Tomasz Stawiszyński: "Kwartet Aleksandryjski", czyli krótka historia XX wieku

Czy jego ukochana to femme fatale, które bezwzględnie pożera kolejne męskie serca? Czy raczej inkarnacja Sofii - archetypowej żeńskiej zasady symbolizującej kosmiczną mądrość, która, wedle starożytnych gnostyków, odłączyła się ongiś od boskiego źródła i upadła w ten opłakany świat?
Zobacz wideo

A może to po prostu ogarnięta samouwielbieniem neurotyczka, zapatrzona we własne wyimaginowane rany? A może cyniczna manipulatorka, rozgrywająca pod płaszczykiem romansu jakieś zupełnie inne, polityczne interesy?

W każdym razie Darley, bohater „Kwartetu Aleksandryjskiego” Lawrence'a Durrella – być może najważniejszego, ale i najbardziej niedocenionego pisarza XX wieku, jak to w 2012 roku ogłosił w amerykańskim Newsweeku Peter Pomerantsev – nigdy się tego nie dowie. Nie dowiedzą się tego także czytelniczki i czytelnicy.

Sama struktura Kwartetu – trzy powieści z różnych punktów widzenia przedstawiające tę samą historię („Justyna”, „Balthazar”, „Mountolive”) oraz czwarta, będąca jej kontynuacją („Clea”) – uniemożliwia po prostu jakąkolwiek jednoznaczną interpretację opisywanych w nim zdarzeń. W zależności od tego, czyimi oczami patrzymy na historię miłości Darleya i Justyny, pięknej żony koptyjskiego bankiera Nessima – wygląda ona zupełnie inaczej. Dodatkowo, sam Durrell zwodzi nas w odautorskich komentarzach, raz po raz twierdząc, że wszystkie postacie w książce są zmyślone, bo tylko miasto jest prawdziwe, potem zaś ogłaszając z równym przekonaniem, że także ono „jest całkowicie nierealne”.

Stawiam tezę, że to między innymi właśnie dlatego amerykański Newsweek nazwał Durrella człowiekiem, który jako pierwszy opisał dzisiejszy świat. „Kwartet” ukazywał się w latach 1957-60, kiedy świadomość tego, co nadchodzi, nie była jeszcze tak wyraźna. Być może z tego powodu jego autor został po śmierci – a zmarł w 1990 roku – prawie zupełnie zapomniany. Nie licząc niewielkiej, ale wiernej grupy wielbicieli, przez dwie dekady jego prozą interesowali się co najwyżej badacze marginalnych zjawisk w literaturze.

Dopiero od niedawna krytycy – a także filozofowie – coraz częściej zaglądają do „Kwartetu Aleksandryjskiego” i „Kwintetu Awiniońskiego”, drugiego wieloksięgu autorstwa tego niezwykłego pisarza. Widać już bowiem w całej rozciągłości, że bodaj nikt inny nie scharakteryzował w sposób równie przenikliwy jednego z najważniejszych kulturowo-cywilizacyjnych wydarzeń XX wieku. A mianowicie: rozpadu spoistej i racjonalnej wizji ludzkiej podmiotowości.

Trzy lata temu wydawnictwo Zysk i S-ka postanowiło wznowić „Kwartet”. Po raz pierwszy w języku polskim ukazał się na początku lat 70, po raz drugi w połowie lat 90. Autorką tego znakomitego tłumaczenia jest nieżyjąca już tłumaczka, Maria Skibniewska, znana m.in. z kongenialnego przekładu „Władcy pierścieni” Tolkiena. Wcześniejsze nakłady „Kwartetu” nie były oszałamiające, na rynku antykwarycznym dzieło Lawrence’a Durrella kosztowało niemałe pieniądze – i dlatego inicjatywa jego reedycji, którą podjęło poznańskie wydawnictwo, jest ze wszech miar godna pochwały. Szkoda tylko, że kolejne tomy pojawiają się na rynku co rok, albo dwa lata. W każdym razie właśnie wyszedł trzeci – „Mountolive” – i z tej okazji postanowiłem raz jeszcze wrócić do tego niezwykłego tekstu. Także po to, żeby po raz kolejny go wszystkim słuchaczkom i słuchaczom, czytelniczkom i czytelnikom polecić.

A teraz przyjrzyjmy się w jaki sposób Durrell opisał współczesność.

***

Pod koniec XIX wieku w kulturze zachodniej panował nastrój poznawczego optymizmu. Wydawało się, że od osiągnięcia finalnego opisu świata dzielą nas tylko centymetry. Przedstawiciele nauk ścisłych i empirycznych dość powszechnie uważali, że niewiele już w gruncie rzeczy zostało do rozpoznania. Wszechświat jawił się im jako struktura stabilna, oparta na bezpiecznej, bo zrozumiałej i przewidywalnej, zasadzie przyczynowości.

W tym stabilnym wszechświecie zamieszkiwało równie stabilne ludzkie „ja”. Racjonalne, wyposażone w wolną wolę i zdolność rozróżniania pomiędzy dobrem a złem. Samo dla siebie przezroczyste, pozbawione martwych punktów, pozbawione obszarów zakrytych. Owszem, ten wizerunek został cokolwiek nadwątlony przez Karola Darwina i romantyzm – definiujący człowieka jako istotę na wiele sposobów nieoczywistą – niemniej fundamenty tak widzianej subiektywności wciąż trzymały się całkiem mocno.

Śmiertelny cios zadano im dopiero na początku XX wieku. Oczywiście – nie został on wyprowadzony bez żadnych wcześniejszych oznak. Każdy wytrawny bokser z pewnością zdołałby przewidzieć jego trajektorię. Najpierw Darwin, później Karol Marks i Fryderyk Nietzsche skutecznie przygotowali podeń grunt. Ich przenikliwe i obrazoburcze filozofie ujawniły, że pod lukrowaną powierzchnią życia społecznego, kulturalnego i religijnego biją jakieś ciemne siły. Że trwa tam nieustanna, bezwzględna, brutalna walka. O przetrwanie, o zysk, o dominację. A skoro przez wieki tę kotłowaninę udawało się człowiekowi przed samym sobą skutecznie ukrywać – kiedy już wszystko wyszło na jaw, jego zaufanie do własnej racjonalności musiało zostać poważnie naruszone. Narodziny psychoanalizy – za ich datę przyjmuje się rok 1899, kiedy to ukazało się drukiem fundamentalne dzieło Zygmunta Freuda „Objaśnianie marzeń sennych”, chociaż drukarz przez pomyłkę umieścił na okładce rok, nomen omen, 1900 – dokonały ostatecznych zniszczeń.

Freud przedstawił bowiem przekonującą i brawurową wizję podmiotu jako wcielenia jakości dokładnie przeciwnych niż te, które tradycyjnie mu przypisywano. Miast struktury stabilnej – jawił się odtąd jako konstrukcja wybitnie chybotliwa. Jego pozorne centrum, czyli „ego” – które w dominującym wciąż światopoglądzie chrześcijańskim uchodziło za doniosły duchowy rdzeń istoty ludzkiej – okazało się ledwie małą łódeczką unoszoną na wzburzonych falach nieświadomego. Falach poruszanych przez instynkty niemające zgoła nic wspólnego ze szczytnymi ideałami i wzniosłymi wartościami moralnymi. Ślepo dążące do zaspokojenia, skoncentrowane wyłącznie na seksualnej przyjemności. W perspektywie psychoanalizy całe nasze życie psychiczne było więc zupełnie czymś innym niż się dotąd wydawało.

Kiedy czegoś chcę – dowodził Freud – to w zasadzie bardzo możliwe, że tego nie chcę. I odwrotnie – skoro nie chcę, może to dobitnie wskazywać, że właśnie chcę. Słowem – niczego nie mogę być co do siebie i swoich intencji pewien, bo nawet drobne przejęzyczenia odsłaniają zaraz w mojej duszy jakieś przepastne otchłanie.

Warto przy okazji dodać, że to wszystko zostało bardzo precyzyjnie opisane już trzydzieści lat przed publikacją „Objaśniania marzeń sennych” – w opowiadaniu Fiodora Dostojewskiego „Wieczny mąż”. Kto nigdy tego tekstu nie czytał, niech natychmiast po niego sięgnie. Zaręczam, że jest tam wszystko: nieświadomość, libido, wyparcie, prymitywne instynkty udające szlachetne pobudki...

Ale w XX wieku rozpadł się nie tylko podmiot, rozpadł się także świat. Teoria względności i mechanika kwantowa zasadniczo przeorientowały obraz stabilnego, przewidywalnego i policzalnego kosmosu. Dowiedzieliśmy się, że na najgłębszym poziomie materia zachowuje się w sposób urągający wszelkim naszym dotychczasowym przekonaniom i intuicjom. Nie działa tam prawo przyczynowości, nie działa dwuwartościowa logika, sugerująca, że skoro coś jest w punkcie A, to nie może być zarazem w punkcie B, C i D.

A jednak okazało się, że może. Tak przynajmniej wskazywały zarówno powtarzalne obserwacje, jak i skrupulatne wyliczenia matematyczne.

***

I to właśnie starał się uchwycić „Kwartet Aleksandryjski”, który w założeniu miał być literackim opisem świata wyłaniającego się z odkryć psychoanalizy, teorii względności i mechaniki kwantowej. Zbudowane przez Durrella kontinuum – jednorodny układ czterech powieści, z których trzy pierwsze odpowiadają trzem wymiarom przestrzennym, czwarta zaś reprezentuje czas – mieniło się wielością perspektyw i punktów widzenia. Przeszłość oddziaływała tam na przyszłość, ale i przyszłość oddziaływała na przeszłość. Nikt nie był niczego pewien. Nikogo nie cechowała stabilna, niezmienna tożsamość. Role zmieniały się jak w kalejdoskopie. Świadectwa zmysłów, starannie budowane na ich podstawie systemy poglądów i światopoglądów – co i rusz okazywały się bezzasadne i nieadekwatne. Bohaterowie sądzili, że dokonują wolnych wyborów, tymczasem powodowały nimi potężne bezosobowe siły. Przeznaczenie, seks, tajemnicze miasto, być może reprezentujące nieświadomość, a być może jakieś archaiczne bóstwo, wielka polityka.

 Tak czy inaczej – że intuicje Freuda i Durrella były w gruncie rzeczy nadzwyczaj trafne, zaświadczają także neuronaukowe osiągnięcia ostatnich kilkudziesięciu lat. Współczesne badania nad ludzkim mózgiem pokazują, że człowiek jest istotą, która składa się przede wszystkim z iluzji na swój własny temat. Iluzji co do swojej wolności, sprawczości i autonomii. A także co do rozumienia i adekwatnego postrzegania swoich pozornie klarownych intencji. Żeby się o tym przekonać starczy sięgnąć choćby do „Pułapek myślenia” Daniela Kahnemanna, „The Self  Illusion” Bruce’a Hooda czy „Tunelu Ego” Thomasa Metzingera.

***

Na ironię zakrawa więc okoliczność, że współczesna późnokapitalistyczna kultura niczego bodaj nie wymaga od nas bardziej niż właśnie samokontroli. I że cała właściwie cywilizacja zbudowana jest wokół wyobrażenia istoty ludzkiej jako zdolnej do podejmowania samodzielnych, intencjonalnych, a przede wszystkim wolnych wyborów. Nad paradoksem tej sytuacji zastanawiali się niezwykle interesująco m.in. autorzy opublikowanego w 2011 roku przez The Royal Society raportu „Neuroscience and the Law”. Od tamtej pory, rzecz jasna, mnóstwo jeszcze podobnych publikacji się ukazało, jakkolwiek od usunięcia tej sprzeczności wciąż jeszcze jesteśmy dość daleko.

Choć akurat Lawrence Durrell, gdyby żył, z pewnością nie dziwiłby się tego rodzaju sytuacji. Zdawał wszak sobie doskonale sprawę, że w świecie ludzkich spraw naprawdę trudno o spójność, racjonalność i dwuwartościową logikę.

Posłuchaj w Aplikacji TOK FM:

DOSTĘP PREMIUM