Rekordowa frekwencja to wcale nie jest powód do radości? "To strach zaprowadził ludzi do urn"

- Wiadomo, powinniśmy się cieszyć, ale zwróćmy uwagę, do jakiego natężenia konfliktu musieliśmy doprowadzić, żeby osiągnąć taki efekt - tak o rekordowej frekwencji wyborczej mówił w TOK FM Marcin Duma z Ibrisu.
Zobacz wideo

Według sondażu exit poll Ipsos dla TVN, TVP i Polsatu frekwencja w drugiej turze wyborów wyniosła rekordowe 68,9 proc. To więcej niż oficjalna frekwencja podczas pierwszego głosowania 28 czerwca. Dwa tygodnie temu do urn poszło 64,51 proc. badanych. To również najwięcej w historii wszystkich głosowań w III RP - do tej pory najwyższa frekwencja została zanotowana w II turze wyborów prezydenckich w 1995 roku, kiedy to Aleksander Kwaśniewski zwyciężył przy frekwencji 68,23 proc. 

Zdaniem Marcina Dumy z Ibrisu rekordowa frekwencja w obecnej sytuacji nie jest do końca powodem do dumy. - Wiadomo, powinniśmy się cieszyć, ale zwróćmy uwagę, do jakiego natężenia konfliktu musieliśmy doprowadzić, żeby osiągnąć taki efekt - mówił Duma. W jego opinii to, że 70 procent Polaków poszło do urn w niedzielę, nie jest zasługą "pozytywnej kampanii" kandydatów ani poczucia odpowiedzialności za państwo u wyborców. - To strach zaprowadził ludzi do urn zarówno z jednej, jak i z drugiej strony. Sztaby karmiły nim swoje elektoraty - ocenił gość "Sabatu symetrystów". Grzegorz Sroczyński oponował. Stwierdził, że choć kampania była ostra, to jednak strona opozycyjna uciekała przed "straszeniem PiS".

Według Dumy kluczowy był dość łatwy wybór między kandydatami. - Albo czarne, albo białe. Nie trzeba było niuansować. Baśniowy, epicki wybór, ostateczna walka. Wiadomo, wybory do Sejmu to lista, logotyp i to wszystko. Tutaj mamy człowieka, który uosabia cechy i wartości, a do pewnego stopnia konkretną Polskę - odpowiadał gość TOK FM.

Z kolei zdaniem Zuzanny Dąbrowskiej z "Rzeczpospolitej" to poczucie niepewności było dopalaczem frekwencyjnego rekordu. - Ten wiszący w powietrzu kryzys związany z pandemią. Zostaliśmy skutecznie postraszeni, a zagrożenia są realne - mówiła dziennikarka.

Duma precyzował, na czym polegają te lęki, które budowały ostatnią kampanię wyborczą. - Część Polski bała się o swoje bezpieczeństwo, o to, czy państwo ich ochroni, a symbolem tego jest właśnie Andrzej Duda. A druga grupa, młodsza od tej pierwszej, poczuła się zagrożona tym, że państwo łatwo może im odebrać wolność, którą tak sobie cenią. To były te dwa strachy, które się skumulowały i pchały ludzi do urn, choć różne grupy w innym celu - podsumowywał szef Ibrisu.

Posłuchaj podcastu!

DOSTĘP PREMIUM