"To bezsporne, był zamach" - deklaruje Krauze. Daty premiery "Smoleńska" nie ujawnia

Reżyser zapewnia, że przesunięcie daty nie jest efektem nacisków politycznych. Choć Antoni Krauze nie kryje, że naciski były. "Tworzono atmosferę zagrożenia. Wielokrotnie różni dziwni ludzie ostrzegali mnie, bym na siebie uważał. Regularnie dzwoniono do mnie przez domofon po nocy do mieszkania" - mówi w rozmowie z dodatkiem "Rz" "Plus Minus".

Chcesz wiedzieć szybciej? Polub nas Reżyser jest przekonany, że 10 kwietnia 2010 roku w Smoleńsku doszło do zamachu. Nie ma wątpliwości, że stoją za nim Rosjanie. "Cytuję tu słowa Wiktora Suworowa, że gdyby oni nie mieli z tym nic wspólnego, to przecież sami byliby zainteresowani, by sprawę katastrofy badała międzynarodowa komisja z ekspertami z całego świata" - powiedział w rozmowie z "Plusem Minusem".

Antoni Krauze wierzy w zamach, ale jak zapewnia, jego najnowszy film nie jest o tym.

"Film pokazuje, jak rodziła się manipulacja. Od pierwszej minuty po katastrofie, od wersji o czterech podejściach, potem dwóch, od rozmaitych wrzutek o pijanym generale, naciskach na pilotów" - wyliczał.

Niepolityczne naciski

Początkowo premierę filmu "Smoleńsk" zapowiedziano na kwiecień. Ruszyła nawet kampania promocyjna - pojawiły się trailer i billboardy promujące film Antoniego Krauze.

 

Gdy premierę odwołano pojawiły się spekulacje, że stoi za tym decyzja polityczna. Za której podjęciem stoi sam prezes PiS.

Krauze zapewnia, że "to bzdura". Ale nie kryje, że od początku pracy nad filmem, o katastrofie prezydenckiego tupolewa, poddawany był naciskom i presji. W rozmowie dla "Rz" mówi o "potwornej presji".

"Wielokrotnie różni dziwni ludzie ostrzegali mnie, bym na siebie uważał. Regularnie dzwoniono do mnie przez domofon po nocy do mieszkania. Nieustannie miałem też głuche telefony lub jakieś niejasne ostrzeżenia. Dostawałem bardzo dziwne esemesy. Na przykład, że sprzyjająca mi osoba kolejny raz stawia mi tarota i zawsze wychodzi jej karta śmierci" - wylicza reżyser.

DOSTĘP PREMIUM