Gdy film trafi już do internetu, potężna sieć Syryjczyków na całym świecie robi wszystko, by obejrzało go jak najwięcej ludzi. Zamieszczają je m.in. na specjalnym profilu The Syrian Revolution 2011 na Facebooku. Materiały publikowane są również przez takie potęgi prasowe jak "New York Times". Podkreślając jednocześnie, że tych doniesień nie da się tak naprawdę zweryfikować.

Służby na tropie aktywistów

Reżim zna jednak siłę propagandy. Dlatego filmowanie, z mniej lub bardziej profesjonalnym sprzętem, może dla uczestników demonstracji skończyć się tragicznie. W Syrii zginęły już setki ludzi, kolejne setki zniknęły. Wielu przedostało się np. do Libanu.

Tygodnik "Times" dotarł do kilkuosobowej grupy młodych aktywistów z Damaszku. "Mahmmed ma bladą i szczerą twarz, która budzi raczej skojarzenie z bohaterami "Zmierzchu" niż z tradycyjnym wizerunkiem rewolucjonisty" - czytamy. Bohaterowie tekstu zapewniają, że nie są fundamentalistami, a ich celem jest wspólna walka z okrutnym reżimem.

Nadim Houry z libańskiego biura Human Rights Watch, który zajmuje się Syrią, twierdzi, że filmy kręcą intelektualiści, dziennikarze, obrońcy prawa człowieka i wszyscy inni. Mają w pamięci brutalne stłumienie rewolty w Hamie w 1982r., gdy zginęło kilkanaście tysięcy osób.

Nieufność Zachodu

Jednak charakter protestów w Syrii budzi na Zachodzie najwięcej obaw. - Wydaje się, że w przeciwieństwie do demonstracji w Egipcie i Tunezji, które były sekularne, w Syrii uczestnicy protestów są silnie zmotywowani religijnie - komentuje Patrycja Sasnal z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych.

Cytowana przez "New York Times" syryjska blogerka Camille Otrakji uważa nawet, że przekaz jest zmanipulowany. Jej zdaniem aktywiści starają się przykryć wątki religijne hasłami o jedności narodowej.

Przekazywana przez aktywistów wersja wydarzeń jest dominującą w mediach na Zachodzie. Ale jak zwraca uwagę Patrycja Sasnal, prezydent Baszir el-Asad cieszy się poparciem części obywateli. Choć trudno oszacować, jak dużym.

Część mieszkańców Syrii obawia się też wybuchu wojny domowej. Nie jest to scenariusz niemożliwy, w podzielonym etnicznie i religijnie państwie. Paradoksalnie z powodu zamknięcia kraju przez reżim, głosy tych ludzi rzadziej przebijają się do zachodnich mediów.

Z drugiej jednak strony, właśnie strachem przed wojną domową i fundamentalizmem religijnym zasłania się reżim, gdy wysyła snajperów na dachy, czołgi na protestujących i siły specjalne do szkół.

Syria: służba bezpieczeństwa zabiła trzy kobiety Informację przekazał anonimowy działacz obrony praw człowieka>>

DOSTĘP PREMIUM