Trójmiasto pod wodą, Hel i Jastarnia "stracone". Ekspertka nie pozostawia wątpliwości

- Na pewno stracilibyśmy wiele naszych ulubionych miejsc wypoczynkowych: Dziwnów, Kołobrzeg, Mielno, Darłowo. Do Gdańska, Gdyni i Sopotu, do Wejherowa i Pucka - tam też wdarłaby się woda. Oczywiście Hel i Jastarnia byłby całkowicie stracone - o takim scenariuszu mówiła w TOK FM Uruszula Stefanowicz z Koalicji Klimatycznej. Czy możemy temu zapobiec?
Zobacz wideo

Wielu z nas zniknięcie polskiego wybrzeża czy Trójmiasta wydaje się zupełnie nieprawdopodobne, co przytrafić się może jedynie w katastroficznym filmie. Tymczasem eksperci przekonują, że nie jest to już tylko wymysł, lecz bardzo prawdopodobny scenariusz.

W raporcie Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu ONZ (IPCC), opublikowany niespełna dwa tygodnie temu, zwracano uwagę na to, że w ciągu najbliższych 20 lat średnie temperatury na świecie wzrosną nawet o 1,5 stopnia Celsjusza, a poziom mórz i oceanów wzrośnie.

Jak bardzo? Naukowcy przedstawili trzy różne scenariusze, które na antenie TOK FM omawiała Urszula Stefanowicz z Koalicji Klimatycznej. Ten najbardziej "łagodny" zakłada, że poziom mórz wzrośnie między 30 a 55 centymetrów do końca tego wieku (czyli do roku 2100). Drugi scenariusz - "średni" - mówi o wzroście między 44 a 76 centymetrów. Natomiast ten najbardziej niebezpieczny zakłada, że poziom wód wzrośnie od 66 centymetrów do ponad metra. 

- A jeżeli przeniesiemy to jeszcze dalej, w perspektywie 150 lat, czyli do 2150 roku, to już będzie od 40 do 86 centymetrów w przypadku tego pierwszego scenariusza, a w przypadku tego najgorszego - od 98 centymetrów do 1,88 metra - dopowiedziała ekspertka.

Urszula Stefanowicz wyjaśniła, że na poziom mórz i oceanów może wpływać wiele czynników, np. topniejąca pokrywa lodowa i tempo jej topnienia. Jeśli będzie szybkie - scenariusze są jeszcze gorsze. Najbardziej skrajne mówią o tym, że do 2150 roku poziom wód może wzrosnąć nawet o 5 metrów!

Trójmiasto pod wodą, Hel stracony

W jaki sposób ten czarny scenariusz wpłynąłby na polskie wybrzeże? Ekspertka nie pozostawia wątpliwości. - Na pewno byśmy stracili Świnoujście. Na pewno stracilibyśmy wiele naszych ulubionych miejsc wypoczynkowych: Dziwnów, Kołobrzeg, Mielno, Darłowo. Z pewnością do Gdańska, Gdyni i Sopotu, tak do Wejherowa i Pucka - tam też woda by się wdarła - wyliczała. - Oczywiście Hel i Jastarnia byłby całkowicie stracone. Łeba i Słowiński Park Narodowy też - podkreśliła.

Jak mówiła, największe zalania dotyczyłyby terenów od strony Zatoki Gdańskiej. - A więc m.in. Nowy Dwór Gdański, tereny do Tczewa, Malborka czy Elbląga, bo tu mamy znacznie niższy poziom gruntu - powiedziała rozmówczyni Piotra Maślaka.

Czy można zatrzymać te zmiany?

Bez względu na to, jaki scenariusz ziści się w rzeczywistości, gościni TOK FM przekonywała, że każdy wzrost poziomu wód, właściwie każdy centymetr, oznacza, że podczas gwałtownych zjawisk - burz czy huraganów we wszystkich miejscowościach nadmorskich istnieje znacznie większe ryzyko zalania. - Liczba dni, w których te miasta będą zalane, będzie rosła, aż w końcu przestaniemy sobie radzić. Do czasu aż one całkowicie znikną pod wodą, zaczniemy opuszczać część z nich, bo nie będziemy mogli już tam mieszkać - wyjaśniła przedstawicielka Koalicji Klimatycznej.

Czy można zapobiec zmianom? Ekspertka zwróciła uwagę, że część z nich jest nieunikniona nawet jeżeli podejmie się pewne działania, bo system mórz i oceanów na zmiany reaguje z opóźnieniem. - Więc jeszcze przez setki i tysiące lat ten poziom wody może się podnosić i zwiększać się będzie ich zakwaszenie. To sprawi, że również jakość tych wód będzie coraz gorsza, co z kolei wpłynie na takie branże jak np. rybołówstwo - przestrzegała.

Zdaniem Stefanowicz brakuje w tej chwili woli do zmian - na wielu poziomach, zarówno politycznym jak i społecznym. - O ile nie przezwyciężymy takiego impasu i nie zaczniemy działać wspólnie (...) nie rozwiążemy tego problemu - powiedziała.

Według rozmówczyni Piotra Maślaka obecnie mamy do czynienia bardziej z problemem psychologicznym i politycznym niż "z problemem możliwości, jakie mamy". - Bo gdybyśmy naprawdę chcieli, to w każdym sektorze gospodarki mamy rozwiązania, które pozwalają się przestawić [na działania powodujące mniejszą emisję gazów cieplarnianych - red.]. Nie mówię, że to byłoby łatwe. To byłoby trudne. Nie mówię, że to nie kosztowałoby nas, bo byłoby kosztowne. Ale w tej chwili już absurdem jest mówienie o kosztach, kiedy mamy pewność, że koszty tego, że nic nie robimy, będą znacznie większe - podsumowała.

DOSTĘP PREMIUM