Chaos wyborczy za granicą. Ilu Polakom uniemożliwiono głosowanie? "Mogło przepaść 55-60 tysięcy głosów"

Część wyborców głosujących korespondencyjnie za granicą nie dostała pakietów wyborczych, inni dostali je w ostatniej chwili i nie mogli odesłać na czas do komisji. W środę sprawą zajmie się Senacka Komisja Spraw Zagranicznych. Tymczasem MSZ zapewnia, że doniesienia o skali problemu są przesadzone.
Zobacz wideo

W Londynie część wyborców nie dostała pakietów wyborczych, które umożliwiały głosowanie korespondencyjne. Niektórzy z nich przyjechali w niedzielę do konsulatu w nadziei, że będą mogli oddać głos osobiście. Jedną z takich osób jest Ewa Stępniewska-Wells. - Rozmawiałam z pracownikiem konsulatu. Pytałam, czy jest jakaś możliwość wzięcia udziału w wyborach pomimo tego, że nie otrzymałam pakietu pocztą. Niestety, takiej możliwości nie było. Frustracja we mnie była ogromna - mówi pani Ewa. Jak dodaje, odebrano jej w ten sposób prawo wyborcze. Od razu złożyła skargę. 

Sztab Rafała Trzaskowskiego na zagranicę na podstawie liczby wysłanych pakietów i oddanych głosów wyliczył, ile pakietów mogło "przepaść". Jak przekazał nam jego koordynator, Krzysztof Lisek, może chodzić o ok. 15 procent pakietów, czyli ok. 55-60 tysięcy głosów.

Niektórzy swoje pakiety co prawda dostali, ale tak późno, że nie mieliby szans odesłać je pocztą w wymaganym terminie. Pomagał im Kamil Arendt ze swoją ekipą. Pisaliśmy o tym - pan Kamil powołał tymczasową "firmę kurierską" i społecznie, w ramach walki o demokrację, wspólnie z kurierami odbierał pakiety od wyborców z Londynu i okolic, by dotarły do konsulatu na czas. W niedzielę natomiast stał przed konsulatem i pomagał wszystkim wyborcom, którzy przyjeżdżali, by samodzielnie wrzucić swój pakiet do urny. Takiej możliwości - zgodnie z wytycznymi - nie było, głosy wyborców przekazywać komisji mogli wyłącznie poczta i kurierzy.

- Po audycji w TOK FM, w której gościłem, odezwały się kolejne osoby do pomocy i jeszcze więcej proszących o pomoc. I akcja eksplodowała. Pomogliśmy w sumie około 400 wyborcom - mówi pan Kamil. Część przedstawicieli Polonii była z tego tak zadowolona, że w podziękowaniu przekazywali kurierom podarunki - własnoręcznie upieczone ciasto, wino czy ręcznie robioną biżuterię.

Byli i tacy, którzy nie mogli uwierzyć w dobre intencje pomysłodawców przedsięwzięcia. - W końcu w pakietach były też ich dane osobowe i głosy, więc trudno się dziwić tym obawom. Pojawiła się też frustracja - jak to możliwe, że państwo polskie tak utrudnia swoim obywatelom, mieszkającym za granicą, skorzystanie z praw wyborczych? - mówi Kamil Arendt. Deklaruje, że prawdopodobnie będzie pomagał także przy drugiej turze wyborów.

Posłuchaj podcastu!

Problemy z pakietami wyborczymi to nie wszystko. W poniedziałek wyborcy przebywający za granicą nie mogli się zarejestrować, by głosować w drugiej turze. - Uruchomiono zapisy na drugą turę dla osób, które nie zdążyły się zapisać na pierwszą. Termin do północy, a teraz strona nie działa. Fajne, nie? - pisał do nas pan Max z Londynu. Takich głosów było dużo:

Mimo problemów technicznych, na drugą turę do głosowania korespondencyjnego za granicą zarejestrowało się blisko 516 tysięcy Polaków. To zdecydowanie więcej niż przy pierwszej turze - o około 140 tysięcy osób.

O trudnościach, jakie napotkali wyborcy za granicą ma rozmawiać senacka Komisja Spraw Zagranicznych, zwołana przez senatora Bogdana Klicha. "Zajmiemy się tym kolejnym skandalem wyborczym podczas Komisji Spraw Zagranicznych, którą zwołałem na środę rano" - napisał senator na Twitterze.

Stanowisko MSZ

Wiceminister spraw zagranicznych Piotr Wawrzyk poinformował, że w wyborach zagłosowało 86,67 proc. osób, które zgłosiły, że chcą głosować poza Polską. Jak dodał, jest to o około 6 punktów proc. wyższa frekwencja niż podczas pierwszej tury wyborów prezydenckich w 2015 r.

Wawrzyk podkreślał, że frekwencja wśród osób głosujących korespondencyjnie była podobna, jak wśród głosujących osobiści. - Stąd też teza o tym, że rzekomo były ogromne kłopoty, że uniemożliwiono oddanie głosów mija się z faktami - ocenił.

Wawrzyk odniósł się także do awarii systemu elektronicznego, za pomocą którego wyborcy mogli dopisać się do spisu wyborców za granicą na głosowanie korespondencyjne w drugiej turze wyborów. - Ten system nie jest prowadzony na podstawie infrastruktury MSZ, odpowiedzialność za to ponosi dostawca usługi, jedna z firm telekomunikacyjnych. My sprawiliśmy, żeby jak najszybciej była możliwość ponownego dostępu do tego systemu - mówił wiceszef MSZ.

.Jak głosowali Polacy za granicą?

W Europie w poszczególnych państwach wygrał Rafał Trzaskowski. Dla przykładu: w Irlandii zdobył ponad 48 procent głosów, w Niemczech czy w Belgii ponad 52 procent, we Włoszech i we Francji ponad 46 procent, a w Portugalii ponad 60 procent.

Inaczej głosy rozłożyły się w Kanadzie i w USA - tu wybory wygrał Andrzej Duda, ale jak podkreślają komentatorzy, nie było to tak miażdżące zwycięstwo jak przy poprzednich wyborach. Co więcej, były konsulaty, w których zwycięstwo odnotował Rafał Trzaskowski - m.in. z Waszyngtonie czy Ottawie - informuje na Twitterze Krzysztof Lisek, koordynator wyborów za granicą z ramienia sztabu Trzaskowskiego.

Nie wszędzie były problemy z głosowaniem. Tam gdzie można było głosować osobiście, w lokalu, większych problemów nie odnotowano. Tak było m.in. w Danii. W Kopenhadze w komisji wyborczej pracowała Katarzyna Szczygieł. Jak mówi, ze względów epidemicznych wybory zorganizowano nie w ambasadzie, ale w dużej hali sportowej. - Były barierki, które wyznaczały drogę, jak na lotnisku. Na podłodze poprzyklejano strzałki, by ludzie wiedzieli, jak się kierować do komisji wyborczej, by złożyć podpis i odebrać kartę do głosowania, potem oddać głos, wrzucić go do urny i skierować się bezpośrednio do wyjścia - mówi Katarzyna Szczygieł. 

DOSTĘP PREMIUM