Wybory nie dla każdego? Poruszający się na wózku pan Tomasz mógł zagłosować, dopiero gdy pomogli mu policjanci

Pan Tomasz przyjechał do komisji wspólnie z żoną. Był na ciężkim, elektrycznym wózku. W szkole, w której mieścił się lokal wyborczy, jest kilka schodków. Nie było szans, by wózek dostał się na górę. Przewodniczący komisji wyborczej oświadczył, że w tej sytuacji na głosowanie nie ma szans. Bo nikt nie będzie zanosił wyborcy karty do głosowania.
Zobacz wideo

- Pójście na wybory dla większości obywateli to dobrowolny obowiązek. Jestem osobą niepełnosprawną, ale posiadanie kół pod sobą pozwala mi przemieszczać się tam, gdzie potrzebuję. Wypraw np. w góry się nie podejmuję, bo znam swoje możliwości. Ale wydaje mi się, że odwiedziny komisji wyborczej w pobliskiej szkole nie powinny być szczególnym kłopotem. Byłem w niej niejeden raz i nigdy - aż do niedzieli - nie miałem problemu z oddaniem głosu - mówi nam Tomasz Osóbka.

Chodzi o komisję nr 619 przy ul. Dzieci Warszawy w warszawskiej dzielnicy Ursus. Pan Tomasz, osoba z czterokończynowym porażeniem, głosuje tu z żoną od lat. Zwykle ktoś z komisji po prostu znosił kartę do głosowania po znajdujących się w budynku schodach. Co ważne, schody są w zasięgu wzroku członków komisji. Dzięki takiemu wsparciu pan Tomasz mógł zagłosować, po czym jego żona - w asyście kogoś z komisji - wrzucała kartkę do urny.

Tym razem przewodniczący komisji nie wyraził zgody na pomoc niepełnosprawnemu wyborcy.

Małżonkowie wrócili więc do domu, by zmienić wózek na zwykły, lżejszy. - Jednocześnie postanowiłam zadzwonić na policję i zawiadomić ją, że przewodniczący komisji uniemożliwia mężowi - ze względu na jego niepełnosprawność - wzięcie udziału w wyborach - wspomina Monika Osóbka.

Gdy małżeństwo wróciło na lżejszym wózku, przed siedzibą komisji byli już policjanci. Ostatecznie wnieśli pana Tomasza razem z wózkiem na górę, by mógł oddać swój głos. - Przewodniczący komisji przywitał mnie informacją, że skoro nie wejdę po schodach, nie mam możliwości głosowania. Powiedział, że mogę głosować w drugiej turze, jeśli przepiszę się do dostępnej dla niepełnosprawnych komisji. Rzucił jeszcze pomysłem o zrobieniu pełnomocnictwa na żonę - relacjonuje pan Tomasz. - Nie miałem siły dyskutować z panem, bo trudno mi było oddychać w maseczce, najzwyczajniej było mi słabo. Uczucie wstydu, zrezygnowania to chyba najlepszy opis tego, co miałem w myślach. Bariera ludzka była większa niż schody, które dzieliły mnie od komisji - dodaje nasz rozmówca.

Policjanci nie tylko pomogli niepełnosprawnemu mężczyźnie, lecz także spisali przewodniczącego komisji wyborczej. Funkcjonariusze powiedzieli mu wprost, że przecież łatwiej było znieść kartę do głosowania i umożliwić oddanie głosu niż wnosić pana Tomasza. - Mogło się przecież coś stać, ktoś mógłby się np. poślizgnąć, mąż mógł spaść z tych schodów. Zresztą i tak zaczęło mu się robić słabo, bo był w maseczce, a jeszcze się zdenerwował - mówi żona Tomasza Osóbki. - Żona dzwoniła do naczelniczki z Urzędu Dzielnicy, burmistrz dzwonił do przewodniczącego, ale jego "nie" było murem nie do przebicia. Uwaga innych wyborców bynajmniej nie ominęła mojej osoby i tak zamiast dyskrecji był tylko wstyd. Takie sytuacje uzmysławiają, że osoba niepełnosprawna zawsze jest gorszym obywatelem. Od wielu lat pracuję, płacę podatki i nadal, jak widać, jestem na marginesie - podkreśla mężczyzna.

Rodzina po tym, co się wydarzyło, zamierza o wszystkim zawiadomić nie tylko prokuraturę, lecz także Rzecznika Praw Obywatelskich oraz Rzecznika Osób z Niepełnosprawnościami. - Nie rozumiem tego, co się wydarzyło! Każdy może być na moim miejscu i sama świadomość tego powinna budzić pewien rodzaj empatii. Zmiany w mentalności niektórych osób to jeszcze długi proces. Niestety. Tylko na prośbę żony nie zrezygnowałem z głosowania - podsumowuje nasz rozmówca.

DOSTĘP PREMIUM