Tomasz Stawiszyński: "Rzeczywistość jest niewygodna. Wdziera się do naszych starannie namalowanych wewnętrznych pejzaży"

Co wspólnego ma ze sobą głośna ostatnia wizyta premiera Mateusza Morawieckiego z "pojedynkiem filmów o pedofilii" zaproponowanym przez Jacka Kurskiego? O tym w najnowszym felietonie z cyklu "Kwadrans Filozofa" pisze Tomasz Stawiszyński.
Zobacz wideo

Zacznijmy od dwóch przykładów, z pozoru tylko ze sobą niepowiązanych.

Już od ponad tygodnia funkcjonujemy w warunkach postępującej odwilży. Właśnie zniesione zostały kolejne restrykcje. Wprowadzano je - przypomnijmy - kiedy także w Polsce zaczął rozprzestrzeniać się koronawirus. Trzeba przyznać, reakcja polskiego rządu była wówczas szybka i zdecydowana. Wspierając się autorytetem ministra zdrowia Łukasza Szumowskiego - było nie było profesora nauk medycznych - a także wielu światowych i lokalnych epidemiologów, władze zastosowały wszystkie rekomendowane środki bezpieczeństwa: dystans, maseczki, zakaz zgromadzeń, ograniczenie ruchu samolotowego i lądowego, zamknięcie szkół, przedszkoli i żłobków.

Po przeszło dwóch miesiącach skrupulatnego stosowania tych zaleceń - kiedy, przyznajmy, wielu z nas zaczęło już bardzo boleśnie odczuwać ich skutki, zarówno psychologiczne, jak i życiowe - apokalipsa nie nastąpiła. To znaczy, nie zrealizował się w Polsce, a także w kilku innych krajach europejskich, model włoski czy hiszpański. Ochrona zdrowia wciąż jest względnie wydolna - o ile da się to określenie do polskiej ochrony zdrowia w ogóle zastosować, nie tylko w kontekście koronawirusowym - a liczba zachorowań i zgonów utrzymuje się, przynajmniej na razie, pod kontrolą. Stało się to asumptem do powstania mnóstwa teorii spiskowych, w myśl których żadnej epidemii w ogóle nie ma i nie było - o czym pisałem tutaj przed tygodniem. Stało się to także asumptem do zarządzenia odwilży.

Problem polega jednak na tym, że dane epidemiologiczne nie uzasadniają tego rodzaju decyzji. Liczba dziennych zakażeń wcale w Polsce nie spada - przeciwnie, kilka dni temu mieliśmy ich 471, co stanowi czwarty najgorszy wynik od momentu wybuchu epidemii. O ostrożność i nieuleganie iluzji, że oto wszystko już za nami i niebezpieczeństwo nieodwołalnie minęło, zaapelował nawet prezes Polskiej Akademii Nauk. Ryzyko drugiej fali epidemii, a w każdym razie gwałtownego przyrostu nowych zachorowań - po okresie względnej stabilności - jest w tej chwili bardzo wysokie. Koronawirus to patogen wciąż bardzo słabo rozpoznany, przebiegu epidemii nie sposób dzisiaj przewidzieć.

Wydaje się jednak, że tego rodzaju perspektywa niezbyt obchodzi rządzących, w szczególności premiera Mateusza Morawickiego - człowieka zresztą odpowiedzialnego za politykę znoszenia obostrzeń - oraz prezydenta Andrzeja Dudę. W ostatnich dniach obaj politycy zachowywali się tak, jakby żadnego zagrożenia już nie było - pierwszy siedział z uśmiechem w restauracji otoczony grupą rozmówców, drugi paradował po targowisku. Żaden nie utrzymywał przy tym rekomendowanego dystansu i nie stosował innych środków bezpieczeństwa.

"Pojedynek filmów o pedofilii"

Mniej więcej w tym samym czasie, były i - jak wiele wskazuje - również przyszły - prezes Telewizji Polskiej Jacek Kurski opublikował na Twitterze zestawienie oglądalności wyprodukowanego przez TVP filmu Sylwestra Latkowskiego "Nic się nie stało" oraz wyemitowanego między innymi przez TVN filmu braci Sekielskich "Zabawa w chowanego". Kurski opatrzył to komentarzem, w którym pojawiło się określenie "pojedynek filmów o pedofilii". Dało się w nim wyczuć satysfakcję, że zestawienie wygrywa "jego zawodnik" - choć o tym, że film Sekielskich premierę miał w serwisie YouTube, i że to tam obejrzało go najwięcej osób, już były i przyszły prezes TVP nie wspomniał.

Istotne jest jednak coś innego. A mianowicie, potraktowanie produkcji, które naświetlają - w różny sposób, z różną mocą i skutkiem - istotny społecznie problem, niczym jakichś konkurujących ze sobą blockbusterów, mających tylko jeden cel: pobicie kasowego i frekwencyjnego rekordu.

Nie od rzeczy byłoby tutaj zapytać czy nawet gdyby w bezwzględnych liczbach film Latkowskiego - skądinąd warsztatowo znacznie słabszy i niewnoszący praktycznie nic nowego do znanej od dawna sprawy - osiągnął wielokrotnie wyższy wynik, oznaczałoby to, że obraz Sekielskich jest mniej istotny? Albo że ofiary księży-pedofilów są mniej istotne od ofiar stręczycieli z sopockich klubów?

W tym kontekście warto przywołać jeszcze przesłuchanie, jakiemu w Telewizji Republika poddało Tomasza Terlikowskiego - który w filmie Sekielskich wystąpił i wielokrotnie w bardzo ostry sposób wypowiadał się o problemie pedofilii w Kościele - dwoje młodych dziennikarzy prowadzących poranne weekendowe pasmo. Symptomatyczna była zwłaszcza końcówka rozmowy, w której - w ramach podsumowania, ignorując wszystko, co dotąd zostało powiedziane - prowadząca spuentowała z naciskiem: pamiętajmy, że z tego rodzaju zjawiskami mamy do czynienia wszędzie, a nie tylko w Kościele.

O czym to jest - reakcja Kurskiego, puenta nadgorliwej prowadzącej? Otóż, w domyśle powiada się tutaj - co jest zresztą standardowym składnikiem prawicowo-katolickiej apologetyki - że nic szczególnego w kościelnych praktykach tuszowania przestępstw seksualnych nie ma. Patologie zdarzają się wszędzie, pedofili można spotkać w każdej grupie społecznej, a nagłaśnianie akurat tych przypadków, które dotyczą Kościoła katolickiego, wynika ze zorganizowanej kampanii prowadzonej przez mroczne siły pragnące zniszczenia tej zacnej instytucji.

Tak jakby okoliczność, że wyłącznie w Kościele katolickim zacieranie śladów miało charakter systemowy - nie miała żadnego znaczenia. I jakby nie miało żadnego znaczenia, że wyłącznie w Kościele katolickim tuszowanie przestępstw i przenoszenie przestępców z miejsca na miejsce było po prostu jednym z powszechnie przyjętych narzędzi zarządzania kryzysem. I że dochodziło do tego w towarzystwie strzelistych mitologicznych opowieści o stwórcy wszechświata jako o bezpośrednim założycielu, zwierzchniku i ewentualnym sędzim tej instytucji.

Co te dwie sprawy mają ze sobą wspólnego?

Dlaczego jednak zestawiam ze sobą te dwie z pozoru zupełnie niezestawialne sprawy? Dlatego, że odzywa się w nich pewna charakterystyczna dla współczesnej kultury - zwłaszcza kultury cyfrowej - tendencja. Mianowicie, utrata zainteresowania rzeczywistością. Eliminacja rzeczywistości jako istotnego, a może nawet rozstrzygającego kryterium. Jako zasadniczego punktu odniesienia dla podejmowanych działań i przyjmowanych bądź odrzucanych przekonań.

Rzeczywistość obchodzi nas w coraz mniejszym stopniu. Czy może raczej należałoby powiedzieć, jak to czyni na przykład Ralph Keyes, autor świetnej książki "Czas postprawdy": współczesny świat nie wymaga już od nas orientowania się na rzeczywistość. Wciąż rozwijające się technologie informacyjne, nowoczesne metody sprawowania politycznej i ekonomicznej władzy, praktyki perswazji mające prowadzić do osiągania różnorakich sukcesów - nie tylko umożliwiają, ale wręcz zalecają dzisiaj abstrahowanie od tego, co realne.

Kategoria obiektywności - uznana za niebezpieczną już kilkadziesiąt lat temu, kiedy to niektórzy filozofowie i krytycy społeczni utożsamili roszczenia do prawdy z zapędami totalitarnymi - doszczętnie wypadła dziś z łask. Infosfera od dawna funkcjonuje na zasadach pokrewnych logice rynku. Portale społecznościowe, do których w znacznej mierze przeniosła się debata publiczna, to terytoria skolonizowane przez wielkie korporacje zarządzające uwagą użytkowniczek i użytkowników. Tę zaś najlepiej przykuwa się komunikatami o wysokiej emocjonalnej intensywności. Ich prawdziwość bądź fałszywość, rzetelność bądź nierzetelność, nie mają najmniejszego znaczenia.

Podobnie rzecz się ma w przypadku perswazji politycznej. Jej najważniejszym kryterium jest skuteczność – to, czy zapewni zdobycie, a następnie utrzymanie władzy. Jeśli w ogóle ktokolwiek zastanawia się nad jej merytoryczną jakością, to tylko w wymiarze pragmatycznym: zarzut konfabulacji wciąż jeszcze może być groźny dla wizerunku.

Także w ramach rozmaitych lewicowych narracji tożsamościowych podkreśla się, że pierwszorzędna jest nie tyle adekwatność jakiejś wypowiedzi, ile perspektywa, z której się ją formułuje. Ważne jest zatem nie to, co mówione, nie treść zdań podanych do wiadomości - a w każdym razie nie w pierwszym rzędzie - ale pozycja z jakiej zostały wypowiedziane. I to właśnie pozycja ma mieć znaczenie decydujące, nadaje bowiem wypowiedziom walor niemal dogmatyczny, a z całą pewnością moralny. Ktokolwiek je neguje albo chociaż domaga się ich weryfikacji, ten automatycznie dopuszcza się czynu nagannego. Że chodzi mu o ustalenie czy dana opowieść jest prawdziwa - takie uzasadnienie nie wchodzi w grę właśnie dlatego, że kryterium rzeczywistości nie ma tutaj żadnego znaczenia. Na wszystko patrzy się w kategoriach narracji politycznych - każdy głos jest głosem w sporze, poparcie go lub zaprzeczenie to zawsze, niezależnie od wszystkiego, opowiedzenie się po jakiejś stronie. Jak jest naprawdę - to nie tylko nieważne, to także potencjalnie niebezpieczne, bo psujące spoistość narracji.

Jak zatem ustala się która narracja jest właściwa, a którą należy potępić? Przez aklamację oczywiście. Czyli - de facto - siłą.

"Rzeczywistość prędzej czy później upomina się o swoje"

Rzeczywistość jest niewygodna. Wdziera się do naszych starannie namalowanych wewnętrznych pejzaży. Rozmontowuje wielkie plany, rozbija idealne wizerunki siebie i innych, wkłada kij w szprychy doskonale z pozoru kręcącym się kołom życia. Przekreśla precyzyjnie wyliczone zyski, boleśnie niuansuje opowieści, w które sami pragnęlibyśmy wierzyć, każe weryfikować swoje postawy, przekonania i wartości. Jest od nas całkowicie niezależna i zupełnie się nami nie przejmuje.

Nie da się ukryć, jest to okoliczność bolesna i utrudniająca radosną ekspansję. Dlatego zapewne ze wszystkich sił staramy się udawać, że rzeczywistości nie ma. Że da się ją ominąć, zaczarować, zakląć, ukształtować wedle naszego własnego wyobrażenia, podporządkować sobie i ulepić niczym plastelinę.

Zła wiadomość jest jednak taka, że się to zazwyczaj nie udaje.

Że rzeczywistość prędzej czy później upomina się o swoje.

A im mniej zwracamy na nią uwagę, tym to upomnienie może być bardziej bolesne.

Posłuchaj w Aplikacji TOK FM:

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM