Boty i roboty zastąpią ludzi? Tomasz Stawiszyński: Będzie tak, jak się umówimy, że ma być

"W realiach cyfrowego kapitalizmu staliśmy się w zasadzie zakładnikami nowoczesnych technologii czy raczej bezwolnymi przedmiotami ekspansji wielkich korporacji" - mówi - powołując się na Douglasa Rushkoffa - Tomasz Stawiszyński, który w nowym Kwadransie Filozofa zastanawia się m.in. nad rozwiązaniami technologicznymi, które mają zastępować ludzi.
Zobacz wideo

Najnowsza rola Jamesa Deana, o której pisałem tutaj jakiś czas temu - przypomnijmy: pewne producenckie studio pracuje nad filmem, w którym zagra... wirtualna kopia legendarnego aktora - to tylko drobny przejaw znacznie rozleglejszego procesu cywilizacyjnego. Polega on - mówiąc w drapieżnym skrócie - na świadomym dążeniu do wytwarzania urządzeń albo innych rozwiązań technologicznych, które w rozmaitych działaniach i rolach mają zastępować ludzi.

Nie wiem, czy mieli państwo okazję znaleźć się kiedyś w sklepie lub barze, gdzie kasjerami czy ekspedientami są już wyłącznie automaty z wmontowanymi urządzeniami do obsługi kart płatniczych. Osobliwe doświadczenie. A to przecież tylko jeden z niezliczonych przykładów zjawiska, o którym tu mowa.

Ma ono oczywiście także całe mnóstwo pozytywnych stron. Ostatecznie takie wynalazki jak pralka czy zmywarka - a nawet komputer - przyniosły ludzkości prawie same korzyści. Ale ma także strony zdecydowanie ciemniejsze. I nie chodzi tylko o zanikanie zawodów, które z biegiem czasu i postępu technicznego stają się po prostu niepotrzebne. Chodzi także o coś znacznie bardziej podstępnego (i posępnego), a mianowicie o podporządkowanie technologii - i w ogóle kultury - jednostronnie rozumianej logice rynkowej. Przekonaniu, że wzrost i zysk są naczelnymi wartościami, do których w każdym obszarze i wymiarze naszego życia należy zawsze bezwzględnie dążyć.

Tego rodzaju doktryna głosi, że jeśli gdzieś da się coś zoptymalizować albo na czymś zaoszczędzić - przede wszystkim na pracownikach, rzecz jasna - to w sposób oczywisty należy to zrobić. Na tym po prostu polega biznes. 

Jeśli więc da się kasjerów czy ekspedientów zastąpić urządzeniami elektronicznymi, jeśli w ogóle pojawia się taka techniczna możliwość - trzeba z niej natychmiast skorzystać. To tak naturalny proces jak wschodzenie Słońca albo przemijalność pór roku. "Świat idzie do przodu", "technologia się rozwija" - oto niektóre ze sloganów, które się przy tej okazji chętnie przytacza.

Boty i roboty

Jeden z najciekawszych współczesnych myślicieli, medioznawca i eseista Douglas Rushkoff, opublikował niedawno znakomitą książkę pod tytułem "Team Human". Zwraca w niej uwagę właśnie na to zjawisko. W realiach cyfrowego kapitalizmu - twierdzi - staliśmy się w zasadzie zakładnikami nowoczesnych technologii czy raczej bezwolnymi przedmiotami ekspansji wielkich korporacji, które robią wszystko, żeby z jednej strony zdobyć naszą uwagę (to wszak najbardziej dziś drogocenna waluta), z drugiej zaś ograniczyć do minimum naszą sprawczość, zredukować nas do roli biernego konsumenta, wyalienować nie tylko od efektów naszej pracy, ale także od pracy w ogóle.

To oczywiste. Botom i robotom nie trzeba wypłacać pensji, zapewniać świadczeń społecznych, ani nawet przestrzegać wobec nich przepisów Kodeksu pracy. Boty i roboty mogą pozostawać w pełnej dyspozycji "pracodawcy" przez dwadzieścia cztery godziny na dobę i - podobnie jak wirtualny James Dean czy w ogóle, w przyszłości, komputerowe awatary, które zamiast żywych aktorów będą grać w filmach - w żadnym momencie ani się nie rozchorują z przepracowania, ani nie zgłoszą nadużyć odpowiednim instancjom państwowym. Nie wykażą się również niesubordynacją, nie będą nigdy i pod żadnym pozorem kwestionować decyzji swoich przełożonych i niezależnie od tego, co je będzie w miejscu pracy spotykało, nigdy nie złożą w sądzie pozwu o mobbing.  Są więc w pełnym tego słowa znaczeniu pracownikami idealnymi, ba, nieustannie doskonalonymi przez specjalnie do tego celu przeszkolonych inżynierów.

I oczywiście z perspektywy hierarchii wartości, w której zysk i optymalizacja stoją na pierwszym miejscu - nie ma najmniejszego powodu, żeby rezygnować z takich rozwiązań. Przeciwnie, należy prześcigać się w ich wdrażaniu - aż do osiągnięcia punktu, w którym uzyskiwane przychody będą jak największe. Ludzie są tutaj wyłącznie środkami do osiągnięcia biznesowego celu. Jeśli jednak pojawiają się jakieś inne środki, bardziej atrakcyjne, zapewniające większą efektywność i szybsze rezultaty - można ich bez żadnego problemu zastąpić. Innymi ludźmi, albo też - jeśli technologia na to pozwala - nie-ludźmi.

Nie-ludzie zaś - na przykład specjalnie opracowane algorytmy - często zajmują się  oddziaływaniem na ludzi. Dajmy na to, sprawianiem, żeby użytkownicy urządzeń mobilnych spędzali jak najwięcej czasu w internecie albo w innych oferowanych im aplikacjach. Proces kolonizacji ludzkiej uwagi realizowany jest dzisiaj w ogromnym stopniu z pomocą rozmaitych nie-ludzkich artefaktów. Podobnie - specyficzne kalibrowanie upodobań politycznych poprzez tworzenie baniek informacyjnych, selekcjonowanie wyświetlających się treści czy subtelne rozpylanie fake newsów.

Pobierz Aplikację TOK FM, słuchaj i testuj przez dwa tygodnie za darmo:

Oczywiście, technologie multiplikują i intensyfikują wyłącznie te jakości, które już wcześniej były w późnym kapitalizmie obecne. Architektura społeczna całkowicie podporządkowana sferze rynkowej, ludzkie życie widziane jako wartość wyłącznie o tyle, o ile wpisuje się w jednostronny, nastawiony na zysk i zdobywanie kolejnych sprawności model - to wszystko nie pojawiło się wczoraj, ani nawet przedwczoraj. Automatyzacja i cyfryzacja nie wytworzyły tych zjawisk, one je tylko uwyraźniły i skondensowały.

Niemniej - przyniosły także istotny skok jakościowy. Cyfrowy kapitalizm jest w pewnych aspektach nieporównywalny do żadnych wcześniejszych form ustrojowych. Jego siła oddziaływania w połączeniu ze zmianami, jakie wnosi w nasze życie wirtualna rzeczywistość, powodują, że nasza epoka jest pod wieloma względami naprawdę wyjątkowa.

"Elity polityczne zdają się wciąż tkwić w jakimś innym świecie"

Być może także dlatego, że dziś - kiedy dawne sposoby przezwyciężania kryzysów zawiodły i nie wiadomo nie tylko w jaki sposób poradzić sobie z aktualnymi trudnościami, ale nawet czy w ogóle jest to możliwe, żeby sobie z nimi poradzić - stoimy w punkcie realnie przełomowym. Kiedy ważą się nie tylko losy liberalnej demokracji - projektu zakładającego pokojowe współistnienie ludzi o maksymalnie różnorodnych upodobaniach, przekonaniach i tożsamościach, których jednak coś istotnego wiąże i łączy - ale i planety w ogóle. Czy raczej - przetrwania gatunku ludzkiego na tej planecie. Sama planeta bowiem, jak się wydaje, doskonale sobie w tej sytuacji poradzi. A nawet jeśli nie, nie spędza jej to raczej snu z powiek.

Tymczasem elity polityczne zdają się wciąż tkwić w jakimś innym świecie, a może raczej w jakiejś innej, wcześniejszej epoce. Kiedy każdy poważniejszy kłopot można było przeczekać, wziąć na wstrzymanie, a jeśli nawet okazywało się to niemożliwe - i pojawiały się mniej lub bardziej intensywne wstrząsy - i tak było wiadomo, że status quo jest nienaruszalne.

Bo to status quo było zawsze "naturalne", dane permanentnie, niezmienne i niekwestionowane. Pozycja politycznych, finansowych, kulturalnych czy moralnych elit wydawała się oczywista, ich autoryzacja do zarządzania światem i obrazem świata - niemożliwa do wycofania.

Tymczasem w pewnym momencie ten świat niejako zapadł się pod własnym ciężarem. Problem w tym, że niektórzy zupełnie tego nie zauważyli i zachowują się cały czas tak, jakby jego forma pozostawała wciąż tak samo niezmienna.

"Będzie tak, jak się umówimy, że ma być"

Tym jednak, co współcześnie powinno być dla nas najistotniejsze - powiada Rushkoff - jest odzyskanie poczucia sprawstwa. Wpływu na rzeczywistość, na strukturę relacji międzyludzkich, na strukturę relacji ekonomicznych. Bo to właśnie dzielone zarówno przez elity, jak i znaczną część społeczeństwa, przekonanie, w myśl którego rynek jest prostą ekspresją natury, odzwierciedleniem jakichś głębokich, uniwersalnych reguł zawiadujących światem i ludzkim życiem, archetypowych, odwiecznych zasad, których naruszenie grozi w najlepszym razie globalną apokalipsą; otóż to właśnie przekonanie jest głównym źródłem pogłębiającego się kryzysu i stagnacji.

Z prostego powodu: bo to wszystko nieprawda. W świecie ludzkich spraw nie ma bodaj nic "naturalnego", a zatem nie ma nic niezmiennego, danego raz na zawsze, wypływającego z jakiejś metafizycznej konieczności. Owszem, istnieją niezbywalne ograniczenia, istnieją niemożliwe do zignorowania parametry, ale jeśli chodzi o dominujące systemy wartości - o to, czemu ma służyć państwo i w jaki sposób skonstruowana powinna być wspólnota, otóż w tych wszystkich kwestiach - i jeszcze kilku innych - istnieje tylko jedna naprawdę niezbywalna reguła.

Brzmi ona: będzie tak, jak się umówimy, że ma być.

Chodzi więc o to, żebyśmy pomyśleli wynalazki technologiczne nie tyle jako wyjątkowo wysublimowane instrumenty opresji i eksploatacji, ale jako narzędzia, które mogą wzmacniać społeczne więzi. Nie zastępować nas w pracy, ale czynić pracę łatwiejszą i przyjemniejszą.

Chodzi o to, żebyśmy pomyśleli wspólnotę nie jako zbiór zantagonizowanych monad pogrążonych w szaleńczym wyścigu, ale jako sieć bliskich relacji i więzi, w ramach których staramy się wspólnie stawiać czoła zagadkowej i okrutnej naturze istnienia.

Chodzi także o to, żebyśmy pomyśleli rynek i biznes jako sferę kooperacji, w której pracownicy stają się realnymi współuczestnikami procesu decyzyjnego, podmiotami, nie zaś przedmiotami, aktywnymi aktorami, a nie pionkami przesuwanymi na szachownicy zgodnie z widzimisię właściciela.

Niebywale ożywcza utopia

Utopia? Z całą pewnością. Ale zarazem utopia niebywale ożywcza. Poza tym zaś - nietypowo jak na utopię - zdroworozsądkowa. I jak najbardziej możliwa do zrealizowania. Choć oczywiście, na bardzo długiej i skomplikowanej drodze do jej realizacji stoi dzisiaj wiele przeszkód.

Istotne jest jednak to, żebyśmy zaczęli postrzegać te przeszkody nie tyle jako "naturalne", oczywiste, wpisane w strukturę rzeczywistości ograniczenia, ile raczej jako nasze własne uprzedzenia, arbitralnie przyjmowane przekonania, mentalne progi zwalniające, które sami przed sobą stawiamy.

Czy raczej mentalne progi zwalniające stawiane przed nami przez dysponentów potężnych środków, którym niewątpliwie zależy, żebyśmy porządek świata ukształtowany pod kątem ich oczekiwań i interesów uważali za całkowicie bezalternatywny.

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM

Serwis informacyjny

Komentarze (1)
Kwadrans Filozofa, Tomasz Stawiszyński o botach i robotach
Zaloguj się
  • 2bxornot2b

    Oceniono 3 razy 1

    Kolejne brednie, jesli w ogole do czegos beda nam potrzebne tego typu przedmioty to do eksploracji kosmosu, gdyz sami zostalismy stworzeni dla ziemii, a ziema dla nas. Nawet fale mozgwe pracuja z czetotlswcia pola elektromagnetycznego, jest jakas tajemnica w tym wszystkm.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX