Tomasz Stawiszyński: Medytacja w służbie korpo

"Źródła stresu tkwią w twoim ciele, układzie nerwowym i systemie hormonalnym. A przede wszystkim - w umyśle. Jeśli więc chcesz wreszcie poczuć się dobrze - to znaczy: spokojnie, wesoło i luźno - musisz zmienić głęboką strukturę swojej percepcji" - pisze w nowym Kwadransie Filozofa Tomasz Stawiszyński.
Zobacz wideo

Nie jesteś w stanie opłacić czynszu? Nie starcza ci pieniędzy do końca miesiąca? Ze względu na braki kadrowe pracujesz za dwoje albo troje? Masz apodyktycznego i nieprzewidywalnego szefa, który w każdej chwili może cię zwolnić z jakiegoś absurdalnego powodu? Żyjesz w ciągłym stresie i obawach czy jutro jeszcze będziesz mieć pracę, czy będziesz mieć gdzie mieszkać, czy uda ci się zaspokoić elementarne potrzeby twoich dzieci? Doskwiera ci samotność, brak stabilności i bezpieczeństwa socjalnego? Czujesz się zagubiona albo zagubiony w świecie, w którym bogactwo i prestiż reprodukują się w kręgach rodzinno-klasowych, a brak pieniędzy oznacza nieistnienie?

Jeśli tak, mam dla ciebie doskonałą radę. Nie zastanawiaj się nad tym wszystkim.

Niesprawiedliwy system społeczny; postawiona na głowie hierarchia wartości; kultura wypierająca słabość i bezradność, na piedestale stawiająca natomiast sprawność, młodość i siłę; system ekonomiczny, który instytucjonalizuje chciwość i egoizm, czyniąc z nich cnoty godne najwyższego pożądania; atomizacja, izolacja, rozpad więzi, zanieczyszczenie środowiska, dominacja logiki korporacyjnej - nie stąd się wzięły twoje dokuczliwe symptomy. Nie rozmyślaj o tym, bo to tylko pogarsza sprawę.

Źródła stresu tkwią w twoim ciele, układzie nerwowym i systemie hormonalnym. A przede wszystkim - w umyśle. Jeśli więc chcesz wreszcie poczuć się dobrze - to znaczy: spokojnie, wesoło i luźno - musisz zmienić głęboką strukturę swojej percepcji. Bo to ona właśnie jest odpowiedzialna za wszelkie niedogodności, których doświadczasz. A zatem po prostu usiądź w wygodnej pozycji i zajrzyj w siebie. Obserwuj wszystko, co się dzieje w twoim ciele i umyśle. Bądź tu i teraz. Bez osądzania, bez przywiązywania się. Tylko obserwuj. Oddychaj miarowo. I czekaj na dobroczynne efekty.

Brzmi absurdalnie? No cóż, pracownicy amerykańskiej sieci kawiarnianej Starbucks też mieli takie poczucie, kiedy ich wielomiesięczne starania o podwyżkę i poprawę warunków pracy spotkały się z odmową, ale za to w zamian firma zaproponowała im bezpłatną subskrypcję aplikacji do nauki medytacji mindfulness.

"Nie prosiliśmy o aplikację do medytacji, chcielibyśmy raczej móc opłacać czynsz" - tak całą sprawę skomentował proszący o zachowanie anonimowości pracownik.

I nie da się ukryć, że w tym jego komentarzu kondensują się wszystkie niemal zagadnienia związane ze strategiami, z pomocą których współczesna kultura duchowo-terapeutyczna pracuje w służbie drapieżnego kapitalizmu. Czy raczej - w służbie całego szeregu przekonań i wartości, które go współtworzą, i które do przetrwania potrzebują określonych narracji, dokładnie tak samo, jak organizmy żywe potrzebują pokarmu, światła i wody.

Źródła problemów szukaj zawsze w sobie

Jak tę narrację, o której mówimy, scharakteryzować najprościej?

Właśnie tak: źródła problemów szukaj zawsze w sobie, a niechybne oznaki, że takowe posiadasz to stres, lęk, przygnębienie i smutek. Trudne emocje to komunikat, że twojemu umysłowi brakuje niezbędnej dyscypliny. Zamiast spoczywać w nieosobowej świadomości, doświadczać spokoju i przyglądać się - bez osądzania, to ważne - przepływającym przezeń emocjom i myślom, pogrąża się on w toksycznych ruminacjach.

Nic więc dziwnego, że nie czujesz się szczęśliwy.

Szczęście jest wszak swoistą umiejętnością, wewnętrznym stanem, który - tak samo jak wysportowaną sylwetkę - można wypracować poprzez regularne ćwiczenia. Jest konsekwencją określonych parametrów organizmu. Bierze się ze specyficznej interakcji pomiędzy umysłem a ciałem; myślami i emocjami a poziomem napięcia mięśni i stężeniem określonych hormonów we krwi. Szczęście - i w ogóle dobre, a także złe psychiczne samopoczucie - jest więc sprawą indywidualną, funkcją jednostkowej świadomości, jakością, za której obecność bądź nieobecność każdy sam ponosi odpowiedzialność. Takie czynniki, jak ekonomia, poziom nierówności społecznych, atomizacja, rozpad więzi, funkcjonalność systemu pomocy społecznej czy bezrobocie, w ogóle nie są tu brane pod uwagę. Jeśli się o nich wspomina, to wyłącznie podkreślając ich oczywistość i naturalność oraz traktując je zbiorczo jakąś formułą brzmiącą mniej więcej "życie w dzisiejszym świecie jest bardzo stresujące". Stanowić ma to jeszcze bardziej przekonujący argument, że potrzebna nam jakaś doskonała psychologiczna technika niwelująca nieprzyjemne emocje. Świata nie jesteśmy w stanie zmienić, więc powinniśmy zmienić swój sposób widzenia świata – oto mantra, którą się przy takich okazjach najczęściej powtarza.

Gigantyczna popularność mindfulness

Oczywiście, wiele technik z arsenału medytacji mindfulness to narzędzia przydatne i pożyteczne. Rzecz jednak nie tyle w samej medytacji - bo jest ona z pewnością w wielu przypadkach pomocna - ale w całej tej złożonej filozofii życiowej, która dostarczana jest wraz z nią w pakiecie.

Ronald Purser - autor świetnej książki "McMindfulness. How Mindfulness Became the New Capitalist Spirituality" - twierdzi, że jej podstawową cechą jest depolityzacja i prywatyzacja stresu. A tym samym przeniesienie na jednostkę całej odpowiedzialności za własne samopoczucie. Ta totalna internalizacja oślepia nas na społeczne źródła jednostkowego doświadczenia, tym samym przyczyniając się do utrwalania politycznego status quo. Gigantyczna popularność mindfulness - biznesu, którego wartość szacuje się obecnie na około cztery miliardy dolarów - w tym właśnie sensie sprzyja konserwowaniu neoliberalnego porządku, że jego prominentni przedstawiciele w żadnym momencie nie wykraczają poza ów dogmat jednostkowej odpowiedzialności. Dlatego Purser określa mindfulness mianem "kapitalistycznej duchowości" i wskazuje na jej potencjał niwelowania buntu społecznego czy szerzej paraliżowania zdolności do rozumienia interakcji pomiędzy ekonomią, kulturą a krajobrazem emocjonalnym naszego "ja".

Język mindfulness pozwala bowiem zdefiniować jednostkowe samopoczucie wyłącznie w kategoriach indywidualnej psychologii, względnie neurofizjologii - starannie eliminując ze słownika wszelkie pojęcia odwołujące się do strukturalnych patologii życia zbiorowego. Menedżerowie średniego i wyższego szczebla, którym firma funduje kilkadziesiąt minut medytacji w tygodniu - co bez wątpienia poprawia ich samopoczucie i sprawia, że stają się bardziej produktywni - nie kwestionują w tym czasie logiki i etyki korporacji, które ich zatrudniają. Przeciwnie - podstawowe zalecenie medytacyjne brzmi: niczego nie oceniać, celem natomiast jest uśmierzenie wszelkich dyskomfortów związanych z realiami pracy. Na przykład ze zwalnianiem pracowników, rezygnacją z życia rodzinnego, niewystarczającymi zarobkami, albo nadmiernym obciążeniem. Analogicznie, ludzie praktykujący mindfulness w celu poprawy zdolności koncentracji, pracują nad własnym niesfornym umysłem, nie dostrzegając zasadniczego paradoksu: aplikacji do medytowania dostarczają im te same firmy, które generują masowe uzależnienia od smartfonów i powszechne zjawisko zaburzeń uwagi będące tego prostą konsekwencją. Innymi słowy, praktyka mindfulness w krajobrazie późnego kapitalizmu działa niczym skuteczny środek sedatywny. Uspokaja, usypia, znieczula i pacyfikuje. Zniechęca do myślenia, a zatem do poszukiwania głębszych przyczyn określonych sytuacji, bo "nadmierne myślenie" jest wszak samo jednym z zasadniczych źródeł cierpienia. I - co najważniejsze - przenosi uwagę do wewnątrz, zamiast kierować ją w stronę sfery wspólnotowej i politycznej. W ten sposób staje się po prostu jeszcze jedną formą psychologicznego fitnessu, jeszcze jedną sprawnością przydatną w rzeczywistości, w której obowiązuje zasada "przystosuj się albo zgiń!".

***

Oczywiście, tego rodzaju charakterystyka dotyczy nie tylko mindfulness, ale w ogóle całej współczesnej kultury popterapeutyczno-poradnikowej, opartej na tym fundamentalnym przekonaniu: twoje problemy tkwią w twojej głowie. Sięga ona XIX wieku i Samuela Smilesa - szkockiego pisarza, autora kultowego bestselleru pod tytułem "Samopomoc" ("Self Help") - który przekonywał, że nasze osiągnięcia życiowe są wyłącznie funkcją naszej silnej woli. Że, w związku z tym, żadne inne uwarunkowania - na przykład rasizm, niesprawiedliwy system ekonomiczny, reprodukcja bogactwa i przywilejów, nierówności społeczne - nie odgrywają tu w istocie żadnej roli. Jeśli więc ponieśliśmy życiową porażkę, to niechybnie nie wykazaliśmy się odpowiednią determinacją. Nietrudno zauważyć, że tego rodzaju podejście cały ciężar odpowiedzialności za własne doświadczenie lokuje w jednostce - zarazem usuwając z pola widzenia i dyskusji wszelkie uwarunkowania systemowe. Kto się źle czuje, kto poniósł porażkę, ten niewystarczająco nad sobą pracował. Polityka nie ma tutaj nic do rzeczy. Izraelska socjolożka Eva Illouz w bardzo ciekawy sposób pokazuje, że w XX wieku ta opowieść połączyła się z rozwijającymi się prężnie psychoanalizą i nową duchowością. W rezultacie otrzymaliśmy ten właśnie specyficzny konglomerat - przekonanie, że umiejętna gospodarka własną emocjonalnością, zdolność do przepracowania własnych psychologicznych uwarunkowań, albo też uzyskania kontroli nad uczuciami, stanowi klucz do sukcesu.

Jednak być może najbardziej niepokojącym elementem ideologii mindfulness jest traktowanie trudnych emocji - czy w ogóle psychologicznego dyskomfortu - jako czegoś, co w każdym razie wymaga korekcji. Niebezpieczeństwo, jakie się wiąże z takim sposobem widzenia świata, polega na swoistym solipsyzmie, który skądinąd też jest na rękę systemowi ekonomicznemu. Bierze się tutaj mianowicie w nawias prosty fakt: emocje i myśli informują nas o świecie, w którym żyjemy; stanowią reakcję na określone warunki i doświadczenia; odzwierciedlają naszą egzystencjalną i praktyczną życiową sytuację; pozwalają nam przeżywać to, co nas spotyka i poddawać to refleksji.

Co więcej, obraz człowieka jako istoty spokojnej, uśmiechniętej i nieustannie skupionej na własnych stanach wewnętrznych jest nie tylko nieprawdziwy, ale po prostu nieznośny. Tego rodzaju duchowość, zainteresowana ciągłym niwelowaniem każdego dyskomfortu, może prowadzić także do egocentryzmu i zaniku empatii. Dobre samopoczucie staje się tu zasadniczym celem wszelkich dążeń. A skoro szczęście można wyrzeźbić niczym muskulaturę na siłowni, to również wyrzuty sumienia związane z niesprawiedliwym traktowaniem innych, albo zadawaniem im cierpienia, stają się li tylko problemem technicznym, który z pomocą odpowiednich praktyk da się wyeliminować.

Otóż właśnie temu między innymi służą tak zwane negatywne emocje - zwróceniu uwagi na to, że coś jest nie tak; że ze światem, z nami, albo z kimś obok, dzieje się coś niedobrego, trudnego, wymagającego pomocy. Albo konfrontującego nas po prostu z naszą własną bezradnością, kruchością i słabością.

***

Poza wszystkim zaś ten kult teraźniejszości, ten imperatyw, żeby nie zapuszczać się myślami w przeszłość i przyszłość...

Osobliwa emocjonalna higiena, osobliwa dyscyplina - niczym w szkole, w której trzeba było spokojnie siedzieć w ławce i koncentrować się na tym, co mówi nauczyciel. Żadnego bujania w obłokach, żadnego fantazjowania. Co za odpychający reżim, co za głębokie zaprzeczenie tego wszystkiego, co jest samą tkanką życia. Lęku przed przyszłością, a zarazem marzenia, że będzie lepsza. Tęsknoty za tym, co minęło i co bezpowrotnie utraciliśmy. Rozpaczą, że odchodzą nasi najbliżsi. Przerażeniem, że my sami będziemy musieli odejść.

"Kwadrans Filozofa" możesz też posłuchać - podcast znajdziesz w Aplikacji TOK FM!

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM