Policjant, który poraził paralizatorem Francuza zwolniony z pracy. "Składamy zażalenie"

Policjanci, zaangażowani w sprawę francuskiego turysty, wobec którego użyto paralizatora, zostali dziś dyscyplinarnie zwolnieni ze służby. Główny podejrzany nie przyznaje się do winy.

Policjanci od razu po tym, jak sprawa ujrzała światło dzienne, zostali zawieszeni w obowiązkach i wszczęto wobec nich postępowania dyscyplinarne, w kierunku wydalenia ze służby.

Decyzja mogła być jedna. Jeszcze zanim zostali zatrzymani i zanim przedstawiono im zarzuty, zostali zawieszeni w czynnościach i wszczęto procedurę administracyjnego wydalenia ze służby. Dziś to się dopełniło, możemy już mówić o byłych funkcjonariuszach policji.

- mówi Renata Laszczka-Rusek, rzecznik Komendy Wojewódzkiej Policji w Lublinie.

Na „dywaniku” 

Policja wszczęła też postępowania dyscyplinarne wobec czterech innych osób.

– Chodzi o przełożonych pionu prewencji. Dotyczy to zastępcy komendanta komisariatu, naczelnika wydziału prewencji, a także dwóch funkcjonariuszy, którzy tego dnia odprawiali do służby ten patrol, a następnie przejmowali służbę – wyjaśnia rzecznik lubelskiej policji.

Cała sprawa dotyczy wydarzeń Nocy Kultury – z 3 na 4 czerwca. Obywatel Francji, który jest jednym z poszkodowanych w tej sprawie, wracał taksówką. Doszło do sprzeczki z taksówkarzem i ten wezwał policję. Jako, że Francuz był pijany – postanowiono przewieźć go do Izby Wytrzeźwień. I właśnie tam miał zostać użyty prywatny paralizator policjanta – wobec Francuza i jeszcze jednej osoby.

Przeczytaj także: Nagrania z przesłuchania Igora Stachowiaka były dostępne policji? Komendant zaprzecza

Główny podejrzany ma zarzut znęcania się ze szczególnym okrucieństwem. Dwaj pozostali – mają odpowiadać za to, że wszystko widzieli i nie zareagowali. To przestępstwo zagrożone taką samą karą jak znęcanie ze szczególnym okrucieństwem – do 10 lat więzienia.

Oddźwięk sprawy Stachowiaka

Adwokatem głównego z podejrzanych - tego który miał użyć paralizatora, jest mecenas Stanisław Estreich. Błyskawiczne działania policji i prokuratury wobec trzech policjantów ocenia jednoznacznie. Jak mówi, to oddźwięk sprawy Igora Stachowiaka.

Wpływ sprawy wrocławskiej na lubelską jest oczywisty. Myślę, że nie powinno tak być, bo każda sprawa powinna być traktowana indywidualnie. Dobrze się dzieje, jeśli policja reaguje szybko, ale nie może to być reakcja wskazująca: „My jesteśmy doskonali, a zarzuty padają w stosunku do nas niewłaściwe”. Uważam, że zagadnienie jest znacznie szersze.

– mówi adwokat.

W jego ocenie, gdyby nie sprawa z Wrocławia – działanie śledczych mogłoby być inne.

Nie przyznaje się do winy

Mecenas zwraca uwagę, że do zatrzymania doszło dopiero kilkanaście dni po zdarzeniu, a samo zgłoszenie o tym, że policjant użył paralizatora – było dwa dni po wyjściu mężczyzny z Izby Wytrzeźwień. Podkreśla też, że paralizator był zamontowany w latarce, a jego moc jest kilka razy mniejsza od paralizatorów, które są na wyposażeniu policji.

Do tego dodajmy działanie Biura Spraw Wewnętrznych z Komendy Głównej Policji, a nie z Komendy Wojewódzkiej, jak to jest normalnie przyjęte  – to wszystko pozwala na stwierdzenie, że jest to zdarzenie, które przynosi niektórym kręgom politycznym pewne korzyści: że przy okazji będzie można pozbyć się niewłaściwych ludzi albo pokazać, jak to świetnie się działa.

– twierdzi jeden z najbardziej znanych lubelskich adwokatów, Stanisław Estreich. I dodaje, że jego klient nie przyznaje się do winy.

Zarówno obrońca głównego podejrzanego, jak i pełnomocnicy dwóch pozostałych policjantów (tych, którzy mieli o wszystkim wiedzieć i nie reagować) składają zażalenia na areszt. Zażaleniami będzie się zajmować Sąd Okręgowy w Lublinie.

Policja: Minister polecił zwolnić policjanta, który użył paralizatora

DOSTĘP PREMIUM