Tomasz Stawiszyński: Plebiscyt w dwóch światach

"Nie mam pojęcia, czy da się wybrnąć z tego gigantycznego komunikacyjnego i egzystencjalnego kryzysu, w jakim pogrążone są polska klasa polityczna i polskie społeczeństwo. Jestem natomiast przekonany, że jeśli ten proces nie zostanie zastopowany, jeśli radykalizacja będzie się nadal pogłębiać, a perspektywa rozmowy oddalać - prędzej czy później nastąpi jakaś tragedia. Po prostu - w takiej postaci to dalej nie może trwać. Nie ma takiej możliwości" - pisze Tomasz Stawiszyński.
Zobacz wideo

Czy debata prezydencka jednak się odbędzie? Mam na myśli prawdziwą debatę prezydencką, w której Andrzej Duda i Rafał Trzaskowski będą ze sobą rozmawiać, nie zaś jej zaprezentowaną wczoraj wersję operetkowo-karykaturalną, czyli dwie "debaty", w Lesznie i w Końskich, w których kandydaci wystąpili zupełnie osobno.

Nic na to nie wskazuje. Ani wypowiedzi oraz działania obu pretendentów i ich sztabów, ani też logika polskiego życia publicznego, która od dawna, a w trybie przyspieszonym mniej więcej od dekady, prowadzi nas do stanu najczystszego manichejskiego dualizmu. Radykalizujący się nieustannie podział, definiowanie przeciwnika jako wcielenia zła absolutnego, niemożliwość i niezdolność do jakiegokolwiek dialogu, który nie byłby pojedynkiem na inwektywy i oskarżenia - wszystko to wywołuje wrażenie, że może faktycznie, nie ma rady, żyjemy już w dwóch odrębnych światach. A wąski przesmyk, który niegdyś jeszcze je łączył, to rzewna melodia przeszłości. Cóż, jeśli faktycznie mamy dziś w Polsce kryzys demokracji, to właśnie te dwa wczorajsze równoległe monologi są tego najwymowniejszym przejawem.

***

Dlaczego? Dlatego, że zamiast wyborów - instytucji w ustrojach demokratycznych zasadniczej - mamy tu nieledwie plebiscyt, do którego przygotowania rozgrywają się symultanicznie wewnątrz tych dwóch zamkniętych i starannie od siebie odseparowanych kosmosów. Ich mieszkanki i mieszkańcy praktycznie się ze sobą nie stykają, operują co najwyżej jakimiś wzajemnymi przedstawieniami, karykaturalnymi i niewiele mającymi wspólnego z rzeczywistością. Dwaj główni kandydaci zaś poddają się nawzajem ścisłej kwarantannie. Przemawiają wyłącznie do swoich i rozmawiają wyłącznie ze swoimi.

Ta sytuacja ma oczywiście liczne plusy. Oto choćby pierwszy z brzegu - nie trzeba nikogo do niczego przekonywać. Nie trzeba w żaden szczególny sposób argumentować swojego stanowiska. A co najważniejsze - nie trzeba ani konfrontować się ze słabymi stronami własnych poglądów, ani też liczyć się z ryzykiem, że przeciwnik nie okaże się wcale tak przerażający i nieludzki jak się go przed tłumem swoich zwolenników odmalowuje. Można zatem spokojnie mówić, a raczej wykrzykiwać, co tylko podpowie ogarnięta płomieniem politycznego wzmożenia wyobraźnia, można także bez najdrobniejszych zahamowań przypisywać swojemu przeciwnikowi jak najgorsze intencje, jak również poglądy tyleż w uszach własnych zwolenników złowrogie, ile radośnie wprost absurdalne.

Tym sposobem, nie tylko w umyśle kandydata, ale także w zbiorowym umyśle jego zdeklarowanych wielbicieli, kontrkandydat stopniowo traci wszelką realność. Staje się - w miarę upływu czasu - jedną wielką fantasmagorią. Lepionym wspólnymi siłami bałwanem, którego bałwanie ciało mieści w sobie wszelkie najgorsze ludzkie i nieludzkie cechy, poglądy oraz emocje.

Przy czym ów bałwan - to oczywiste - reprezentuje także wszystkich, którzy zamierzają na niego głosować. I z którymi również - to oczywiste - się nie rozmawia, bo przecież reprezentują siły wrogie i groźne. No i całkowicie niezdolne do jakiegokolwiek dialogu.

***

Wiele dyskusji poświęcono w ostatnich latach niepokojącemu zjawisku przenoszenia się różnych negatywnych aspektów świata realnego wprost do wirtualu, w szczególności do portali społecznościowych. Przyglądając się kampanii prezydenckiej w Polsce, A.D. 2020, można odnieść wrażenie zgoła odwrotne - to realny świat staje się w coraz większym stopniu wirtualny. Facebook - niczym wzburzony bezkresny ocean - występuje ze swoich brzegów, przez miliony komputerowych ekranów uwalnia się z elektronicznego zbiornika, rozlewa na wsie, miasta, rynki, ryneczki, studia największych stacji telewizyjnych oraz, co najważniejsze, ciała i dusze ludzi, których napotyka na swojej drodze. Świat wirtualny i świat realny mieszają się ze sobą. Wszystkie charakterystyczne dla cyfrowych mediów zjawiska udzielają się sferze życia społecznego i politycznego.

Oto kilka najbardziej typowych. Bańki informacyjne, zamknięte gremia, w których dyskutuje się wyłącznie z podobnymi sobie, a tych, co myślą inaczej albo się banuje, albo uznaje za najwyższe zagrożenie. Algorytmy starannie chroniące użytkowniczki i użytkowników przed najdrobniejszym choćby dysonansem poznawczym, podsuwające wyłącznie materiały potwierdzające już wcześniej powzięte przekonania. Monologi podbijane lajkami oraz wyrazami aprobaty.

Nagle się okazało, że drugie co do ważności - zaraz po wyborach parlamentarnych - wydarzenie w polskim życiu politycznym rozgrywa się w świecie skonfigurowanym dokładnie w ten sposób.

***

Tym bardziej nieodpowiedzialne i niebezpieczne wydaje się opieranie PiS-owskiej narracji na zohydzaniu osób o innej niż większościowa orientacji seksualnej. Uruchamianie najbardziej pierwotnych mechanizmów paniki moralnej, której ostrze nakierowane jest na konkretną grupę społeczną - uznawaną za powszechne zagrożenie dla publicznego porządku i publicznej moralności - prowadzi, już nie raz w historii dawnej i teraźniejszej doprowadziło, do tragedii. Powtarzające się w ostatnich dniach przypadki fizycznej i werbalnej agresji wobec osób LGBT są najlepszym dowodem na to, że rzucając w powietrze kilka nacechowanych emocjonalnie zdań, można uruchomić spiralę, której nie da się już później zatrzymać. Zwłaszcza że zwirtualizowany świat, w którym obcujemy nie tyle z realnymi ludźmi, ile z naszymi wyobrażeniami na ich temat - odpowiednio: wyidealizowanymi albo zohydzonymi, w każdym przypadku jednak równie odrealnionymi - jest środowiskiem wybitnie sprzyjającym przemocy.

Daję głowę, że większość ludzi, którzy plują jadem pod adresem gejów i lesbijek, nigdy nie miało okazji, żeby z kimś o takiej orientacji seksualnej choćby porozmawiać. Żeby się z kimś takim spotkać, zobaczyć, jak żyje, zobaczyć, że jest dokładnie takim samym człowiekiem jak oni - przemijającym, bezradnym wobec starzenia się, słabości i śmierci, pragnącym kochać i być kochanym. Zamiast żywych ludzi o określonych biografiach, osobowościach, upodobaniach, emocjach, obawach i lękach, w umyśle tych wszystkich rozwścieczonych prawdziwych Polaków i katolików bytują jakieś surrealne plugawe monstra, zainstalowane tam przez propagandę polityczną, a następnie wykarmione podsycanymi nieustająco lękami i fantazmatami. Nierzeczywiste, ale bardzo skutecznie podszywające się pod rzeczywistość. I generujące - niestety - równie rzeczywiste emocje.

***

Zanik możliwości rozmowy to autentyczne niebezpieczeństwo. Osuwając się w przekonanie, że wyłącznie moje stanowisko jest wartościowe i legalne, że droga, po której kroczę, jest jedyną możliwą drogą, tracę jakąkolwiek potrzebę dialogu. W ten sposób z mojego pola widzenia znika podstawowe narzędzie wypracowywania konsensusu społecznego, negocjowania kształtu przestrzeni publicznej, wartości, wokół których budowane ma być życie moje i innych.

Tam, gdzie nie ma dialogu, tam nie ma gotowości do modyfikacji własnego stanowiska, korekty własnego sposobu myślenia i widzenia świata, uznania, że ktoś inny może na pewne kwestie patrzeć inaczej. Gdzie zaś nie ma tego wszystkiego, tam możliwe są wyłącznie rozwiązania siłowe. Tertium non datur, może przejść albo jedno, albo drugie stanowisko, albo jedna, albo druga opcja, albo jedna, albo druga wizja. Światło albo ciemność, Bóg albo Szatan, raj albo Sodoma, kosmos albo chaos. Przy takich parametrach ostatecznie wygra nie to stanowisko, które jest lepiej uargumentowane, nie to, za którym stoją lepsze merytoryczne i moralne racje, ale to, za którym stoi silniejsza ekipa. Silniejsza, to znaczy taka, która potrafi skuteczniej perswadować, czyli wzbudzać w ludziach przekonanie, że jest bliżej prawdy. Czy zaś faktycznie jest, czy nie - to już nie ma znaczenia, bowiem tam, gdzie nie istnieją żadne obiektywne kryteria, którym wszyscy zgadzają się podporządkować, tam pojęcie prawdy całkowicie traci sens. I liczy się już tylko siła.

***

Owszem, z takiego kształtu sfery publicznej z pewnością niektórzy będą zadowoleni. W szczególności - wygrani. Problem polega tylko na tym - i dobrze, jeśli to sobie uświadomimy, choć przecież wydaje się to zupełnie oczywiste - że po wygranej Andrzeja Dudy wszyscy ci, którzy z wielu powodów nie czują się komfortowo w Polsce rządzonej przez PiS, nagle się nie zdematerializują. Przeciwnie, pozostaną na swoich miejscach. Podobnie po wygranej Rafała Trzaskowskiego wszyscy ci, którzy w Polsce rządzonej przez PiS czują się dobrze, także nie znikną. Bynajmniej.

Czy dla tych dwóch ogromnych politycznych obozów, dla ich zwolenniczek i zwolenników, modelem współistnienia z osobami o odmiennych przekonaniach, ma być ta całkowita atrofia normalnej komunikacji, którą obnażyła tocząca się wciąż kampania wyborcza?

Naprawdę?

I czy rozmowa jest aż taka trudna? Czy założenie, że niekoniecznie muszę mieć stuprocentową rację, bo mogę się mylić, uznanie, że mój przeciwnik nie jest wcielonym Szatanem, czy to wymaga aż tak straszliwych wyrzeczeń, że jest zgoła niemożliwe do osiągnięcia? Czy to jest aż tak gigantyczny wysiłek poznawczy i psychologiczny: dopuszczenie do siebie myśli, że mój obraz osób o odmiennym stylu życia i odmiennych przekonaniach niż moje, niekiedy więcej mówi o moich lękach i uprzedzeniach, aniżeli o tym, jak te osoby faktycznie żyją i widzą świat?

***

Nie mam pojęcia, czy da się wybrnąć z tego gigantycznego komunikacyjnego i egzystencjalnego kryzysu, w jakim pogrążone są polska klasa polityczna i polskie społeczeństwo.

Jestem natomiast przekonany, że jeśli ten proces nie zostanie zastopowany, jeśli radykalizacja będzie się nadal pogłębiać, a perspektywa rozmowy oddalać - prędzej czy później nastąpi jakaś tragedia. Po prostu - w takiej postaci to dalej nie może trwać. Nie ma takiej możliwości.

Posłuchaj podcastu: 

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM