1/3 francuskich wyborców może nie pójść do urn. To czyni wynik dzisiejszego głosowania nieprzewidywalnym

Francuska "dobra zmiana" tworzy się na tle sytuacji gospodarczej. To czyni z Francji kolosa na glinianych nogach, a wynik dzisiejszych wyborów - trudnym do przewidzenia.

Czarna limuzyna zajeżdża pod pałac. Wychodzi z niej jego nowy właściciel. Dotychczasowy gospodarz wita go przy dźwiękach muzyki i wyprężonych jak struna gwardzistach republikańskich. Obydwaj panowie schodzą do piwnicy. Tam ustępujący przekazuje nowemu prezydentowi kod uruchamiający francuski arsenał nuklearny. Pałac Elizejski od czasu Giscarda d’Estaging jest punktem zarządzania „Force de frappe”. A od Napoleona rezydencją francuskiej głowy państwa.

Gdy go na swoją siedzibę wybudował hrabia Henri Louis de la Tour d’Auvergne (1722), feldmarszałek wojsk francuskich, modelowo klasycystyczny gmach otaczały pastwiska, ogrody i raptem trzy na krzyż budynki kryte strzechą. Spore koszty jakie hrabia poniósł, pokrył z bajecznego posagu żony (2 mln liwrów), do alkowy której jednak nigdy się nie wybrał.

Po jego śmierci pałac nabyła rozrzutna kochanka Ludwika XV, Madame de Pompadour. Szastając królewską szkatułą, zafundowała w pałacowym ogrodzie złotą jaskinię, altanki, labirynt i wodospady. Wcześniej kosztem miejskiej promenady powiększyła park, czym naraziła się Paryżanom. Ci rozlepiali na murach ogrodu plakaty „Pałac dziwki Ludwika”. Jego następca na tronie z osobliwym hobby, jakim była ślusarka i naprawa zamków drzwiowych, Ludwik XVI, nim trafił na szafot, pałac sprzedał kuzynce, księżnej de Burbon. Od niej rezydencja otrzymała swoją nazwę. Dzisiejszą zawdzięcza pobliskim Polom Elizejskim.

Po upadku cesarstwa w pałacu mieszkali prezydenci republiki

W burzliwych czasach rewolucji pałac przechodził do kolejnych właścicieli, którzy zadłużeni po uszy nie mogli go utrzymać. Aż wreszcie nabył go marszałek Napoleona Joachim Murat, a potem sam „bóg wojny”. Od tej pory budynek związany jest urzędowo z losem Francji - stąd Napoleon ruszył na Rosję w 1812 roku, tu dwa lata później podpisał kapitulację.

Mniej marsowemu Napoleonowi III pałac służył za miejsce schadzek, do którego radośnie uciekał przed zazdrosną małżonką Eugenią. Po upadku cesarstwa wprowadzili się doń prezydenci republiki w liczbie 23. Tradycję cesarską Napoleona III dzielnie podtrzymał Félix Faure, wybrany 1895 na prezydenta republiki. Mało tego, głowa państwa zmarła w pałacu w ramionach kochanki Madame Marguerite Steinheil. Gdy ta wydała z siebie okrzyk przerażenia, usłyszał go sekretarz prezydenta i zanotował, co zobaczył: „Félix Faure stracił przytomność, na co Madame Steinheil zemdlała na sofie. Ocknęła się, gdy na pomoc wpadł lekarz prezydencki, po czym rozebrana, uciekła w pośpiechu, zapominając o gorsecie, który to monsieur Le Gall niczym relikwię podniósł do góry”. Na drugi dzień paryskie gazety poinformowały, że prezydent odszedł do Boga w ramionach żony.

Tylko przejściowo ducha mieszczańskiego tchnął w Pałac generał Charles de Gaulle. Jego małżonka wzdragała się w elizejskich progach przyjmować damy ze zbyt odważnym dekoltem i rozwiedzionych. Bliski naszym czasom jego następca Francois Mitterrand, socjalista o monarchistycznych skłonnościach, zabronił sześciuset pracownikom pałacu pojawiać się w pracy w dżinsach.

Kto będzie 24. gospodarzem Pałacu Elizejskiego?

Największe szanse posiada rywal Marie le Pen, który w dzisiejszych wyborach przejdzie do drugiej tury 7 maja. Bo jeśli obecność szefowej Frontu Narodowego jest w niej przesądzona, to trudno wskazać osobę jej kontrkandydata. Czwórkę muszkieterów: Emanuella Macrona, François Fillona, Benoita Hamona i Mélenchona dzielą w sondażach minimalne różnice punktowe. Te same sondaże przyznają jednak w drugiej turze zwycięstwo nad Madamme le Pen zarówno centryście Macronowi, konserwatywnemu republikanowi François Fillonowi, jak i komuniście Mélenchonowi.

Najbardziej prawdopodobna para dzisiejszych zwycięzców le Pen / Macron oznaczałaby, że w pobitym polu pozostanie dwójka liderów największych partii - Fillon (republikanie) i Benoit Hamon (socjaliści). Z tego rysuje się prosty wniosek: we Francji postępuje erozja wielkich partii. Tym bardziej widoczna w dzisiejszych wyborach, jeśli ewentualni zwycięzcy, le Pen i Macron, w przeciwieństwie do Fillona i Hamona nie mają za sobą prawyborów w obrębie swoich partii, gdzie pokonali faworytów: Nicolasa Sarkozy’ego i Manuela Vallsa. A po drugie, le Pen jako ultraprawica i Macron jako liberał nie należą do jądra francuskiej demokracji. Tradycyjne pojęcia „lewicy”, „prawicy” stają się dla młodszych wiekiem wyborców archaiczne i są zastępowane innymi „za Europą”, „przeciwko Europie”, „za systemem”, „przeciwko systemowi”. Przy czym system konotuje formę rządów oligarchii, niedbającą o naród.

Francuska „dobra zmiana” jest oparta o sytuację gospodarczą

Za tym jednak kryje się głębszy rys dzisiejszej Francji. Pęd do odnowy i zmiany, zjawiska dobrze znanego z USA i Polski, które wykatapultowało do władzy Obamę i PiS. Przy czym francuska „dobra zmiana” tworzy się na tle sytuacji gospodarczej. A ta czyni z Francji kolosa na glinianych nogach. Nic dziwnego, że potencjał przeprowadzenia koniecznych reform gospodarczych, likwidujących choćby rozdęty etatyzm (Fillon chce zlikwidować pół miliona posad państwowych), amortyzuje lęk przed utratą przywilejów przez szeroką kastę urzędników państwowych.

Z jednej strony dwie trzecie Francuzów żyje jak u Pana Boga za piecem, ma umowy o pracę, w praktyce niepodlegające wypowiedzeniu. Są przeciwnikami wszelkich reform i „dobrej zmiany“. Za nią w czasach kryzysu gospodarczego Francji, kiedy stałe zatrudnienie staje się rzadkością, optują absolwenci uczelni i szkół średnich. Bez szans na standard życia pokolenia swoich rodziców. 30 procent z nich jest bez pracy, a jeśli już, to na śmieciówkach, co obniża ich zaufanie do polityki. Niewykluczone, że 1/3 wyborców, głównie młodych, nie pójdzie dziś do urn wyborczych. To czyni wynik dzisiejszego głosowania nieprzewidywalnym.

Społeczeństwo francuskie, które latami chlubiło się nierozerwalnością między miastem a wsią, dziś cechuje polaryzacja obydwu biotopów. Miedzy nimi wyrósł Rów Mariański. Podczas gdy „Bobos“, „bohémiens bourgeois“ dużych miast cieszą się dobrze płatnymi posadami, miasta średniej wielkości i wioski schodzą na psy, a ich mieszkańcy wegetują.  

Ostatni zamach będzie wodą na młyn le Pen

Na tle tych podziałów pozytywnie wyróżnia się Macron, który przełamuje partyjne struktury i magnetyzuje wyborców, nieważne czy z lewa, czy z prawa, z miasta, czy prowincji. Jego ruch „En marche!“ przełamuje pustkę podejrzanego „systemu“ tzw. „demokratyczną rewolucją“. Co drugą posadę ministerialną chce Macron obsadzić kandydatem dołów, solidaryzuje się z „dołami“. Jego charyzmatyczna osobowość odsyła lęki Francuzów na śmietnik historii - ze swoimi 39 latami byłby najmłodszym prezydentem Republiki.

Jeszcze silniej z prekariuszami identyfikuje się 65-letni Jean-Luc Mélenchon, którego notowania w ostatnich tygodniach radykalnie wzrosły. Z programem 100 milionów euro na programy pomocowe i zatrudnienia gardłuje jednocześnie równie głośno za rewizją traktatów europejskich i żongluje wyjściem z Unii. Socjalista Hamon nie szantażuje FRexitem, namawia jednak do porzucenia polityki zaciskania pasa, jaką sugerują Bruksela i Berlin. Czym odróżnia się od Mari le Pen, która stawia na silny protekcjonizm, wspomagany cłami zaporowymi dla produktów z importu i dodatkowymi opłatami dla firm zatrudniających obcokrajowców.  

Mniejszym katalizatorem dla wyniku wyborów, zarazem wodą na młyn dla Marie le Pen, jak to sugerują media, będzie pokłosie ostatniego zamachu terrorystycznego. Zagrożenie terrorystyczne istnieje od dłuższego czasu, Francuzi w jakiś sposób przywykli do niego. A co istotniejsze, to analogia do 2015 roku. Wtedy po wielkich zamachach w Paryżu z 200 ofiarami śmiertelnymi odbywały się wybory regionalne. A w nich Front Narodowy osiągnął wprawdzie bardzo dobry wyniki, ale nie lepszy od przewidywanego w sondażach sprzed zamachów.

DOSTĘP PREMIUM

DOSTĘP PREMIUM