Warzecha niespodziewanie o "szkodliwości" mitu smoleńskiego: Nie można budować wspólnoty na tragicznych wydarzeniach z 10 kwietnia. Dzielą one naród

Według Łukasza Warzechy mit smoleński podsyca spór, "nie tylko polityczny, ale narodowy". Spór ten "gasi każdą próbę rozsądnej dyskusji o dokonywanych zmianach, sprowadzając ją do rytualnej wymiany ciosów".

"Szkodliwość mitu smoleńskiego" - brzmi tytuł tekstu Łukasza Warzechy w czwartkowym numerze "Rzeczpospolitej". Publicysta pisze w nim o mitach, które budują rzeczywistość społeczną i polityczną. Mogą być one spontaniczne (mają większą moc) albo też wspierane przez państwo.

"Mitem założycielskim nowego porządku III RP ma się stać wydarzenie ogromnie ważne, ale zarazem będące paliwem podsycającym i tak już niezwykle gorący spór" - uważa Warzecha.

Mit smoleńska wywołuje spór "nie tylko polityczny, ale narodowy. Spór, który powoli upośledza państwo, między innymi dlatego, że gasi każdą próbę rozsądnej dyskusji o dokonywanych zmianach, sprowadzając ją do rytualnej wymiany ciosów" - zaznacza.

"Możliwa byłaby wspólna pamięć o ofiarach Smoleńska"

Wydarzenie z 10 kwietnia 2010 r., zdaniem Warzechy, składa się z dwóch poziomów: jeden to "fakt tragicznej śmierci przedstawicieli polskiej elity; drugi to wszystko, co rozegrało się potem, z poszukiwaniem i dociekaniem przyczyn katastrofy na czele". Na tym pierwszym poziomie "istnieje jeszcze potencjał łączący", bo w "katastrofie zginęli również przedstawiciele lewicy, PO oraz innych, pozapolitycznych, środowisk". Warzecha uważa, że "patrząc na sprawę tylko na tym poziomie możliwa byłaby wspólna pamięć o ofiarach Smoleńska".

"Na drugim poziomie o jednoczeniu mowy już jednak nie ma" - podkreśla jednak. Dodaje, że nie chce pisać o smoleńskich "negacjonistach", którzy "od razu wiedzieli , że mamy do czynienia ze zwykłym wypadkiem". Ale nie chce też "wspominać tych, którzy bez dostatecznych dowodów sięgali od razu po najdalej idące wnioski, bez oporu krzycząc o zamachu. Choć jako żywo do dziś nie udało się nijak dowieść, że do niego doszło".

Publicysta tygodnika "wSieci" uważa, że być może w innych okolicznościach, gdyby w 2010 r. rządził kto inny, udałoby się "zbudować zgodę wokół pierwszego, drugi pozostawiając przedmiotem sporów".

Inny mit?

Warzecha zastanawia się, dlaczego obecna władza nie wybierze sobie innego mitu, np. żołnierzy niezłomnych czy "niedocenianych wcześniej bohaterów" pierwszej Solidarności jak np. Anna Walentynowicz.

"Gra na podział opłaca się bardziej niż gra na jedność" - wyjaśnia. "Cementuje elektorat, wygasza półcienie, daje legitymację swoich wyborców na niemal wszelkie działania, bo na wojnie dyskusji nie ma" - dodaje dziennikarz.

Podkreśla, że "gdy już straci się władzę, będzie można znów przejść do opozycji opartej na sekowanym, zwalczanym micie, zamiast na spokojnej krytyce i analizie poczynań nowych rządzących". Cały tekst w czwartkowej "Rzeczpospolitej".

 

DOSTĘP PREMIUM