Jak odsunąć PiS od władzy? Tomasza Stawiszyńskiego rady dla opozycji

"Uznanie, że zwycięstwo PiS nie wzięło się z powietrza, ale że lider tego ugrupowania adekwatnie rozpoznał społeczne nastroje i potrzeby, bo jego przekaz skutecznie przekonał znaczną cześć społeczeństwa - a co więcej nadal przekonuje - to pierwszy, niezbędny krok do odsunięcia go od władzy" - przekonuje w Kwadransie Filozofa Tomasz Stawiszyński.
Zobacz wideo

Niefortunna akcja "Nie świruj, idź na wybory", doskonale ilustruje słynną obserwację Zygmunta Freuda, w myśl której reakcją na doświadczenie kryzysu nader często bywa regresja do wcześniejszej fazy rozwoju. Mechanizm jest tu prosty, intuicyjnie łatwo uchwytny. Przeżywająca napięcia i dysonanse psychika, która nie jest w stanie wytrzymać napięcia wywołanego przez niewydolność dotychczasowych strategii rozumienia i działania w świecie, spontanicznie cofa się do etapu, kiedy jej odpowiedzialność za siebie oraz możliwości poznawcze były znacznie mniejsze. Uwolnienie od brzemienia społecznych oczekiwań i ról charakterystycznych dla dorosłości daje przestrzeń na odreagowanie intensywnych emocji w sposób, który na aktualnym etapie życia byłby już niemożliwy. Na przykład poprzez rozmaite nieaprobowane u dorosłych zachowania. Dlatego właśnie osoby w wieku całkiem powyżej średniego potrafią w trudnych życiowo momentach robić rzeczy charakterystyczne dla nastolatków. Powtórzmy - nic w tym nie ma dziwnego, jest to proces dobrze znany i opisany. Co nie oznacza, rzecz jasna, że prowadzący zawsze do korzystnych z każdego punktu widzenia konsekwencji.

Bo jeśli ten nieszczęsny klip z Wojciechem Pszoniakiem - wcielającym się w rolę asertywnego ucznia późnej klasy gimnazjum, imitującego na przerwie tak zwanego "świra", albo "wariata" - potraktować jako symboliczne upostaciowienie stanu mentalnego sporej części środowisk opozycyjnych, oznacza to niechybnie, że mamy problem. My, to znaczy wszyscy, którym zależy, żeby w Polsce rządziła partia, która nie proklamuje absurdalnych tez o nihilizmie rozpościerającym się poza Kościołem katolickim (akurat w ostatnich latach przekonaliśmy się dobitnie, że nihilizm cechuje przede wszystkim tę właśnie instytucję); nie jest całkowicie przekonana o własnej wszechmocy, wszechwiedzy i moralnej doskonałości; nie czyni z mediów publicznych operetkowej wersji PRL'owskich instrumentów propagandy; nie kolonizuje państwa i jego instytucji w poczuciu całkowitej bezkarności; a wreszcie nie posługuje się archaicznym rozumieniem wspólnoty narodowej zorganizowanego wokół kilku totemicznych rekwizytów.

Abstrahując już od ładunku stygmatyzacji obecnego we wspomnianym klipie (i kilku innych z tej serii), na co uwagę zwróciło między innymi Polskie Towarzystwo Psychiatryczne, jest on po prostu przeciwskuteczny. Pogłębia bowiem i utrwala źródła kryzysu, na który pragnąłby być niezawodnym panaceum.

Jak zatem ten kryzys przezwyciężyć? Inaczej mówiąc - jak odsunąć PiS od władzy?

"Zwycięstwo PiS nie wzięło się z powietrza"

Zmarły w 2011 roku amerykański psycholog i filozof James Hillman mawiał często, że nie można zrozumieć jakiegoś zjawiska jeżeli z góry założy się, że nie powinno ono zaistnieć. To nie jest teza z zakresu filozofii moralnej. Nie oznacza, że wszystko, co się wydarza, jest dobre i pożądane. Oznacza wyłącznie, że zjawiska nie biorą się ex nihilo; że - innymi słowy - do ich wystąpienia prowadzi zawsze mniej lub bardziej uchwytny łańcuch przyczyn i skutków. Jakkolwiek irracjonalne i bezsensowne coś by się nam na pierwszy rzut oka wydawało - głosi ta oczywista w sumie, ale przez to właśnie orzeźwiająca myśl - da się pojąć skąd się wzięło i, częściowo, do czego prowadzi, tylko wtedy, kiedy się przyjmie założenie, że się nie wzięło z przysłowiowego księżyca, lecz z jakichś możliwych do odsłonięcia powodów.

Tego rodzaju refleksja jest - co szczególnie tutaj istotne - absolutnym warunkiem wstępnym jakiejkolwiek przyszłej zmiany. Traktując zdarzenia jako zjawiające się ot, tak po prostu, magicznie, możemy oddziaływać na nie wyłącznie magicznymi sposobami. Magia ma zaś to do siebie, że... nie działa, albo też działa na krótką metę. Czy raczej - wrażenie jej skuteczności bierze się co najwyżej z przypadkowej koincydencji pomiędzy naszymi pragnieniami a tym, co się skądinąd zupełnie niezależnie od nich dzieje.

Przypatrując się działaniom i narracjom środowisk opozycyjnych skupionych wokół Platformy Obywatelskiej, można odnieść wrażenie, że zwycięstwo PiS w 2015 roku, traktują oni właśnie jako takie całkowicie irracjonalne i niezrozumiałe zjawisko. Pozbawione głębszych przyczyn, przypadkowe, będące efektem jakiegoś chwilowego spięcia na łączach. Widoczne to było zwłaszcza w pierwszych miesiącach po przegranych wyborach, kiedy temperatura emocjonalna sporów politycznych osiągała poziom czerwoności, a zasadnicze przesłanie środowisk odsuniętych od władzy brzmiało: kiedy rządziliśmy wszystko było pięknie, teraz jest strasznie, trzeba więc wrócić do tego, co było wcześniej i basta.

Rzecz w tym, że przez pięć lat niewiele się niestety w tym przekazie - a tym samym w rozpoznaniu, które stoi u jego podstaw - zmieniło. Czego najlepszym dowodem aktualne przedwyborcze sondaże.

Uznanie, że zwycięstwo PiS nie wzięło się z powietrza, ale że lider tego ugrupowania najwidoczniej adekwatnie rozpoznał społeczne nastroje i potrzeby, bo jego przekaz skutecznie przekonał znaczną cześć społeczeństwa - a co więcej nadal przekonuje - to pierwszy, niezbędny krok do odsunięcia go od władzy. Rytualno-magiczne dzielenie społeczeństwa na "zdrowych" i "świrniętych" albo dobrych, racjonalnych i nowoczesnych oraz złych, irracjonalnych i zacofanych - przyniesie co najwyżej skutek odwrotny, to znaczy jeszcze bardziej umocni Prawo i Sprawiedliwość. Jednym z elementów narracji tego ugrupowania było bowiem i jest uporczywe wskazywanie na wyższościową i pogardliwą postawę pewnej części środowisk liberalnych wobec wszystkich, którzy nie podzielają ich zapatrywań (skądinąd w okazywaniu wyższości i pogardy PiS sam przoduje, żeby była jasność).

No właśnie. Refleksja nad powodami, z jakich środowiskom liberalnym pokazano w 2015 roku czerwoną kartkę, to krok drugi.

"Środowiska opozycyjne sprawiają wrażenie przekonanych o własnej racji"

W opublikowanej w 1994 roku książce "Bunt Elit" - dziele ze wszech miar proroczym, widać to dzisiaj bardzo wyraźnie - amerykański historyk i krytyk kultury Christopher Lasch postawił tezę, że liberalne elity funkcjonują u schyłku XX wieku w coraz większym oderwaniu od problemów i doświadczeń znacznej części  mieszkańców zachodniej kultury. W czymś na kształt wirtualnego świata, w którym kultywuje się przekonanie o słuszności własnej misji i bezalternatywności własnych politycznych stanowisk. To zaś jego zdaniem prędzej czy później będzie musiało doprowadzić do poważnego zachwiania status quo, które wielu innym myślicielom wydawało się wówczas nieledwie finalną stacją w rozwoju ludzkości (pamiętajmy, że raptem trzy lata wcześniej ukazał się słynny "Koniec historii" Francisa Fukuyamy. Obserwując już wtedy zanikanie tradycyjnego podziału na prawicę i lewicę, Lasch zarzucał przedstawicielom obu tych obozów pogrążanie się we wzajemnych oskarżeniach - odpowiednio: o faszyzm lub socjalizm - przy jednoczesnej utracie zdolności do samokrytycyzmu, która była dla niego filarem polityki realnie demokratycznej.

To zalecenie niewątpliwie warto wziąć sobie do serca także i dzisiaj.

Środowiska opozycyjne sprawiają bowiem wrażenie bezsprzecznie przekonanych o własnej racji tak merytorycznej, jak i moralnej, a każdy krytyczny głos przychodzący z wewnątrz traktują niczym straszliwą zdradę, dowód nielojalności albo ukrytą sympatię wobec znienawidzonego przeciwnika. Umyka im w ten sposób mnóstwo własnych błędów i zakrzywień poznawczych - ot, choćby, wspomniana pogarda i agresja wobec osób popierających PiS, którą manifestują publicznie niektórzy znani artyści czy profesorowie jednoznacznie opowiadający się po liberalnej stronie. I propagujący na co dzień takie wartości, jak tolerancja, otwartość, równość, różnorodność i wrażliwość na innego.

Samokrytycyzm - oto więc kolejny istotny punkt.

Jak go uruchomić? Pomóc w tym może inny współczesny myśliciel

Jedną z najbardziej przenikliwych obserwacji dotyczących funkcjonowania ludzkiego umysłu i ludzkich zbiorowości poczynił ongiś wybitny francuski antropolog Rene Girard. W swojej pierwszej książce "Prawda powieściowa i kłamstwo romantyczne" zauważył, że fundamentalną siłą organizującą nasz sposób bycia jest mimetyzm, to znaczy naśladownictwo, w szczególności naśladownictwo pragnień. Nigdy nie pragniemy niczego sami z siebie - twierdził Girard - zawsze pragniemy tego, czego pragnie ktoś inny. To zaś nieuchronnie prowadzi do rywalizacji o ten sam obiekt.

Tutaj właśnie bije źródło przemocy, tego zasadniczego elementu ludzkiej historii od samych jej początków. Mimetyzm odzywa się w każdym konflikcie. Jest jego nieuchronną, choć zarazem nieuświadomioną przez zaangażowane strony składową. Tymczasem one same z konieczności podlegają procesowi upodobnienia, który - jeśli nie zostanie w odpowiednim momencie powstrzymany - musi prowadzić do eskalacji przemocy, aż do postaci skrajnie radykalnej. Girard nazywa to "osiąganiem skrajności". W wydanej w 2010 roku, cztery lata przed śmiercią, "Apokalipsie tu i teraz" przygląda się rozmaitym współczesnym konfliktom politycznym i geopolitycznym właśnie przez pryzmat mimetyzmu. I przypomina: uświadomienie sobie, że nie jest się wolnym od tych wszystkich wad i pokus, które z powodzeniem wykrywa się u przeciwników - tendencji autorytarnych, skłonności do przemocy, pogardy, poczucia bezwzględnej racji i wyższości, przekonania, że wszyscy, którzy mają inne zdanie to zdrajcy albo głupcy, niechęci do otwartej dyskusji - jest niezbędnym warunkiem wstępnym przeciwdziałania przemocy. Bez względu na to jak bardzo nie chcemy przyjąć do wiadomości tej strasznej prawdy - że nawet z naszym największym wrogiem coś nas łączy.

Bez jej przyjęcia jednak, to, co mówimy, nigdy nie będzie spójne z tym, co robimy.

Na czym polega powodzenie projektu Jarosława Kaczyńskiego?

We współczesnej tradycji psychoterapeutycznej - w każdym razie tej wywodzącej się z psychoanalizy - operuje się pojęciem "odzwierciedlania". Oznacza ono, z grubsza rzecz ujmując, reakcję na zachowanie dziecka polegającą na aktywnym uznaniu emocji - nawet tych najtrudniejszych - które za nim stoją. Jeśli więc dziecko płacze, mówi się mu na przykład: "wiem, że jesteś smutny albo smutna, bo stało się to albo tamto, zaraz coś na to poradzimy", nie zaś pokrzykuje, żeby "natychmiast przestało ryczeć". Brak odzwierciedlenia skutkuje trudnościami w budowaniu bezpiecznych relacji, a także stabilnego poczucia tożsamości. Nieodzwierciedlany w relacjach człowiek - nie tylko dziecko - doświadcza narastającego dysonansu pomiędzy tym, co jawi się mu jako realne, a sposobem w jaki reagują na tę samą realność (no właśnie - czy na pewno tę samą?) inni ludzie.

Zastanówmy się teraz czy przypadkiem istotnym składnikiem skutecznego przekazu politycznego nie jest właśnie odzwierciedlenie? Społecznych emocji, obaw, lęków, oczekiwań, nadziei, frustracji, zawodów, poczucia sprawiedliwości, dysonansu, a wreszcie - złości, agresji, niezadowolenia? I czy aby nie na tym właśnie opiera się zaskakujące powodzenie projektu Jarosława Kaczyńskiego? Na adekwatnym rozpoznaniu zbiorowych nastrojów i stworzenia zarówno języka, jak i przestrzeni, w obrębie których mogły one zostać uznane i dopuszczone do głosu?

Problem w tym, że proponowane przez PiS rozwiązania prowadzą w wielu obszarach do zdecydowanie destrukcyjnych zjawisk. A częściowo trafnie zdiagnozowane pęknięcie, niewypowiedziany i nienazwany w pełni konflikt trawiący polskie społeczeństwo, tylko się pod rządami tej ekipy pogłębia i radykalizuje.

Być może jednak są to właśnie efekty długotrwałego braku odzwierciedlenia doświadczeń i emocji znacznej części polskiego społeczeństwa? Latami przekonywanej o bezalternatywności neoliberalnej polityki gospodarczej, bezapelacyjnym sukcesie transformacji i ogólnym nieudacznictwie wszystkich, którzy czują się w nowej Polsce nieswojo, nie na miejscu, albo bez środków niezbędnych do elementarnie godnego życia. Może radykalizm i agresja PiS - oraz aprobata jaką wciąż znajdują u rzesz wyborców i wyborczyń - to rodzaj skrajnej reakcji równoważącej długoletni paraliż i brak przestrzeni do wypowiedzenia własnych obaw, lęków i zmartwień bez ryzyka bycia wyśmianym albo sprowadzonym do poziomu lenia, nieudacznika, albo ciemnogrodu?

Podkreślam = tego rodzaju interpretacja w żadnym razie nie usprawiedliwia przemocy i agresji, której w języku i działaniach PiS jest mnóstwo, a jedynie próbuje zrozumieć ich naturę i źródła.

Co powinny zrobić środowiska liberalne?

Na czym jednak miałoby w praktyce polegać odzwierciedlenie w wydaniu dzisiejszej opozycji? Wiem, że to zabrzmi jak herezja, ale trudno: choćby na adresowanym do wyborców PiS komunikacie, że się ich decyzje o zagłosowaniu właśnie na tę partię w pełni rozumie. Że była ona uzasadniona, bo stojące u jej podstaw obawy i doświadczenia - wykluczenia ekonomicznego i symbolicznego, poczucia, że się jest przez innych traktowanym protekcjonalnie i wyższościowo, lęku przed kulturowymi zmianami obyczajowymi, skutkami kryzysu gospodarczego i imigracyjnego - są realne i zrozumiałe. Żyjemy w społeczeństwie o najwyższym wskaźniku nierówności społecznych w całej Unii Europejskiej, w kraju mocującym się z nieprzepracowanym dziedzictwem pańszczyzny, w którym kwestie dystrybucji prestiżu są absolutnie pierwszorzędne, a napięcie pomiędzy finansowymi i kulturowymi elitami, a tzw. ludem nieustannie obecne. Dodatkowo współczesność to czas permanentnego kryzysu - dotychczasowych strategii funkcjonowania zachodnich demokracji, systemu ekonomicznego, a wreszcie wartości liberalnych i poczucia wspólnoty. O źródłach tego zjawiska napisano już - i pisze się wciąż - mnóstwo sążnistych dzieł, niewątpliwie jednak międzynarodowy rozkwit prawicowego populizmu jest na nie jakąś odpowiedzią. Dotychczasowa formuła zachodnich liberalnych demokracji okazała się po prostu pod wieloma względami zawodna - i trzeba poszukać innej, zamiast uporczywie czepiać się czegoś, co nieodwołalnie przeminęło.

Środowiska liberalne powinny zatem wypracować odpowiedni język i narzędzia do sformułowania sensownej alternatywy dla populistów. Ale zanim to zrobią muszą przede wszystkim - i tu wracamy do początku niniejszego wywodu - zrozumieć dlaczego przegrały. Co zrobiły źle i w jakich kwestiach - przynajmniej jeśli chodzi o diagnozę - rację mają ich polityczni przeciwnicy. Muszą więc - w polskich realiach - w jakimś sensie wyobrazić sobie jak to jest być wyborcą PiS i uznać ten wybór za pewną dostępną i uzasadnioną możliwość, a nie za eksces charakteryzujący wyłącznie kogoś złego albo niespełna rozumu.

Dopiero taka - karkołomna na pierwszy rzut oka operacja - może sprawić, że staną się zdolni do zbudowania skutecznej alternatywy dla propozycji Kaczyńskiego.

Niestety wiele wskazuje, że będzie trzeba na to poczekać jeszcze dobrych kilka lat.

Pobierz Aplikację TOK FM, słuchaj i testuj przez dwa tygodnie za darmo:

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM