Katastrofalne pożary w Australii. "Niektóre rośliny i zwierzęta mogą zniknąć bezpowrotnie"

- Jest tak sucho, że miejsca normalnie wiecznie zielone, teraz płoną - mówiła na antenie TOK FM dr inż. Anna Wierzbicka z Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu. Ekspertka nie ma wątpliwości, że do pożarów w Australii przyczyniło się globalne ocieplenie.
Zobacz wideo

W pożarach buszu i lasów w Australii zginęło już co najmniej 17 osób; z najbardziej dotkniętej przez żywioł Nowej Południowej Walii trwa ewakuacja ludności, w południowo-wschodniej części stanu spłonęło 1 300 domów.

Skuteczną walkę z ogniem utrudniają wichury towarzyszące pożarom i temperatura przekraczająca 40 stopni Celsjusza. Szacuje się, że mogło zginąć 500 milionów ssaków, ptaków, gadów, może nawet całe gatunki.

Spłonął teren wielkości Belgii

Dr inż. Anna Wierzbicka z Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu w "Światopodglądzie" zwróciła uwagę, że pożary obejmują obecnie tereny, które raczej nie płonęły. - Lasy podzwrotnikowe, zwrotnikowe, równikowe, czyli miejsca, które zawsze były mokre. I tak jak mamy w Australii rośliny, dla których to jest naturalne, że w cyklu życia płoną, tak obecnie płoną te, dla których to nie jest stan naturalny. Jest tak sucho, że miejsca normalnie wiecznie zielone, teraz płoną - mówiła na antenie TOK FM. 

- To ogromna strata dla bioróżnorodności, oczywiście dopóki pożary się nie skończą, nie będziemy w stanie oszacować, ile zginęło zwierząt np. koali. Tego dokładnie nie wiadomo, dopóki to się nie skończy. Warto wiedzieć, że spłonął ogromny teren - wielkości Belgii - dodała. Według ekspertki od lasów może się okazać, że fizycznie ludzie nie będą w stanie wspomóc odbudowy tych ekosystemów, a przyrodzie będzie bardzo trudno się odrodzić, bo gatunki typowe dla regionu nie będą miały skąd napłynąć. - Należy pamiętać, że Australia jest osobną krainą zoogeograficzną, więc jak coś wyginie, to nie przyjdzie z innych obszarów. Tam nie ma takiej możliwości. Zwierzęta i rośliny są endemiczne. Jeżeli zginą w pożarach, to bezpowrotnie znikną z Ziemi - wyjaśniła Wierzbicka. 

Mieszkańcy Australii czekają na deszcz, a ten - jak zaznaczyła ekspertka - "jeśli dobrze pójdzie, przyjdzie w marcu". - Przez ocieplenie klimatu mamy zachwianie wielu procesów pogodowych, w tym tego kiedy pada i obserwujemy to także w Polsce, która jest po drugiej stronie świata. Wtedy, kiedy powinno w Australii padać, nie padało, jest susza, ogromna susza, gleba jest przesuszona, w momencie kiedy przychodzi lato jest bardzo źle. Wszelkie zmiany kumulują się w katastrofach naturalnych jak te pożary -  zaznaczyła Wierzbicka i dodała, że przyczyną katastrofy, którą obserwujemy, jest globalne ocieplenie.

Posłuchaj w Aplikacji TOK FM:

Przekroczyliśmy punkt krytyczny

Wątpliwości co do tego nie miał też Prof. Szymon Malinowski, fizyk atmosfery z Wydziału Fizyki Uniwersytetu Warszawskiego, gość Pawła Sulika w "Popołudniu" Radia TOK FM. - Australia zawsze była sucha, a wraz z postępującym globalnym ociepleniem narastają fale upałów i zmniejsza się ilość opadów, wszystko staje się coraz bardziej suche i pewnie przekroczyliśmy jakiś punkt krytyczny, za którym nie da się opanować tych pożarów. Im cieplej, a opadów tyle samo, tym szybciej cała szata roślinna się wysusza - mówił fizyk.

Wyjaśnił, że w Australii spalił się taki obszar lasu i buszu, który jest większy niż połowa wszystkich lasów w Polsce. - To jest coś, co może przemawia do wyobraźni. Chmura dymu z Australii dociera już do połowy Pacyfiku w stronę Przylądka Horn. Chmury z tego dymu zawierają dużo sadzy, więc one pochłaniają część promieniowania słonecznego i podgrzewają atmosferę - dodał też. Jak zaznaczył profesor: tylko utrzymanie dużej ilości wilgotnej szaty roślinnej pozwala wodzie przetransportowanie w głąb kontynentu. Przypomniał, że lato dopiero się zaczyna. Początek stycznia w Australii to odpowiednik początku lipca w Polsce.

Połowa globu dla natury

Do ocieplenia klimatu przyczynia się wzrost gospodarczy. - Nie doceniamy co to znaczy wzrost gospodarczy, wzrost o 3 proc. rocznie, polega na podwojeniu wszystkiego co 20 lat. W skończonym świecie musi się to skończyć kolapsem - zaznaczył Malinowski. Według tych wyliczeń do katastrofy zostało jeszcze 40 lat. I nie nastąpi ona dlatego, że skończą nam się paliwa kopalne. - To nie paliwa kopalne się skończą, tylko atmosfera i biosfera nie będą w stanie przyjmować odpadów - podkreślił profesor. Według niego ratunkiem byłoby oddanie połowy powierzchni globu naturze.

W Aplikacji TOK FM posłuchasz na telefonie:

DOSTĘP PREMIUM