Stawiszyński: Śmierć w świecie bez śmierci

Stwierdzenie, że śmierć jest jednym z największych tabu zachodniej kultury stało się już bez mała truizmem. Powtarzamy je od ponad pół wieku, mniej więcej wtedy bowiem - a dokładniej w 1955 roku - amerykański antropolog Geoffrey Gorer opublikował swój słynny esej pod tytułem "The Pornography of Death. W połowie XX wieku - przekonywał - śmierć zajęła dokładnie to samo miejsce, które sto lat wcześniej zajmował seks: Wielkiego Nieobecnego, Wielkiego Nieistniejącego.
Zobacz wideo

Efekty? O śmierci się nie rozmawia, żałoby nie praktykuje, umierających zaś skrupulatnie ukrywa za szpitalnym parawanem.

Wygląda jednak na to, że świat nowoczesnych technologii informacyjnych prowadzi nas właśnie do kolejnej fazy w procesie wymazywania śmierci z powszechnej świadomości.

Czy zatem kolejne pokolenia zupełnie o niej zapomną? Czy wirtualny świat wprowadzi nas w iluzję wiecznego trwania – i umierać będziemy w pełnej nieświadomości, że coś takiego w ogóle jest możliwe?

A jeśli tak – jakie będą tego konsekwencje?

Lista grzechów prowadzących do śmierci

Powiedzmy najpierw, że diagnoza Gorera zachowuje pełną aktualność. Zresztą podtrzymali ją kilkadziesiąt lat później także dwaj inni wielcy badacze śmierci i umierania, francuscy historycy Philippe Aries i Michele Vovelle.  W swoich monumentalnych książkach – „Człowiek i śmierć” oraz „Śmierć w cywilizacji Zachodu” – rozwinęli rozpoznanie Gorera o jeszcze jeden wątek.

A mianowicie – medykalizację, czyli coraz bardziej rozpowszechnione i rozpowszechniające się przekonanie, że z życiem można się rozstać wyłącznie wskutek jakichś zdrowotnych problemów lub zaniedbań. Bezpośrednim wyrazem tego przekonania – czy raczej należałoby powiedzieć: teologii nowego wyznania, w którego centrum stoi biologiczne życie – jest choćby obsesja na punkcie zdrowego żywienia i ćwiczeń fizycznych, która od pewnego czasu ogarnęła Europę i Stany Zjednoczone. Podobieństwa do religii tradycyjnych są tu aż nadto widoczne. Weźmy pierwsze z brzegu: samoumartwienie i asceza jako techniki prowadzące do zbawienia, czyli – w tym przypadku – czegoś na kształt fizycznej niezniszczalności. Ktokolwiek dzisiaj choruje i umiera wskutek choroby, albo też znienacka, bez wcześniejszych sygnałów ostrzegawczych – głosi doktryna – ten z pewnością sam sobie zapracował na to wieczne potępienie. Paląc papierosy, pijąc alkohol, niezdrowo się odżywiając, badając się rzadko albo wcale, spędzając całe dnie na kanapie zamiast na siłowni albo joggingu... I tak dalej, lista grzechów ciężkich jest w przypadku interesującego nas kultu długa i pojemna.

Bo przecież wiadomo, że ludzie niepalący, niepijący, jedzący tylko zdrowe rzeczy, biegający i praktykujący fitness – nie umierają. A jeśli już im się to czasami zdarza, to wyłącznie w wieku stu lat i z uśmiechem słodkim niczym cukierek Werthers Original.

Zanik żałoby

Istotnym aspektem tego krajobrazu jest także zanik żałoby. Temu zjawisku szczególnie dużo miejsca poświęca Aries, który pokazuje – ilustrując swój tekst bogatym zestawem przykładów – że daleko idącym przemianom uległy nie tylko formy naszego przeżywania straty, ale także społeczny stosunek do osób, które jej doświadczyły.

Jeszcze do niedawna śmierć postrzegana była jako coś, co dotyka całą wspólnotę. Ktokolwiek tracił bliską osobę, mógł liczyć na wsparcie społeczności, w której żył. Mógł się z niej bezpiecznie wyłączyć, przez pewien czas unikać zbiorowych uroczystości czy spędów. W pewnym sensie poddawał zatem swoją wspólnotę kwarantannie – powracając do niej w pełni w momencie, kiedy uznawał, że nadeszła na to odpowiednia chwila.

Dzisiaj jest zupełnie inaczej. Właściwie – dokładnie na odwrót. To raczej jednostka pogrążona w rozpaczy po stracie bliskiej osoby poddawana jest kwarantannie przez wspólnotę. Z ludźmi, którzy stracili kogoś bliskiego nie umiemy za bardzo rozmawiać, bo nie wiemy jak powinniśmy się wobec nich zachowywać. Czujemy się w ich towarzystwie skrępowani. Nie potrafimy wyczuć ich potrzeb. Brakuje nam języka, żeby rozmawiać o tym, co ich spotkało i co w każdym razie prędzej czy później spotka także naszych bliskich i nas.

Kultura młodych i zdrowych

Nic dziwnego. Po prostu nikt nas tego nie uczy. Nikt nie wprowadza nas w rzeczywistość skończoności i śmierci. Dzisiejsza kultura epatuje nas niemal bez wyjątku obrazami ciał młodych, sprawnych i zdrowych. Wielopokoleniowe rodziny, w których z chorobą i umieraniem stykano się od dziecka – należą już do raczej przeszłości. Rozwój nowoczesnego kapitalizmu skutecznie rozmontował tradycyjne formy życia społecznego, ale na ich miejscu nie pojawiły się żadne konstruktywne alternatywy.

Świat technologii informacyjnych dopełnia tego krajobrazu, wytwarza wszak iluzje praktycznie nieodróżnialne od rzeczywistości. Portale społecznościowe, które nastolatkom z pokolenia tak zwanego iGen – ten termin wprowadziła amerykańska socjolożka Jean Twenge  – zastępują realne życie towarzyskie, to przestrzeń, w której zjawisko śmierci jawi się zupełnie inaczej niż dotąd.

Nasze elektroniczne awatary nie znikają przecież automatycznie wraz z ustaniem procesów życiowych w naszych ciałach. Przeciwnie – trwają nadal, niezmienne, niestarzejące się. Jeśli nie zostaną przez bliskich albo znajomych przekształcone w stronę „in memoriam”, będą się zachowywać tak, jakby ich właściciele wciąż istnieli. Facebook przypomni w stosownym momencie o przypadających w danym dniu urodzinach i popłynie potok życzeń – często formułowanych tak, jak gdyby zupełnie nic się nie stało. Bo też i część życzących może o śmierci solenizanta czy solenizantki faktycznie nie wiedzieć – wszak niezbadane są ścieżki algorytmów decydujących o wyświetlaniu się postów.

Aplikacja zastąpi zmarłego?

Być może nowy rozdział naszego stosunku do śmierci w epoce mediów elektronicznych został niedawno napisany przez niejaką Eugenię Kuydę, utalentowaną startup'erkę z Doliny Krzemowej. Po śmierci swojego przyjaciela – z którym prowadziła niekończące się rozmowy na czacie – Kuyda postanowiła skonstruować aplikację... imitującą sposób mówienia i myślenia jej zmarłego przyjaciela. Odtąd znowu prowadzi z nim niekończące się rozmowy. W jej doświadczeniu jest więc w zasadzie tak, jakby on nigdy nie umarł.

Cóż, jeśli wkrótce każdy będzie mógł zainstalować sobie taką aplikację na Facebooku czy Twitterze, być może z naszego horyzontu poznawczego śmierć naprawdę już na dobre zniknie. Nawet w epoce tabuizacji śmierci wciąż jednak musimy sobie przecież jakoś radzić z tym nietrywialnym faktem, że oto od czasu do czasu kogoś spośród nas mimo wszystko ubywa. Tymczasem tego rodzaju aplikacja zapewni potencjalną nieśmiertelność każdemu. Zastanówmy się – z iloma osobami mamy kontakt wyłącznie wirtualny? Jeśli w pewnym momencie żywy człowiek zostanie dyskretnie zastąpiony przez sztuczną inteligencję, która potrafi doskonale imitować jego styl i aktywność – będzie to dla jego wirtualnych znajomych w zasadzie niezauważalne. Biorąc zaś pod uwagę postępy techniczne – zapewne już wkrótce podobne aplikacje będą w stanie generować zdjęcia, na których dawno nieżyjący człowiek będzie się sukcesywnie starzał (pamiętacie tę falę bardzo realistycznych zdjęć pokazujących jak będziemy wyglądać za dwadzieścia czy pięćdziesiąt lat?). Albo nawet filmów, na których będzie żeglował po morzu, chodził po górach, albo po prostu dzielił się jakimiś przemyśleniami z ludźmi zupełnie nieświadomymi, że obcują z kimś na kształt wirtualnego ducha.

Śmierć jest korzeniem religii

Świat, z którego znika śmierć, nie staje się oczywiście światem bez śmierci. Mimo prometejskich nadziei i zapowiedzi kilku efektownych influencerów – jak choćby Aubrey De Grey czy Ray Kurzweil – nic nie wskazuje na to, żebyśmy w wyobrażalnej przyszłości byli w stanie przezwyciężyć śmiertelność.

Świat, z którego znika śmierć czy raczej kultura i mentalność, które udają, że śmierci nie ma, stają się natomiast przestrzenią pozbawioną elementarnej wrażliwości na bezradność, ograniczenie, skończoność, niedoskonałość, błąd, porażkę i stratę. Tak własne, jak i cudze. Projektują rzeczywistość jednowymiarową, wypraną z wszelkich nieoczywistości, skłaniającą do samozadowolenia i koncentracji na tym, co doraźne, przyjemne, łatwe i oczywiste. Przede wszystkim jednak  sprzyjają okrucieństwu wobec tych, którzy chorują, starzeją się i umierają. Bo to właśnie oni – czyli prędzej czy później my sami, każdy z nas – stanowią widomy przejaw czegoś, przed czym czujemy dziś prawie wyłącznie paniczny lęk. I co sprzeciwia się wszystkim bez mała parametrom tej osobliwej wizji świata i życia, którą siłą wciska nam w głowy współczesny kapitalizm. Eliminuje ona poczucie tragizmu i dziwności wpisane w sam fakt istnienia. Bo czy cokolwiek bardziej niż właśnie śmierć konfrontuje nas z jego tajemniczym, niesamowitym, ale i przerażającym aspektem? Czy cokolwiek innego odsłania ten wymiar ludzkiego doświadczenia, który wciąż od siebie odsuwamy, ale który uparcie do nas wraca – w snach, lękach i mimowolnych fantazjach? I który w końcu, tak czy inaczej, dotknął nas, dotyka i dotknie – najpierw kiedy zderzymy się z bezpowrotnym zniknięciem naszych bliskich ludzi i zwierząt, a potem, kiedy sami znikniemy, absolutnie i nieodwołalnie. Znikniemy – a wszystko, co, dopóki żyjemy, jest przedmiotem naszej codziennej troski, naszych starań, zabiegów, wysiłków, obaw, pragnień i oczekiwań, zostanie w jednej chwili radykalnie unieważnione. Owszem, zostawimy coś innym, wciąż jeszcze żywym, ale i oni prędzej czy później przestaną żyć.

Jest w tym – jeśli się uczciwie zastanowić – coś niesłychanego, horrendalnego, skandalicznego. Nieprzypadkowo wielu przenikliwych myślicieli twierdziło, że śmierć jest korzeniem religii. Że te potężne mitologie, które przez tysiące lat motywowały ludzi do działania i organizowały ich wyobraźnię, wyrastają właśnie z poczucia absurdu i lęku, kiedy dotąd aktywne, świadome ciało naszego bliźniego nagle definitywnie nieruchomieje. I kiedy przychodzi zrozumienie, że czeka to także mnie – a przecież własnego nieistnienia nie jestem sobie nawet w stanie wyobrazić.

Współcześnie dla ogromnej części ludzi religia nie stanowi już jednak żadnej poważnej światopoglądowej propozycji. O kompromitacji wielkich instytucji religijnych już nawet nie wspominając. Żeby nie dać się pochłonąć rozmaitym nowym utopijnym kultom i parakultom – choćby terrorowi zdrowego żywienia i tężyzny fizycznej – trzeba więc znaleźć jakiś nowy język, nową perspektywę do mówienia i myślenia o tych funadamentalnych, egzystencjalnych sprawach.

O śmierci, miłości, sensie, bezsensie, skończoności i nieskończoności.

Nauka tego nie załatwi, psychologia też niespecjalnie. Jest to niewątpliwie zadanie dla filozofii, ale takiej, która interesuje się ludzkim doświadczeniem, nie zaś grzęźnie w ezoterycznych rozważaniach o sobie samej.

Dopóki jednak takiego języka wciąż nie wypracowano, pozostaje nam zwykła, codzienna meditatio mortis, medytacja nad śmiercią.

Myśleć o niej, cudzej i własnej, włączać ją do swojego uniwersum, pamiętać, że spotka nas i naszych bliskich – tyle z pewnością możemy zrobić. Niczego to wprawdzie nie zmieni, na nic nas nie przygotuje, ale sprawi być może, że na własną i cudzą bezradność popatrzymy z nieco większym niż dotychczas zrozumieniem.

Pobierz Aplikację TOK FM i słuchaj sprytnie:

DOSTĘP PREMIUM