"Nie boimy się represji. Związek działa dalej". Córka "deportowanej" do Polski działaczki zostaje na Białorusi

- Mama była w białoruskich aresztach dwa miesiące. W jednym warunki były dobre, bo siedziała w 4-osobowej celi z dziewczynami oskarżonymi o sprawy polityczne. Potem przewieźli ją do celi 13-osobowej - mówiła w TOK FM Weronika Piuta, córka szefowej oddziału Związku Polaków na Białorusi w Lidzie, którą "deportowano" do Polski. Jak dodała, sama zostanie na Białorusi, bo "wyjechać jest najprościej".
Zobacz wideo

25 maja do Polski - na skutek działań polskich służb dyplomatyczno-konsularnych - przyjechały działaczki mniejszości polskiej z Białorusi: Irena Biernacka, Maria Tiszkowska i Anna Paniszewa. Ich aresztowanie było efektem represji wymierzonych w przedstawicieli mniejszości polskiej na Białorusi i Związku Polaków na Białorusi ze strony reżimu Alaksandara Łukaszenki. Wszystkim groziło do 12 lat więzienia. O uwolnienie przedstawicieli ZPB apelowali przedstawiciele państw UE, a także szef unijnej dyplomacji Josep Borrell.

Weronika Piuta, córka Ireny Biernackiej - jednej z "deportowanych" do Polski aktywistek - była gościnią Poranka Radia TOK FM. Jej matka była szefową oddziału Związku Polaków na Białorusi w Lidzie, zaś ona sama jest działaczką Związku. - Jeszcze nie miałam okazji porozmawiać z mamą po jej przyjeździe do Polski. Wiem, że była w białoruskich aresztach dwa miesiące. W jednym warunki były dobre, bo siedziała w 4-osobowej celi z dziewczynami oskarżonymi o sprawy polityczne. Potem przewieźli ją do celi 13-osobowej, siedziała z dziewczynami oskarżonymi o sprawy kryminalne. Nastawienie ochrony do niej było niedobre. Adwokat nie mógł do niej przyjść - mówiła Piuta.

Dodała, że jej mama nie ma już możliwości powrotu na Białoruś, bo gdyby to zrobiła, od razu straciłaby wolność. Po zwolnieniu z aresztu miała się bowiem meldować na milicji, a teraz nie może tego robić, bo wyjechała do Polski. Dla reżimu Łukaszenki jest więc zbiegiem. Dlatego dzisiaj oddziałem Związku Polaków na Białorusi w Lidzie kieruje właśnie Weronika Piuta.

Prowadzący audycję Jacek Żakowski zapytał, czy ona i inni członkowie Związku nie boją się działać po fali aresztowań opozycyjnych aktywistów na Białorusi. - Nie boimy się represji, jeśli ktoś się boi, to wyjeżdża do Polski. Związek funkcjonuje po staremu. Jest wielu ludzi, którzy żyją jego sprawami, podtrzymują tradycję, historię, język. Wczoraj mieliśmy zakończenie roku szkolnego i odwiedził nas konsul - relacjonowała.

Na pytanie, dlaczego nie wyjedzie z Białorusi, odpowiedziała: "Bo jestem urodzona na tej ziemi". - Tutaj mamy jeszcze babcię, która skończyła 76 lat. I ona ma zostać sama tutaj? Musimy dbać o wolność tutaj. Wyjechać z Białorusi jest najprościej, a zdobyć wolność tutaj to już nie tak prosto - przekonywała gościni Poranka TOK FM. Stwierdziła, że Łukaszence właśnie o to chodzi, by niepokorni Polacy z Białorusi wyjechali, a pokorni zostali. - On już wypycha (niepokornych Polaków) z Białorusi, zastraszając. Oni ze strachu wyjeżdżają. Boją się o dzieci i rodziny - mówiła.

Co więc Polska powinna zrobić, żeby Polakom na Białorusi było lżej? - Nagłaśniać naszą sytuację, żeby ludzie nam pomagali, wspierali te rodziny, których członkowie siedzą w więzieniach. Bo oni potrzebują pomocy finansowej. Bo potrzebne są pieniądze na prawników, żeby nie być skazanym na tych reżimowych. Ale trudno jest nas wspierać finansowo, bo reżim to widzi i nie pozwala, by ktoś z zewnątrz nam pomagał – zakończyła Weronika Piuta.

DOSTĘP PREMIUM