"Bezradność, zależność, solidarność". Tomasz Stawiszyński o efektach pandemii koronawirusa

"Cała ta opowieść o samowystarczalności, odporności oraz indywidualnej odpowiedzialności za własny los, to kompletne nieporozumienie, o czym właśnie w ostatnich tygodniach przekonujemy się nagle wszyscy" - pisze w nowym Kwadransie Filozofa Tomasz Stawiszyński, który komentuje postawę Polaków w obliczu pandemii koronawirusa.
Zobacz wideo

Miesiąc temu żyliśmy w świecie, w którym większość problemów można było jakoś rozwiązać. A w każdym razie, można było przekonywać, że takie rozwiązania istnieją, ba, są w zasięgu ręki. I każdy, kto tylko zechce, może z nich - owszem, niekiedy za odpowiednią opłatą - skorzystać.

W tym świecie położenie w hierarchii społecznej było w przeważającej mierze kwestią osobistej zaradności. Ludzie - przekonywano - niejako z natury dzielą się bowiem na zaradnych i niezaradnych, leniwych i pracowitych, utalentowanych i tych, którzy talentów zostali pozbawieni. Ci pierwsi, bez wyjątku, wyłącznie mocą własnej żelaznej woli, szczególnych predyspozycji, niezwykłych osobowości oraz wielu jeszcze innych parametrów podkreślających ich szlachetność i dobroć, słusznie dochodzą do bogactwa i społecznego szacunku. Ci drudzy, bez wyjątku, prezentują postawę roszczeniową. Całymi dniami rozmyślają - zamiast działać, oczekują, że wszystko samo spadnie im z nieba. A jeśli w ogóle coś praktykują, to wyłącznie nieróbstwo, nałogi i abnegację.

Niezależnie zatem od tego, gdzie teraz jesteś - mawiano w tym w świecie istniejącym jeszcze miesiąc temu - masz dokładnie takie same szanse jak inni. Bo ostatecznie wszystko zależy od ciebie. Każdy jest kowalem swojego losu. Więc jeśli nauczysz się odpowiednio "zarządzać czasem", a także "zarządzać emocjami" - a najlepiej "zarządzać sobą" - jeśli zadbasz o swój "rozwój osobisty", nauczysz się "rozbudowywać kompetencje” i "kreować karierę", wówczas odniesiesz sukces.

Koniec, kropka, tak to po prostu działa i tyle.

W tym świecie nie mówiło się wiele o zależnościach systemowych, o reprodukowaniu się bogactwa i biedy, o klasach społecznych i o tym, na ile sam fakt urodzenia w bogatej albo biednej rodzinie określa późniejsze losy. Nie mówiło się o bezwzględności i niesprawiedliwości. To znaczy, mówiło się, mówiło się nieustannie. Powstawały na ten temat liczne książki, pełne statystyk. Powstawały przekrojowe prace demaskujące fałsz opowieści o wykuwaniu swojego losu niczym kowal. Tyle, że system wciąż i tak - w najlepsze - w oparciu o nie działał. Słyszało się je ze wszystkich stron, przesiąkało nimi wciąż od nowa, jak wiosennym deszczem. Dlatego nawet ci, którzy wyczuwali w nich fałszywą nutę - kiedy przychodziło co do czego poddawali się ich niszczącemu wpływowi.

Indywidualne sprawstwo

W tym świecie - tym, który jeszcze miesiąc temu istniał - nasze samopoczucie, emocje, przekonania dotyczące świata, innych ludzi, związków z nimi, obawy dotyczące przyszłości, niepewność, lęk, bezradność, rozpacz czy żałoba, były zdefiniowane w kategoriach indywidualnego sprawstwa. Ujmowano i postrzegano je przede wszystkim jako efekt prywatnej historii, błędnych struktur poznawczych albo nierównowagi neuroprzekaźników w mózgu. Względnie jako wyraz niewystarczająco pozytywnego nastawienia. A nawet zaburzeń w przepływie subtelnych energii w ciele astralnym. Jeśli ktoś doświadczał tych wszystkich trudnych stanów i emocji, oznaczało to niechybnie, że coś z nim jest nie tak. Może to kwestia nazbyt kontrolującej matki, może złych nawyków, może składu chemicznego mózgu, może nieodpowiedniego nastawienia, a może rozstrojonego przepływu energii w czakramach.

Jaka była na to rada? Odbyć odpowiednie sesje, warsztaty, zajęcia. To były w tamtym świecie najlepsze metody na pozbycie się niepewności, lęku czy rozpaczy. Nie uwzględniały one jednak - albo uwzględniały w nikłym stopniu - bezwzględnej konkurencji panującej na rynku; głębokiej struktury świata podporządkowanej takim wartościom jak maksymalizacja zysku; więzi społecznych rozmontowanych przez konieczność nieustającej walki o przetrwanie; skrajnych nierówności, niesprawiedliwości, dominacji silnych, hipokryzji. Nie miały nic wspólnego z fatalnymi warunkami pracy; umowami niedającymi żadnej amortyzacji; brakiem ubezpieczenia zdrowotnego; niemożliwością odkładania pieniędzy na najdrobniejszą choćby "zakładkę". Nie miały też wiele wspólnego z położeniem człowieka w świecie, z jego skończonością, śmiertelnością, przemijalnością, podatnością na choroby.

W istniejącym jeszcze miesiąc temu świecie wszystkie te niepokojące cechy starannie ukrywano, spychano gdzieś na margines widoczności - za szpitalne kotary, do lekarskich i terapeutycznych gabinetów, domów opieki, hospicjów. Owszem, w filmach czy wiadomościach telewizyjnych śmiercią obficie epatowano, ale między innymi właśnie w ten sposób, paradoksalnie, wypychano ją z pola widzenia. Stawała się ona w ten sposób czymś, co w towarzystwie imponujących efektów specjalnych przydarza się niemal wyłącznie postaciom z filmu. Albo bohaterom newsowych materiałów, którzy w pewnym momencie stali się właściwie nieodróżnialni od kinowych bohaterów.

Zdrowie sprawą indywidualną

W miesiąc temu jeszcze istniejącym świecie również zdrowie było sprawą indywidualną. Starzenie się, choroby, śmierć? To był wynik przede wszystkim złej diety albo niewystarczająco wyćwiczonego ciała. Niezliczone dietetyczne poradniki, cudowne plany żywieniowe, detoksy, posty i eliminacje, restrykcyjny weganizm albo przeciwnie, dieta ketogeniczna, gdzie się je mnóstwo tłustego mięsa, cudowne suplementy diety, wyciągi z rozmaitych korzeni albo liści, bieganie, joga, siłownia, zumba… To wszystko, w świecie sprzed miesiąca, zapewnić miało bez mała nieśmiertelność. A w każdym razie życie tak długie, że perspektywa jego zakończenia jawiła się niczym chmura gdzieś tam, hen, za horyzontem. W związku z tym, wiadomo było w tym świecie, że choroba i śmierć nigdy nie przychodzą niezapowiedziane, pardon, niezawinione. Niczym w średniowiecznej Europie, w której srogie bóstwo nieustannie zsyłało na grzeszników nieszczęścia, tak i w tym świecie każdy, kto zapadał na jakąś chorobę i każdy, kto umierał, z pewnością musiał coś mieć na sumieniu.

A katalog grzechów, przepraszam, zdrowotnych błędów i zaniedbań, był rozległy jak ocean. Palenie papierosów, picie alkoholu, jedzenie mięsa, albo właśnie niejedzenie mięsa, niewystarczająco intensywne bieganie, bądź też bieganie nadmiarowo intensywne, niewystarczająca podaż suplementów, albo też podaż ekscesywna, a wreszcie - last but not least - negatywne emocje skumulowane z taką gęstością, że magicznie przemienione w jakąś drastyczną, fizyczną dolegliwość. I tak dalej, i tak dalej - można by jeszcze długo wymieniać. Dość powiedzieć, że w tamtym świecie, nie chorowało się i nie umierało bez przyczyny. Przyczyna zaś brała się z indywidualnych zaniedbań.

Bezradność i solidarność? Utopia

O bezradności, zależności i solidarności mówiono w tamtym świecie sprzed miesiąca raczej niewiele. Owszem, pojawiały się te pojęcia w rozmaitych książkach i artykułach, ale często je po prostu zbywano. Określano - w najlepszym razie - mianem naiwnych i utopijnych.

W tamtym świecie bezradności i zależności doświadczali bowiem tylko ci, którzy stykali się ze starannie ukrywaną - i przykrywaną wspominanymi wyżej narracjami - twarzą systemu. A także ze starannie ukrywanymi w tym systemie wymiarami ludzkiego doświadczenia. Reszta żyła lepiej lub gorzej, ale w poczuciu tej głębokiej indywidualnej odpowiedzialności za wszystko.

Że kompletnym fałszem jest opowieść o stwarzającej swoje przeznaczenie jednostce, sprawnie gospodarującej materialnymi i psychologicznymi zasobami, myślącej pozytywnie, idącej przez życie wedle własnego planu, "realizującej siebie" w pracy i w relacjach, które mają być głównie sferą osobistego "rozwoju”, a nie konfrontacją z własnymi i cudzymi słabościami - o tym przekonywali się tylko ci, którzy doświadczali niesprawiedliwości i niemocy.

Że kompletnym fałszem jest opowieść o rozłączności naszego życia emocjonalnego i polityczno-społeczno-ekonomicznego otoczenia, w którym funkcjonujemy, rozłączności naszej sytuacji egzystencjalnej od tego, jak się czujemy; że dominujący w tej kulturze optymizm potrafi być niszczącą, autorytarną ideologią - o tym przekonywali się tylko ci, których przygniatały rozpacz i lęk.

Że podobnym fałszem jest miraż nieśmiertelności przykrywający wypieranie śmierci i słabości, i że nieprawdą jest obietnica długiego i zdrowego życia pod warunkiem zachowania kulinarnego i sportowego rygoru - o tym przekonywali się tylko starzejący się i chorujący, a także ci, których bliscy chorowali i umierali.

Pandemia koronawirusa. Co się zmieniło?

Że w ogóle cała ta opowieść o samowystarczalności, odporności oraz indywidualnej odpowiedzialności za własny los, to kompletne nieporozumienie - o tym właśnie w ostatnich tygodniach przekonujemy się nagle wszyscy.

Pandemia koronawirusa krok po kroku stawia nam przed oczami brutalność tego systemu, w którym - nie wiedzieć czemu - posłusznie nauczyliśmy się żyć. I który uznaliśmy za nasze naturalne środowisko. Niezmienne, nienaruszalne. Zbudowane tak, a nie inaczej, z uwagi na jakieś fundamentalne prawidła rządzące istnieniem, nie zaś w oparciu o sieć mniej lub bardziej arbitralnych ustaleń, umów, interesów czy filozofii.

Pandemia koronawirusa powoduje, że bez mała wszyscy - choć w różnym nasileniu i różnym stopniu - doświadczamy dzisiaj tego, czego doświadczali dotąd wyłącznie ludzie biedni, chorzy albo w inny sposób wykluczeni. Ukryci w cieniu, za kulisami, wypchnięci ze środka sceny oświetlonej płomiennymi narracjami zachwalającymi osobistą zaradność i odpowiedzialność. Pandemia stawia nam przed oczami całą naszą bezradność i zależność, które dochodzą do głosu w momencie, kiedy tylko przestaje działać z pozoru solidna kulturowa fasada. I znowu, dopóki nie działała tylko u marginalizowanych grup, dopóki nie działała tylko u jednostek konfrontujących się nagle z niewydolnością własnych umysłów, ciał oraz instytucji społecznych, dopóty siła opowieści o tym, że każdy jest kowalem swojego losu, mogła to wszystko jeszcze jakoś utrzymać w ryzach.

Dzisiaj jednak jej nieadekwatność, jej mroczna funkcja w świecie, który istniał przed miesiącem, stają się więcej niż oczywiste.

Pandemia koronawirusa pokazuje, że nie żaden rozwój osobisty, "zarządzanie sobą", "kreowanie kariery", przepracowywanie prywatnej historii, pozytywne myślenie, otwieranie czakramów, żelazna wola, determinacja i chęć szczera - oraz podobne, mniej lub bardziej toksyczne mity - są czymś, co decyduje o naszym położeniu w świecie.

Przeciwnie, decydują o nim w ogromnym stopniu czynniki zupełnie od nas niezależne. System polityczny i ekonomiczny, jakość instytucji społecznych - tych fortyfikacji wznoszonych przeciw siłom rozkładu działającym tak na zewnątrz, jak i wewnątrz nas - relacje z innymi. A wreszcie -sama substancja naszych ciał, które można wprawdzie hartować i wytrawiać z pomocą diet oraz ćwiczeń fizycznych, ale które prędzej czy później i tak przestaną funkcjonować.

Internet jako narzędzie do praktykowania solidarności

Wydaje się, że dopiero uznanie tej bezradności i zależności, dopiero porzucenie tych wszystkich buńczucznych opowieści o ludzkim życiu jako dumnym pochodzie samostanowiącego się herosa przez świat - może nam pozwolić na przetrwanie. Dopiero bowiem, kiedy upadnie ten mit, ta szkodliwa iluzja, która ostatecznie niszczy prawie każdego, kto jej ulega - możliwa staje się solidarność. Możliwe stają się wzajemna pomoc, uważność, czułość.

Niesamowitą przestrzeń do praktykowania solidarności daje dzisiaj - jak się okazuje - internet. Wydawałoby się, doszczętnie już skolonizowany przez rynek, skomercjalizowany, pożerający łapczywie naszą uwagę i zamieniający ją na czysty zysk. To trochę tak, jakby w warunkach epidemii internet na powrót stał się tym, czym był u swoich początków. Pozbawioną hierarchii siecią połączeń i interakcji, umożliwiającą kontakt i wymianę pomiędzy ludźmi, którzy nie mogą się fizycznie spotkać, a także tymi, którzy potrzebują pomocy i tymi, którzy mogą pomóc.

Czy to będzie początek rewolucji, na której sztandarach powiewać będą hasła "bezradność, zależność, solidarność"?

Są już na to w każdym razie jakieś widoki. Miesiąc temu ich jeszcze nie było.

"Kwadrans filozofa" możesz też odsłuchać w formie podcastu w Aplikacji TOK FM:

DOSTĘP PREMIUM