Los tupolewa był przesądzony jeszcze przed brzozą. Prof. Jancelewicz o ostatnich sekundach lotu

"Samolot przepadał, będąc 12 m nad ziemią. Nawet gdyby nie zahaczył o brzozę, nie miał szans uniknąć katastrofy. Kwestią było tylko to, jaka będzie konfiguracja zderzenia z ziemią". Tygodnik "Polityka" przypomina wywiad z prof. Bohdanem Jancelewiczem.

W związku z 7. rocznicą katastrofy smoleńskiej "Polityka" zamieściła tekst, który ukazał się w tygodniku w listopadzie 2016 roku. "Ostatnie 20 sekund" to rozmowa z prof. Bohdanem Jancelewiczem, który blisko 50 lat pracował w komisjach badających wypadki lotnicze, a sam uczestniczył w badaniach kilkudziesięciu z nich. Był członkiem komisji rządowej badającej wypadek samolotu Ił-62 Lotu, który w 1980 r. Był także konsultantem ekspertów pracujących przy badaniu tragicznej w skutkach katastrofy  Iła-62M z 1987 r.

Ekspert, jak sam mówi, "niejako instynktownie" postanowił zweryfikować zarówno protokoły MAK, jak i ten sporządzony przez komisję Jerzego Millera w sprawie katastrofy smoleńskiej. W jego ocenie, na podstawie danych zebranych przez rejestratory lotu, los prezydenckiego samolotu był przesądzony już po zderzeniu z pierwszymi drzewami, a jeszcze przed brzozą, która spowodowała oderwanie fragmentu lewego skrzydła.

W zapisie rejestratora widać dokładnie, że, jak powiedziałem, już po pierwszym zderzeniu z drzewami tupolew stracił gwałtownie siłę nośną 30 proc. poniżej wartości, która zapewnia lot poziomy. W tym momencie w ciągu niespełna dwóch sekund rozgrywał się wypadek. Samolot przepadał, będąc 12 m nad ziemią. Nawet gdyby nie zahaczył o brzozę, nie miał szans uniknąć katastrofy. Kwestią było tylko to, jaka będzie konfiguracja zderzenia z ziemią. Dlaczego na ratunek nie było szans? Ze względu na uszkodzone skrzydła – lewe mocniej niż prawe – a precyzyjniej mówiąc, sloty i klapy. Z zapisów rejestratora wynika, że maszyna zaczęła się przechylać na lewą stronę na tyle mocno, że końcówka lewego skrzydła była prawie o dwa metry niżej niż prawego

- mówił prof. Jancelewicz.

Opisując właściwą reakcję pilota na to zachowanie maszyny, ekspert podkreślił, że niestety było już za późno na ratunek.     

"Oczywiście pilot, jak wspomniałem, zareagował – przesuwając jednocześnie dźwignie ciągu silników na pełną moc i ściągając wolant na siebie tak mocno, że wychylił go znacznie bardziej, niż to jest możliwe ze względu na ogranicznik ruchu. Ale mimo to samolot zbliżał się do ziemi. Raz ze względu na to, że teren nadal się wznosił, dwa ze względu na cechy bezwładnościowe – turbiny silników potrzebują kilku sekund, by wejść na maksymalne obroty. Wtedy doszło do zderzenia z brzozą, które ostatecznie przesądziło o losie tupolewa. Po utracie końcówki skrzydła długości około sześciu metrów samolot wykonał obrót wokół osi podłużnej o około 150 stopni i uderzył o ziemię w pozycji prawie odwróconej i z przodem bardzo pochylonym w stronę ziemi" - przypomniał prof. Bohdan Jancelewicz.

Wybuch w tupolewie? Lasek spokojnie i stanowczo o ''ustaleniach''

DOSTĘP PREMIUM