Ofiara zrelacjonowała gwałt chwilę po nim. "To było intuicyjne. Musiałam opowiedzieć całą historię"

- Trzeba o tym mówić głośno. Wstydzić muszą się ci, którzy są winni - odpowiadała działaczka feministyczna z Nowego Jorku. Padła ofiarą gwałtu. Tuż po wydarzeniu zamieściła zdjęcie i tekst na Instagramie. Spotkało się to z lawiną komentarzy, również atakującymi.

Chcesz wiedzieć szybciej? Polub nas 27-letnia Amber Amour w ramach swojej kampanii przeciw gwałtom jeździła po świecie. Dotarła do Kapsztadu. Tam jeden z miejscowych mężczyzn zaprosił ją do wzięcia wspólnego prysznica. Jak mówi, zgodziła się, bo w jej hostelu nie było ciepłej wody, a sama od dwóch dni cierpiała na zatrucie pokarmowe i chciała je wypocić. Poza tym w RPA prysznic często postrzegany jest jako luksus. W łazience mężczyzna zgwałcił ją. Amour straciła przytomność. Gdy ją odzyskała, zrelacjonowała wszystko na swoim Instagramie.

- To było intuicyjne. Wciąż byłam w łazience, na miejscu zbrodni - mówiła potem kobieta. - Chyba nawet nie wstałam. Po prostu pisałam i pisałam - wyznała w rozmowie z "Marie Claire" . Cała sytuacja wydarzyła się sześć tygodni temu, ale dopiero teraz zdobyła rozgłos. Wielu komentatorów zaatakowało aktywistkę. "Zasługiwałaś na to", "kto dołącza do kogoś innego pod prysznicem? Zwłaszcza jeśli nie jest z nim związany emocjonalnie?" - to niektóre z opinii. Były też głosy popierające postawę kobiety. "Jesteśmy z ciebie dumni", "jesteś niewiarygodnie silna", "jesteś niesamowitą inspiracją" - pisali internauci.

- Rozmowy z policją są trudne, a obdukcja to ostatnia rzecz, której pragnę. Narzędzia i metalowy sprzęt w moich miejscach intymnych... Ale to jest to, o co walczę - napisała ze szpitala. Po wszystkim dziękowała ambasadzie USA i miejscowej policji za to, że ją "bardzo wspierali".

27-latka przyznała, że pierwszy raz z przemocą seksualną zetknęła się już w wieku 12 lat. W 2014 r. została natomiast zaatakowana przez swojego współlokatora. Wtedy zainicjowała akcję "Stop rape. Educate". To właśnie w ramach tej kampanii dotarła do Afryki.

- Chciałam przekazać, że nieważne, co dana osoba robi, nie zasługuje na gwałt, nie prosi o niego, nie stawia się sama w takiej sytuacji - tłumaczyła Amour. - Niewątpliwie były szczegóły, które mogłam ominąć. Niewątpliwie były szczegóły, które chciałam ominąć. Ale wiedziałem, że jeśli chcę przyczynić się do stworzenia kultury przyzwolenia, muszę opowiedzieć całą historię, dokładnie tak, jak się wydarzyła - wyznała.

"Trzeba o tym mówić"

Amour poinformowała "Marie Claire", że teraz rozpoczyna nową kampanię. Jej zdaniem, odpowiedzią na przemoc seksualną i kulturę gwałtu jest kultura przyzwolenia, w której "naprawdę traktujemy się jak istoty ludzkie". - Pytamy się wzajemnie, jak się czujemy i pytamy, zanim się będziemy dotykali, całowali czy szli jeszcze dalej - tłumaczyła.

- Jednym z najlepszych sposobów walki z gwałtem jest mówienie o tym głośno - stwierdziła Amour. - Nikt nie chce mieć reputacji gwałciciela. Mówienie o tym - twarzą w twarz, przez telefon czy w mediach społecznościowych - tworzy poczucie wstydu. Ale tym razem wstyd dotyczy tych, którzy są naprawdę winni. I tak właśnie powinno być - podsumowała.

Jak napisała na Facebooku 27-latka, mężczyzna, który ją zgwałcił, wyszedł z aresztu za kaucją o równowartości 75 dol. Ma pojawić się na rozprawie 29 marca. Domniemany gwałciciel miał powiedzieć policji, że Amour zgodziła się na seks, ale przerwali, bo "pomyślał o swoim dziecku i dziewczynie".

DOSTĘP PREMIUM