Syndrom postaborcyjny. "Nie ma czegoś takiego". Ekspertka rozwiewa mity i przywołuje badania

Pojęcie "syndromu postaborcyjnego" często wykorzystuje się np. w prawicowych mediach. Ma to podkreślać, jak bardzo kobieta cierpi i jakich zaburzeń doznaje po dokonaniu aborcji. Tylko, jak tłumaczyła w TOK FM Zofia Milska-Wrzosińska, nie ma czegoś takiego, jak "syndrom postaborcyjny".
Zobacz wideo

Tomasz Stawiszyński rozpoczął rozmowę o "syndromie postaborcyjnym" od cytatu. Był to fragment z tekstu, który prowadzący znalazł w jednym z katolickich czasopism, wydawanych w Polsce.  "Medycyna wyróżnia dwa zespoły rozpaczy poaborcyjnej. Pierwszy: PAD, czyli Post-Abortion Distress - to krótkotrwałe, trwające do sześciu miesięcy załamanie psychiczne. Następuje kilka tygodni po aborcji, objawia się głównie bólami psychicznymi i fizycznymi" - cytował.

"Dużo bardziej groźny jest PAS, czyli Post-Abortion Syndrome - jest to zaburzenie chroniczne o wielu objawach. Najpoważniejszą konsekwencją jest bezpłodność. Przy powtórnej ciąży u kobiet dotkniętych PAD i PAS - znacznie częściej niż u kobiet, które nie dokonały aborcji - następują ciąże pozamaciczne, przedwczesne porody, zakażenia bakteryjne. Ból fizyczny jest jednak niczym w porównaniu z bólem duszy" - przytoczył dalszy ciąg artykułu.

Gościni Stawiszyńskiego - Zofia Milska-Wrzosińska - skwitowała krótko: "Mam nadzieję, że to jest tekst sprzed 30-40 lat". Gdy okazało się, że artykuł pochodzi sprzed dekady, zdziwienie psychoterapeutki było niemałe.

Dlaczego? - Przed 10 laty było już wiadomo, że mimo prób wygenerowania takiego pojęcia, jak syndrom postaborcyjny, i próby umieszczenia go w świadomości społecznej, nic takiego nie istnieje. Mogę to powiedzieć na podstawie zarówno teorii, jak i prowadzonej od wielu lat praktyki - pracy z pacjentkami. Nie ma czegoś takiego - podkreśliła ekspertka.

Czytasz? Zacznij SŁUCHAĆ! Teraz możesz zrobić to za 1 zł

Milska-Wrzosińska przyznała też, że kiedy dowiedziała się, na jaki temat ma odbyć się rozmowa, na którą została zaproszona do TOK FM, zaczęła gorączkowo szukać informacji: czy może gdzieś nie pojawiły się jakieś nowe ważne badania na temat owego "syndromu".

Szybko przekonała się jednak, że nie. - Od ponad 20 lat nic się nie zmieniło. A jeśli już ukazały się badania, to takie, które po raz kolejny potwierdziły, że syndromu postaborcyjnego nie ma - przekonywała psycholożka.

Syndrom postaborcyjny. Skąd wzięło się to pojęcie?

Mimo tego, że żadnych dowodów naukowych na istnienie takiego zjawiska nie ma, to przy okazji kontrowersyjnego wyroku TK, którym kieruje Julia Przyłębska, w sprawie aborcji o pojęciu "syndromu postaborcyjnego" sporo zaczęto pisać i mówić w prawicowych mediach.

- Znana katolicka rozgłośnia zrobiła o tym całą audycję, więc jest to pojęcie będące jak najbardziej "w grze" - zwrócił uwagę Tomasz Stawiszyński.  - Cóż, właściwie mogę tylko westchnąć - przyznała ekspertka.

Psychoterapeutka nie kryła, że "nie wie, jak ma na takie rzeczy reagować". - To jest trochę tak, jakbyś mnie zachęcał do polemiki ze stanowiskiem, że na przykład po masturbacji się szybciej umiera albo mózg zaczyna obumierać. Pewne rzeczy naprawdę zostały zweryfikowane na różne sposoby - wyjaśniła Zofia Milska-Wrzosińska.

Skąd się w ogóle pojęcie "syndromu postaborcyjnego" się wzięło? Jak wyjaśniła psychoterapeutka, zaczęto o tym mówić w latach 60. ubiegłego wieku.

Kategoria ta, jak wskazała, od samego początku była nacechowana ideologicznie. Na przykład jeden z jej twórców był zaangażowanym przedstawicielem ruchu antyaborcyjnego w USA

- Wygenerowano taki pomysł, żeby pokazywać, że jak kobieta usunie ciążę, to cierpi. Ale cierpi nie dlatego, że ma poczucie, że dokonała takiego wyboru. Nie. Ona cierpi psychopatologicznie, ponieważ zrobiła coś, co niszczy prawa ludzkie czy boskie i w związku z tym doznaje cierpienia - mówiła rozmówczyni Stawiszyńskiego.

- Idea była taka, żeby kobiety, które chcą usunąć ciążę, oficjalnie się dowiadywały, zanim zostaną zakwalifikowane do tego zabiegu, że grozi im bardzo poważne powikłanie o charakterze nawet nie psychologicznym, ale psychiatrycznym. I dopiero wtedy podejmowały decyzję o aborcji - dodała.

Czy były jakieś naukowe dowody, że takie powikłanie rzeczywiście powstaje? Ekspertka podkreśliła z całą stanowczością: "żadnych". - Ale teraz jest masa dowodów, bo przez całe lata zrobiono szereg badań, że nie ma takiej jednostki - dopowiedziała.

Czytasz? Zacznij SŁUCHAĆ! Teraz możesz zrobić to za 1 zł

Psychoterapeutka wyjaśniała, że fakt, iż syndrom postaborcyjny "nie ma żadnego uwiarygodnienia empirycznego", nie oznacza, że po dokonaniu zabiegu usunięcia ciąży, kobieta - czy raczej para (kobieta i mężczyzna) - nie przeżywa tego, co przeszła.

- Może przeżywać. Może mieć poczucie straty, żalu, że tak się ułożyło, że taką decyzję podjęła, że płód był tak bardzo zdeformowany albo że dziecko zostało poczęte w taki sposób, którego kobieta nie mogła zaakceptować. To wszystko może powodować żal i cierpienie. Ale to nie jest psychopatologia, to nie jest żaden syndrom - tłumaczyła Zofia Milska-Wrzosińska. I dodała, że dotychczasowe badania pokazały, że uczucie, które najczęściej towarzyszy parom po zabiegu usunięcia ciąży, to ulga.

Badania wskazują, że w im bardziej stygmatyzującym środowisku dana kobieta i mężczyzna się znajdują (w którym słyszą, że zrobili coś bardzo złego i są za to krytykowani), tym większe jest prawdopodobieństwo wystąpienia u nich negatywnych uczuć.

Ekspertka podkreśliła też, że kiedy w medycynie używa się słowa "syndrom", ma się na myśli jakiś rodzaj patologii. I radziła, że należy rozróżniać poczucie smutku czy żalu od poważnych zaburzeń psychofizycznych. 

"Opresja wobec pary"

Psychoterapeutka pytana o to, jak ocenia ostatni wyrok zaostrzający prawo aborcyjne w Polsce, stwierdziła, dla według niej mamy do czynienia z opresją "wobec pary, żeby układała sobie życie najbardziej intymne w myśl ideologicznych założeń".

- W tym jest coś w rodzaju zachowania przemocowego, opresyjnego. Dotyczy to najintymniejszej sfery życia ludzi. To wzbudza wielką złość. Ludzie czują się uprzedmiotowieni. I to ludzie, podkreślam, obojga płci. To ma tak niewiele sensu psychologicznego, że musi mieć ukryty zamysł polityczny - podsumowała Zofia Milska-Wrzosińska.

DOSTĘP PREMIUM