Tomasz Stawiszyński: Jesteśmy wściekli. I mamy do tego prawo

- Jesteśmy wściekli, że zostawia się nas dzisiaj samym sobie, że każe nam się liczyć tylko na siebie, że bogacze czmychają na swoje żeglujące po oceanach jachty, odpalają odrzutowce, chowają się na prywatnych wyspach, podczas gdy rzesze tych, dzięki którym tamci mogli swoje bogactwo zbudować, tłoczą się na przejściach granicznych, w supermarketach, szpitalach albo dosłownie toną w lęku o siebie i swoich bliskich" - pisze w najnowszym Kwadransie Filozofa Tomasz Stawiszyński.
Zobacz wideo

Boimy się. A w każdym razie, większość z nas. Boimy się o nasze własne zdrowie i o zdrowie naszych bliskich. O to, czy starczy dla nas albo dla nich miejsca w szpitalach, jeśli okaże się, że w czasie pandemii dosięgła ich choroba - ta czy inna.

Boimy się o krótko- i długofalowe skutki powszechnego zamknięcia, znieruchomienia życia społecznego i gospodarczego. Boimy się, że stracimy źródło utrzymania, że nie będziemy mieli za co kupić jedzenia, opłacić czynszu, zapewnić przyszłości dzieciom. Najbardziej boimy się chyba właśnie o przyszłość. O to, jak będzie wyglądało nasze życie i jak będzie wyglądał świat po tym wszystkim.

Boimy się o to, co nas czeka. Wielki kryzys? Radykalna ekspansja biowładzy, czyli społeczeństwo powszechnej kontroli, w którym każdy z nas, żeby móc podróżować, albo w ogóle wychodzić z domu, będzie musiał legitymować się "certyfikatami odporności"? A może powrót do zamkniętych, narodowych wspólnot, skupionych wokół konserwatywnych wartości, ufortyfikowanych, zazdrośnie strzegących własnych granic, niechętnie nastawionych do wszelkich "obcych"?

Boimy się więc, a zarazem staramy się rozumieć co się dzieje. A w każdym razie, staramy się to przyjmować do wiadomości. Że, no cóż, brakuje miejsc w szpitalach i respiratorów dla wszystkich potrzebujących. Że lekarze coraz częściej będą zmuszeni dokonywać selekcji, kierując się najbardziej oczywistymi kryteriami, czyli na zimno skalkulowanymi szansami przeżycia; to już się przecież zdarza. Że pomoc dla pacjentów z innymi niż koronawirus problemami zdrowotnymi będzie udzielana w drugiej albo trzeciej kolejności. Że małe firmy będą obniżać pensje i zwalniać. Że wielkie korporacje będą obniżać pensje i zwalniać. Że małe firmy będą się zamykać. Że wielkie korporacje będą zamykać swoje oddziały. Że ludzie będą masowo tracić pracę. Że ci, którzy nie mają oszczędności, krewnych, którzy mogliby im pomóc, zawodów, które okażą się w nowej epoce przydatne - zostaną skazani na ubóstwo. Że banki odbiorą nam domy i inne rzeczy, które kupowaliśmy na kredyt, kiedy jeszcze cały świat nie wypadł z ram.

Boimy się zatem. I staramy rozumieć; przyjmować do wiadomości; uwzględniać; brać pod uwagę; nie zapominać o; liczyć się z; zdawać sobie sprawę, że… i tak dalej, i tak dalej, i tak dalej.

Ale może tak naprawdę jesteśmy wściekli?

I może ta wściekłość jest jak najbardziej na miejscu?

Jesteśmy wściekli. Na co?

Jesteśmy wściekli na rzeczywistość, w której skazuje się nas na nieustającą walkę o przetrwanie. Walkę jawnie niesprawiedliwą, w której jedni startują z pozycji faworytów, a inni, choćby trenowali ze wszystkich sił i wykazywali się najwyższą walecznością, z góry skazani są na przegraną. Walkę wyczerpującą, niszczącą i zasłaniającą to, co naprawdę ważne: bliskość, empatię, wzajemność, wspólnotę wobec przedziwnego faktu, że w ogóle cokolwiek istnieje. 

Wściekli na system, który karmi nas opowieściami o równych szansach i nieskończonych możliwościach, jakie przed każdym bez wyjątku się rozpościerają, a w praktyce promuje żądzę zysku, bezwzględność i darwinowskie prawo silniejszego. I przedstawia to jako wzorce wszelkich cnót.

Wściekli na porządek świata, w którym od lat, systematycznie, pozbawia się całe grupy społeczne realnego dostępu do jakichkolwiek socjalnych zabezpieczeń. W którym legalizuje się wyzysk - eufemistycznie określając go mianem "elastycznych form zatrudnienia", co w praktyce oznacza brak możliwości wzięcia urlopu, brak możliwości zwolnienia w czasie choroby i brak możliwości odłożenia jakichkolwiek pieniędzy na przyszłość. I w którym sankcjonuje się gigantyczne różnice w zarobkach prezesów i pracowników.

Wściekli na ideologię, w myśl której to nieludzkie życie, zdrowie i elementarnie godna egzystencja, lecz zysk, rozwój i bogactwo są wartościami, wedle których zbudowana jest struktura życia społecznego.

Świat dzieli się na uprzywilejowanych i nieuprzywilejowanych

Jesteśmy wściekli, bo okazuje się, że w XXI wieku można jeszcze na poważnie wypowiadać tezy rodem z mrocznych teorii głoszących, że słabych i chorych należy poświęcić w imię wyobrażonego dobrobytu i odporności całej populacji.

Wściekli, że nagle, kiedy dzieje się coś, o czym epidemiolodzy ostrzegali od wielu lat, wszędzie brakuje zupełnie podstawowego sprzętu niezbędnego do ratowania życia. Nie brakuje natomiast: wyrzutni rakietowych, karabinów maszynowych, pistoletów, maczet oraz innych urządzeń, z pomocą których na całym świecie ludzie w okrutny sposób zabijają innych ludzi. W tym segmencie produkcja idzie pełną parą. Nikt nie narzeka na deficyty. Nikt nigdy nie jest zaskoczony. W tym segmencie, kiedy wybucha wojna, zawsze można liczyć na dostawy – o ile ma się z czego za nie zapłacić, oczywiście. Tymczasem respiratorów, maseczek chirurgicznych i środków do dezynfekcji brakuje, choć pieniądze na ich zakup są. Podobnie jak brakuje łóżek w szpitalach. I lekarzy.

Jesteśmy wściekli, że sławni sportowcy i inni celebryci - z całym szacunkiem dla tych spośród nich, którzy są naprawdę utalentowani - zarabiają niebotyczne pieniądze, opływają w luksusy, żyją niczym współcześni bogowie. A naukowcy i naukowczynie, pracownicy i pracowniczki ochrony zdrowia, ludzie, którzy działają w obszarach dla naszego życia i dobrostanu absolutnie kluczowych - większą część swojego czasu spędzają na poszukiwaniu środków pozwalających im przetrwać. Albo stoją w kolejkach po granty, żeby w ogóle móc prowadzić jakiekolwiek badania. Na końcu zaś i tak nikt ich nie słucha, nikt nie bierze pod uwagę ich ostrzeżeń. Za to najgłupsze komentarze i pseudomądrości celebrytów powielane są w milionach kopii. 

Wściekli, że ochrona zdrowia, a zatem sfera, gdzie teoretycznie wszyscy jesteśmy równi, a faktycznie wszyscy jesteśmy tacy sami - wszyscy bowiem jesteśmy kruchymi, podatnymi na choroby, starzenie się i śmierć ciałami - także rządzi się prawem silniejszego. Że jedni z nas mają dostęp do najnowocześniejszego sprzętu i najlepszych fachowców, bo ich na to stać, inni natomiast tłoczą się miesiącami w kolejkach, nie mogąc doprosić się o podstawowe świadczenia potrzebne do tego, żeby zachować zdrowie i życie.

Wściekli, że pomimo retoryki, którą zewsząd słyszymy - pełnej takich słów, jak demokracja, równość, wolność, miłość, współczucie, szlachetność, prawa człowieka, cywilizacja, kultura, pomoc - świat dzieli się na uprzywilejowanych i nieuprzywilejowanych, na ludzi, którzy korzystają z dobrodziejstw cywilizacji i tych, którzy są wszelkich dobrodziejstw pozbawieni. Na ludzi niezbędnych i ludzi zbędnych, pozbawionych faktycznych praw, niepotrzebnych, nieważnych, nieistniejących. Ludzi żyjących w skrajnym ubóstwie, nieposiadających domu, majątku, nieprzynależących do żadnej wspólnoty, wyrzuconych na margines. Ludzi traktowanych z pogardą i okrucieństwem - całkowicie bezkarnie.

Wściekli, że system ekonomiczny budowany od lat, prezentowany jako najlepszy z możliwych, zachwalany, wynoszony pod niebiosa, okazuje się - kiedy spowolnienie, a może nawet zatrzymanie stają się niezbędne - kompletnie niewydolny. A co najważniejsze - jawnie zwraca się przeciwko ludziom, którzy go tworzą; którzy stanowią jego krwiobieg i układ oddechowy, napędzają go i dają mu życie. Zresztą - czy przypadkiem już od lat wcale nie działał on na ich rzecz, w ich imieniu, sprawiedliwie oddając im ich wysiłek, zaangażowanie, serce? Czy przypadkiem jego konstrukcja nie była od dawna postawiona na głowie? Czy zatem rażące dysproporcje pomiędzy gigantycznym bogactwem skumulowanym w rękach niewielkiego procenta ludzi a majątkiem całej reszty - nie są w prostej linii pochodną patologii systemu, nie zaś rzekomym dowodem na przebojowość i spryt owych bogaczy?

Jesteśmy wściekli, że miliarderzy decydujący o losie milionów ludzi zatrudnionych w należących do nich korporacjach, właściciele, prezesi zarządów, dyrektorzy, bez mrugnięcia okiem tną koszty, zamykają zakłady i zwalniają pracowników, bo liczy się dla nich wyłącznie bilans zysków i strat. I dlatego perspektywa nadwątlenia własnych groteskowo wielkich majątków w imię pomocy ludziom, którzy te majątki de facto wypracowali, jest dla nich kompletnie nie do przyjęcia, jest kompletnie poza jakąkolwiek dyskusją.

Wściekli, że zostawia się nas dzisiaj samym sobie, że każe nam się liczyć tylko na siebie, że bogacze czmychają na swoje żeglujące po oceanach jachty, odpalają odrzutowce, chowają się na prywatnych wyspach, podczas gdy rzesze tych, dzięki którym tamci mogli swoje bogactwo zbudować, tłoczą się na przejściach granicznych, w supermarketach, szpitalach albo dosłownie toną w lęku o siebie i swoich bliskich.

I wreszcie wściekli, że cała ta opowieść o świecie, w którym do niedawna żyliśmy, opowieść o tym, jak jest dobrze urządzony, jak każdy ma w nim swoje miejsce, jak wszyscy powinni troszczyć się o słabszych, jak doniosłe wartości mu przyświecają; że mianowicie cała ta opowieść okazuje się fałszem, mimikrą, fasadą, która ukrywa świat zgoła inny, w którym zupełnie inne rzeczy tak naprawdę się liczą.

"Jesteśmy też wściekli. I mamy do tego prawo"

W tej kulturze na każdym kroku uczy się nas, że gniew jest czymś złym.

Że kiedy odczuwamy i wyrażamy złość, bo ktoś potraktował nas niesprawiedliwie, przemocowo, pogardliwie, po prostu źle - to niechybnie znaczy, że to z nami jest coś nie tak. Że nie potrafimy się zachować, jesteśmy agresywni albo zaburzeni, łamiemy etykietę, niepisany kod zachowań każący kłaść w takiej sytuacji uszy po sobie, bo "jest jak jest", "tak wygląda rzeczywistość", "taki jest świat" i "co zrobić".

Że kiedy narcystyczny szef bez powodu zwalnia pracowniczkę, traktując zespół jak ekran projekcyjny dla własnych fantazji i zachcianek - należy w milczeniu spuścić oczy i wszystko przełknąć, bo przecież otwarty sprzeciw "i tak nic nie zmieni", a skoro jest szefem albo właścicielem to może robić, co mu się podoba.

Że kiedy otwarcie przeciwstawiamy się jawnej niesprawiedliwości, nierówności, okrucieństwu i bezduszności dzikiego kapitalizmu, to znaczy, że jesteśmy roszczeniowi, leniwi i pełni resentymentu.

Że nie wolno o swojej złości otwarcie mówić, nie wolno jej wyrażać, nie wolno - broń Boże - mieć zastrzeżeń, bo powinniśmy się cieszyć z tego, co mamy czy raczej cieszyć się, że w ogóle coś mamy.

No cóż, dzisiaj z ręką na sercu możemy powiedzieć: dość tego.

Owszem, boimy się, ba, jesteśmy przerażeni.

Ale jesteśmy też wściekli. I mamy do tego prawo.  I będziemy o tym głośno mówić. Bo prawdziwe oblicze świata, w którym żyjemy, właśnie się odsłoniło. I wcale nam się ono nie podoba.

I choćby nie wiadomo co - nie będziemy już dłużej udawać, że jest inaczej.

Posłuchaj także w formie podcastu - znajdziesz go w Aplikacji TOK FM!

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM

Serwis informacyjny

Komentarze (15)
Tomasz Stawiszyński, Kwadrans Filozofa: Jesteśmy wściekli. I mamy do tego prawo
Zaloguj się
  • cmoscmos

    Oceniono 4 razy 4

    Teraz to "jesteśmy wściekli", a przedtem tych co wam mówili, że na tym dokładnie polega kapitalizm, zwłaszcza w wydaniu neoliberalnym, to nazywaliście "lewakami" i wyśmiewaliście.

  • pogra55

    Oceniono 1 raz 1

    Zwykli ludzie nigdy i nigdzie ważni nie byli ,zawsze służyli i służyć będą garstce najbogatszych ,żeby zaspokajać tylko i wyłącznie ich nienasycone potrzeby z pedofilią włącznie. Agresywny neoliberalizm odsłonił obłudę i perfidię elit ,które demokrację całkowicie zawłaszczyły i zrobiły z niej parawan dla swoich działań.Nie dzielą się swoim bogactwem , nawet w niewielkim stopniu ,bo lubią mieć z ludzi upodlonych niewolników,którym mogą czasem łaskawie coś rzucić albo pomachać z pałacu.Teraz nawet przestajemy być im potrzebni w takiej ilości,bo mają roboty.

  • pogra55

    Oceniono 1 raz 1

    Zwykli ludzie nigdy i nigdzie ważni nie byli ,zawsze służyli i służyć będą garstce najbogatszych ,żeby zaspokajać tylko i wyłącznie ich nienasycone potrzeby z pedofilią włącznie. Agresywny neoliberalizm odsłonił obłudę i perfidię elit ,które demokrację całkowicie zawłaszczyły i zrobiły z niej parawan dla swoich działań.Nie dzielą się swoim bogactwem , nawet w niewielkim stopniu ,bo lubią mieć z ludzi upodlonych niewolników,którym mogą czasem łaskawie coś rzucić albo pomachać z pałacu.Teraz nawet przestajemy być im potrzebni w takiej ilości,bo mają roboty.

  • archimedesss

    Oceniono 1 raz 1

    Pomruki kawiorowej lewicy jak zawsze egzaltowanej i histerycznej

  • 2bxornot2b

    Oceniono 5 razy 1

    Zwykla to rzecz, glos z dolnych pokladow titanica, najbardziej jednak zlosci to ze ta swolocz z prywatnych jetow za chwile zazada od podatnikow poswiecen w imie ich prywatnych interesow. W czasach gdy czasownik intjubowac nie oznacza umieszczenia kiolejnego filmiku czy modowego selfika na jutiubie nie ma swensu zadawac zbednych pytan. Czlowiek a szczegolnie europejczycy nie przerobili zadnej lekcji sludzy mamony jedynego bozka w jakiego wierza obawiam sie beda pierwszymi intjubowanymi

  • okiemserca

    0

    Zgadzam się w pełni. Warto wziąć pod uwagę też aspekt psychologiczny - narzucane ograniczenia pozbawiają nas poczucia sprawstwa, coraz mniej od nas zależy i (w związku z tym) coraz mniej wierzymy w siebie.
    Działanie jest receptą.
    Działanie przywraca wiarę w swoje mozliwości.
    .
    Jak wykorzystać efektywnie naszą wściekłość aby nie palić komitetów partyjnych, a jednak odzyskać demokrację, prawo i sens?

  • xt-s

    Oceniono 1 raz -1

    Niech Stawiszyński mówi tyko we własnym imieniu, nie używając niezbyt określonej liczby mnogiej "my". Może on jest wściekły z wymienionych przez niego powodów. Ja jest z zupełnie innych, by nie powiedzieć przeciwnych.

  • blablick

    Oceniono 2 razy -2

    Bardzo rzadko rewolucje kończyły się dla tzw. krwiopijców źle. Wydaje mi się ze nigdy.;). Jasne ze "gdzie drwa rąbią tam wióry lecą". Takim wiórem był np. Ludwik XVI.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX