Tomasz Stawiszyński: Jak odebrać monopol prawicy

Mniej więcej dwa procent różnicy to naprawdę niewiele, zwłaszcza przy tak ogromnej, rekordowej frekwencji.
Zobacz wideo

Mniej więcej dwa procent różnicy to jest wynik, który mógłby być inny, gdyby, dajmy na to, wystąpiły znienacka jakieś losowe okoliczności. Ot, Andrzej Duda popełniłby jakieś faux pas, albo Jarosław Kaczyński po raz kolejny straciłby nad sobą panowanie – i w niedzielę cieszono by się w innym sztabie.

Oczywiście, Duda wygrał i pozostanie prezydentem niezależnie od tego czy chodziłoby o dwa czy o trzydzieści procent, ale wymiar symboliczno-psychologiczny jest tutaj jednak bardzo istotny. Wbrew temu, co się powszechnie uważa – że mianowicie Jarosław Kaczyński dąży do osiągnięcia w Polsce władzy absolutnej, do zaprowadzenia reżimu totalitarnego – sądzę, że zasadniczą legitymizację dla impetycznego stylu „dobrej zmiany” czerpie on z głębokiego przekonania, że poza nieliczną grupą, złożoną z wielkomiejskich kulturalno-finansowych elit, popiera go znakomita większość społeczeństwa. Łączy się to spójnie także z jego niegdysiejszą słynną deklaracją, że najbardziej chciałby zostać „emerytowanym zbawcą narodu” . Jeśli potraktować ją poważnie i założyć, że jest wciąż aktualna – wynika z niej raczej, że naród powinien swojego zbawcę kochać i popierać dobrowolnie, a nie pod przymusem. Dzieło zbawcze dokonywane siłą? To wszak sprzeczność wewnętrzna, choć oczywiście w historii paru takich przymusowych „zbawców” bez trudu dałoby się znaleźć…

Mówiąc już jednak całkiem poważnie – wygrana o włos to okoliczność zupełnie odmienna niż wygrana masywna. Przede wszystkim w sensie psychologicznym. Tego rodzaju sytuacja przynosi świadomość, że istnieje w polskim społeczeństwie potężna – i wyraźnie rosnąca – grupa ludzi, którzy ze sposobu i stylu rządzenia PiS-u są bardzo niezadowoleni. I że prędzej czy później, jeśli nic się nie zmieni, szala może przechylić się na drugą stronę.

Jeśli Kaczyński wyciągnie z tego realne wnioski, tak jak wyciągnął wnioski z porażki w 2007 i w 2011 roku, można spodziewać się w najbliższym czasie raczej złagodzenia kursu, a nie totalnej radykalizacji – jak się tego obawia wielu komentatorów i komentatorek. Raczej ustępstw na rzecz elektoratu przeciwnika, a nie zrażania do siebie także tych, którzy z jakichś powodów w tych wyborach udziału nie wzięli.

Z drugiej strony – jest w PiS-owskim totalizmie, w tym całkowitym poczuciu własnej słuszności, w tej niezdolności do uznania, że nie wszyscy myślą tak samo, i że rządząc krajem należy uwzględniać także opinię osób o zupełnie odmiennych światopoglądach oraz przekonaniach, otóż jest w tym wszystkim coś ślepego, narcystycznego i autodestrukcyjnego.

I dlatego równie dobrze można sobie wyobrazić zaostrzenie, a nie odwilż. Wtedy jednak porażka PiS w wyborach parlamentarnych 2023 roku wydaje się więcej niż pewna. O ile oczywiście opozycja nie będzie zarazem kontynuowała strategii, która poczynając od 2015 roku przynosi jej same porażki, i która nie zdała egzaminu także w ostatnią niedzielę. 

***

Zwycięstwo Andrzeja Dudy pokazuje bardzo wyraźnie, co z całą pewnością nie działa.

Nie działa mianowicie opowieść o wyborze pomiędzy fajną, otwartą, tolerancyjną, europejską i światową Polską a Polską zamkniętą, nietolerancyjną i ksenofobiczną. Nie działa także opowieść o rządzie PiS jako władzy totalitarnej, która rządzi de facto w sposób nielegalny, bo dokonała wielopoziomowego zamachu na centralne instytucje demokratycznego państwa. I którą należy w trybie natychmiastowym zdezaktywować, a w ogóle to przecież wszystko musiał być jakiś wypadek przy pracy, bo każdy rozsądny człowiek gołym okiem widzi, że u sterów państwa stanęli pięć lat temu ludzie nieodpowiedzialni i ewidentnie działający ze złej woli.

Rafał Trzaskowski intensywnie odwoływał się w swoich wystąpieniach do takiej właśnie retoryki, ale nie przyniosło mu to zwycięstwa. Podobnie jak w kilku poprzednich wyborach nie przyniosło to zwycięstwa żadnemu opozycyjnemu ugrupowaniu. Każdy solidny rachunek sumienia w tej kwestii – a być może kolejna porażka jednak do takiego rachunku przedstawicieli opozycji skłoni – musi zakończyć się konstatacją, że czas już powiedzieć sobie dość. I przestać głosić tego rodzaju tezy, a w każdym razie postarać także o jakieś inne. Te pierwsze zaś przemieścić gdzieś dalej, nie zaś czynić z nich czoło własnej politycznej propozycji.

Przeciwskuteczne są także wszelkie „analizy” nakazujące pośród wyborczyń i wyborców PiS-u widzieć wyłącznie ludzi moralnie podejrzanych, uciekających od wolności, ogólnie prymitywnych i niewyrafinowanych. Po pierwsze – to nieprawda, po drugie – to krzywdzące i niesprawiedliwe, po trzecie, wyższościowy dyskurs jest totalnie odstręczający i z pewnością nie przysporzy zwolenników spośród osób, które zostają w ten sposób zdefiniowane. Czy to się nam podoba, czy nie – ponad połowa obywatelek i obywateli tego kraju, daje już od dłuższego czasu wyraz temu, że pod rządami Prawa i Sprawiedliwości żyje im się na tyle dobrze, żeby regularnie optować za ich przedłużeniem. Budowanie całej swojej politycznej propozycji na jednostronnym przekazie, że Polska to kraj zniewolony, upadły i rządzony wyłącznie przez tyranicznie usposobionych nieudaczników, wywołuje w tych ludziach wrażenie – tak sobie wyobrażam – że mają do czynienia z ewidentną nieprawdą. Tak radykalny dysonans mogą zaś zredukować tylko w jeden sposób – nie traktując poważnie czegokolwiek, co płynie do nich od strony ugrupowań stosujących tego rodzaju retorykę. Nieustające powtarzanie z jak dalece nadużywającą wszelkich swoich uprawnień ekipą mamy do czynienia, z jak dalece naruszającą wszelkie cywilizowane reguły, spełnia więc dokładnie odwrotny do zamierzonego efekt – przekonanych zwolenników PiS odstręcza, tych zaś, którzy nie są PiS-u żywiołowymi przeciwnikami, bo nie postrzegają aktualnej sytuacji w takich czarnych barwach, może co najwyżej odstraszyć.

***

Nie od rzeczy jest zadać pytanie: dlaczego to już nie działa? Dlaczego retoryka przeciwstawiająca zamknięcie otwartości, ksenofobię europejskości i światowości, różnorodność jakiejś formie monokultury – dlaczego ta retoryka już nie działa?

Być może dlatego – to tylko robocza hipoteza – że w ostatniej dekadzie bez mała cały świat stał się miejscem niepewnym, niejednoznacznym i nieprzyjaznym. Różnorakie kryzysy – ekonomiczny, społeczny czy religijno-egzystencjalny, żeby wymienić tylko te najbardziej palące – rozmontowały poczucie bezpieczeństwa u całej rzeszy ludzi. Stopniowy upadek klasy średniej, bezrobocie, niepewność co do zarobków, niemożność pobieżnego choćby pomyślenia własnej przyszłości z powodu nieustannego lęku o teraźniejszość, kompletna atrofia instytucji państwowych, postępujące wraz z tymi wszystkimi procesami atomizacja i samotność, rosnące wskaźniki zapadalności na depresję, rosnące wskaźniki samobójstw. Oto garść szeregowych deskrypcji, które pojawiają się w niemal każdym socjologiczno-ekonomicznym opracowaniu dotyczącym współczesnych zachodnich społeczeństw. Tworzą one krajobraz, w którym zasadniczymi elementami organizującym całość są: lęk, niepewność i brak stabilności ekonomicznej. W wymiarze jednostkowym przynoszą one zanik poczucia własnej wartości i godności – we współczesnym świecie są one wszak fundamentalnie zestrojone z pozycją w społecznej hierarchii. Niekoniecznie bardzo wysoką – wystarczy jeśli po prostu przewidywalną i dającą bazowe bezpieczeństwo. 

Prawo i Sprawiedliwość – podobnie jak inne prawicowo-populistyczne ugrupowania w Europie i na świecie – trafnie zdiagnozowało emocjonalny krajobraz epoki. Rozpoznało, a następnie nazwało wiele spośród takich obaw, lęków i trudności, na których nie tylko uznanie, ale nawet wypowiedzenie, przez długi czas nie było przestrzeni w liberalnej wizji świata. Być może dlatego – nawiasem mówiąc – że przedstawiciele liberalnych elit, o czym na początku lat 90. pisał w „Buncie elit” Christopher Lasch, funkcjonowali i funkcjonują w takich obszarach struktury społecznej, której tego rodzaju niepokoje jeszcze do niedawna nie imały się albo wcale, albo w tylko w niewielkim stopniu.

***

A jednak sama trafna diagnoza nie wystarczy, potrzebna jest jeszcze sensownie obmyślana terapia. Tymczasem środki zaradcze proponowane przez PiS – oraz przez znaczną część zagranicznej populistycznej prawicy – okazują się pozorne albo wręcz przeciwskuteczne. Nie licząc kilku sensownych posunięć – na przykład uruchomienia w Polsce, po raz pierwszy od 1989 roku, instrumentów polityki społecznej, na czele z 500+ – praktyka tego ugrupowania polega w ogromnym stopniu na umiejętnym podsycaniu lęków i poczucia niepewności, a następnie występowaniu ze specjalnie przygotowanym rzekomym środkiem zaradczym. Miraże zagrażającej tradycyjnej rodzinie „ideologii LGBT”, albo inwazji uchodźców, którzy zamienią nadwiślańską krainę w islamską prowincję, doskonale wpasowują się w panoramę współczesnych obaw. Jeśli się potrafi skutecznie doprowadzić obywatelki i obywateli do przekonania, że niebezpieczeństwo jest właśnie takie, jak się je maluje, i że się jest jedynym ugrupowaniem, które gotowe jest stawać w ich obronie – ma się zapewniony sukces wyborczy. Na tym właśnie w znacznej mierze PiS zbudował swoją popularność i mocną pozycję.

Nie byłaby ona jednak ani taka mocna, ani taka trwała, gdyby narracja liberalno-lewicowa także potrafiła adekwatnie rozmaite lęki rozpoznać, uznać, a następnie sformułować urealniający je polityczny przekaz. Z licznych powodów – ich katalog wymieniłem już wcześniej, a dalece nie wyczerpują one tematu – ludzie przeżywają dzisiaj wiele rozmaitych lęków. Od egzystencjalno-ekonomicznych po kulturowo-tożsamościowe. Podczas gdy prawica im te lęki sprawnie odzwierciedla – to znaczy komunikuje, że ich doświadczenie jest ważne, realne i adekwatne – opcja liberalno-lewicowa bardzo często z automatu definiuje sam fakt występowania i komunikowania takich lęków jako dowód jakichś moralnych deficytów, braku empatii czy zacofania. Jeśli ktoś zatem obawia się, że ofensywa „ideologii LGBT”, którą zna wyłącznie z prawicowych mediów – bo realnej pary gejowskiej nigdy nie widział na oczy – i którą ogląda na odpowiednio zmontowanych migawkach z zagranicznych parad równości, zagrozi funkcjonowaniu jego rodziny, dostaje ze strony liberalnej wyłącznie komunikat, że jest homofobem i nie dorasta do światowych standardów moralnych. Czy w ten sposób stanie się bardziej skłonny do zmiany swojego stanowiska, czy też się w nim jeszcze intensywniej umocni? Odpowiedź jest oczywista. A właśnie na tym, że liberalno-lewicowa publiczność czuje się odeń lepsza i neguje jego obawy, wirtuozersko gra radykalna prawica, która z kolei skwapliwie mu ten lęk oraz poczucie, że tamci mają go za kogoś gorszego i głupszego, zmaksymalizuje. Następnie zaś przedstawi się jako jedyna siła zdolna postawić tamę zagrożeniu.

Po prostu, tego rodzaju postawy nie biorą się znikąd, często mają korzenie w sytuacji ekonomiczno-społecznej, jak również w braku realnego kontaktu z osobami o odmiennej orientacji seksualnej czy narodowości. Oraz w zupełnie naturalnym lęku przed jakąkolwiek zmianą status quo – współcześnie wzmacnianym przez chybotliwą sytuację na świecie. Adekwatne sformułowanie przekazu, który będzie uwzględniał realność tych obaw, a także umiał uczciwie skonfrontować się z własnymi ograniczeniami i ciemnymi aspektami, jest warunkiem koniecznym odebrania politycznego monopolu populistycznej prawicy.

Oczywiście, tryskających nienawiścią ludzi, których brutalne wypowiedzi i zachowania oglądaliśmy w ostatnich dniach w licznych materiałach wideo, zapewne nie da się w stu procentach doprowadzić do zmiany zdania. Ale też nikt chyba na serio w coś takiego nie wierzy – nie żyjemy i prawdopodobnie nigdy nie będziemy żyli w rzeczywistości idealnej. A jednak wielu takich, którzy ani o gejach, ani o innych mniejszościach nie mają tak naprawdę zielonego pojęcia, a którzy zostali uwiedzeni opowieścią o niebezpieczeństwie i metodach jego zażegnania – być może dałoby się przekonać do innego stanowiska, gdyby tylko podjąć z nimi podmiotową rozmowę. Nie da się jednak tego zrobić – powtórzę – wyłącznie komunikując im, że są gorsi i powinni być lepsi. Trzeba wykonać elementarny wysiłek i spróbować opowiedzieć im własną wizję świata, a następnie zaproponować konkretne rozwiązania. Na straty można ich spisać dopiero wtedy, jeśli nawet w obliczu takiej oferty okażą się nieprzejednani.

***

I jeszcze jedno. Nie można się uczyć na błędach, jeśli się ich nie popełnia. Nie popełnia się ich natomiast jeśli się źródeł własnej porażki upatruje w tym, kto wygrał. Refleksja nad przegraną musi wychodzić od przegranej, musi ją najpierw uznać i przyjąć.

A to jest oczywiście najtrudniejsze.

Posłuchaj podcastu!

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM