Elektroniczne języki. Za ich pomocą sprawdzisz, czy żywność jest zdrowa lub wino oryginalne

- Zamawiamy drinka w hotelu. Woda w kostkach lodu jest z kranu, więc może zawierać bakterie, po których nasze wakacje mogłyby się niemiło skończyć. Aby tego uniknąć, wkładamy do niej paseczek podłączony do smartfona i sprawdzamy - mówiła w TOK FM dr inż. Elżbieta Witkowska-Nery, która w swojej karierze naukowej zajmowała się elektronicznymi językami, używanymi m.in. do badania jakości produktów.
Zobacz wideo

Dr Witkowska-Nery jest naukowcem, który - jak sama o sobie mówi - stara się przybliżać wynalazki naukowe zwykłemu śmiertelnikowi. - Robiłam na przykład z papieru czujniki do badania glukozy - żeby były znacznie tańsze i, jeśli ktoś jest diabetykiem, żeby mógł sobie zbadać poziom glukozy bez konieczności pójścia do lekarza - mówiła na antenie TOK FM.

Jeden z wynalazków, którymi zajmowała się w swojej karierze dr Witkowska-Nery, to tzw. elektroniczne języki. To specjalne urządzenia, za pomocą których możemy sprawdzić m.in., czy woda, której chcemy się napić, jest do tego zdatna lub czy jedzenie, które zamierzamy zjeść, jest świeże i nam nie zaszkodzi.

- Zamawiamy drinka w hotelu all inclusive. Woda w kostkach lodu jest z kranu, więc może zawierać bakterie, po których nasze wakacje mogłyby się niemiło skończyć. Aby tego uniknąć, wkładamy do niej paseczek podłączony do smartfona i sprawdzamy. Jeśli nasz smartfon się uśmiecha i mówi, że wszystko jest ok, to dalej możemy się cieszyć swoimi wakacjami - wskazała w rozmowie z Cezarym Łasiczką dr Witkowska-Nery.

Magiczne paski elektrochemiczne

Jak to zatem działa? Elektroniczny język to nic innego jak zestaw czujników elektrochemicznych (paseczków metalu pokrytych różnymi substancjami), które trzeba odpowiednio "nauczyć" różnych smaków. Jeśli na przykład chcemy badać wodę, musimy do elektronicznego języka dostarczyć wcześniej próbki różnych rodzajów wód (mineralną, z kranu, z rzeki, z kałuży, itp.). Wszystko po to, aby zbudować mu odpowiednią "bazę wiedzy", na podstawie której elektroniczny język będzie później decydował, czy nasza woda jest dobra.

Sprzęt działa podobnie jak mózg człowieka. Jeśli czegoś próbujemy pierwszy raz (np. konkretnego rodzaju jabłek), to nie jesteśmy w stanie odróżnić, czy są to papierówki, czy jabłka ligol. Nabywamy tę umiejętność za którymś razem, jeśli już ten rodzaj poznamy (zasmakujemy go).

Za pomocą elektronicznych języków można badać nie tylko wodę, ale też na przykład jakość wina. - Możemy sprawdzić, czy ono rzeczywiście jest oryginalne i pochodzi z danego kraju. Możemy sprawdzić, czy whisky rzeczywiście była postarzana w dębowych beczkach, a nie słodzona karmelem - mówiła dr Witkowska-Nery. W podobny sposób można analizować żywność - czy jest świeża, czy nie zawiera pestycydów. - Elektroniczny język jest zwykle projektowany do konkretnego zastosowania, nie ma jednego uniwersalnego. Trzeba mieć po prostu próbki, za pomocą których będziemy uczyli nasz zestaw czujników - wskazała ekspertka.

Czujniki mogą być podpięte do smartfona i na nim wyświetlać informacje o danym produkcie.

Kto może korzystać z elektronicznych języków?

Wadą elektronicznych języków jest niestety fakt, iż komercyjne nie są dostępne dla osób indywidualnych. Są stosowane na ogół w dużych zakładach produkcyjnych lub farmaceutycznych. Służą m.in. do testowania jakości, "wyręczając" panel ekspertów. Jak mówiła dr Witkowska-Nery, takie rozwiązania są bardzo użyteczne. - Ludzie mają jednak ograniczoną możliwość testowania próbek, po kilku takich testach ich narządy zmysłów muszą trochę odpocząć. A taki elektroniczny język może być używany bez przerwy. To rozwiązanie jest też dużo tańsze - podkreślała.

- Mówi się, że system elektronicznych języków mógłby być wykorzystany do robotów gotujących, które są powoli wprowadzane na rynek. Taki robot mógłby dzięki temu lepiej przyprawiać potrawy - dopowiedziała.

Doktor przyznała, że bardzo jej zależy na tym, aby elektroniczne języki trafiały do osób indywidualnych, ale - jak dodała - do tego jest jeszcze daleka droga. Barierę stanowi m.in. finansowanie. - W Polsce trzeba mieć bardzo zaawansowany prototyp, żeby dostać na coś takiego pieniądze. Ja też musiałabym się zwolnić z pracy i poświęcać na to sto procent swojego czasu. W Stanach Zjednoczonych jest znacznie prościej, bo tam wystarczy pójść z pomysłem i już - mówiła.

Posłuchaj w Aplikacji TOK FM:

DOSTĘP PREMIUM